Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (313) / 2017

Dawid Kujawa,

POETYCKIE PODSUMOWANIE ROKU 2016

A A A
Nie określę jednym słowem, w jaką konstelację ułożyły się najjaśniej błyszczące książeczki z wierszami wydane w mijającym, bezsprzecznie trudnym i zbyt długim roku, jak zdefiniowały one dzisiejszy stan języka i jak zarysowały horyzont myśli – nie wydaje mi się to możliwe. Być może problemem jest mój wybiórczy i bardzo kapryśny stosunek do poetyckiego bazarku wydawniczego, sądzę jednak, że nie wyróżnia mnie on szczególnie na tle innych konsumentów najnowszej liryki – spójny obraz jakoś nie powstaje, zakres idiomatyki wydaje się nawet szerszy niż zwykle, ale to nic nie szkodzi: rok 2016 zaowocował bowiem kilkoma doskonałymi książkami poetyckimi, przyniósł też parę nierównych, lecz wciąż wartych uwagi i odnotowania tomów – wystarczy; ze względu na skrótowy charakter niniejszego tekstu i swoją słabą pamięć poniżej pomijam niektóre z nich.

Nie chcę rozpisywać się na temat wydawnictw mocniej obecnych w świadomości czytelniczej, nawet jeśli obecność ta nie przełożyła się w każdym przypadku na recenzowalność – o trzymającym dobry poziom poprzednich książek „z a b i c” Szczepana Kopyta powiedziałem już swoje, pod wydanie solidnego „[beep] generation” Tomka Bąka starałem się zrobić podkładkę razem z Moniką Glosowitz, o długo wyczekiwanych „Nich”, stanowiących najbardziej radykalny dotąd eksperyment formalny Konrada Góry, szerzej wypowiem się wkrótce. O ile książki te, tak bardzo od siebie różne, łączy w powszechnej opinii kategoria zaangażowania, o tyle najnowszy tom Cezarego Domarusa daje do zrozumienia, jak bardzo niefortunny to w gruncie rzeczy termin –  w „cargo, fracht” (Instytut Mikołowski) rozmontowywanie języka infotainmentu i monetaryzmu, szczebioczącego wespół z „szumem wentylacji” we wnętrzach wielopiętrowych, wypełnionych boksami biurowców przypomina, że sprawczy potencjał poezji tkwi już w samym podawaniu w wątpliwość zastanego kształtu semantycznej architektury aktów komunikacji. W świecie semiokapitalizmu utowarowieniu i alienacji podlega informacja, a ponieważ zgodnie z logiką rynku „mniejszy zysk to strata”, Domarus już w punkcie wyjścia spisuje na straty język, ostentacyjnie balansując na granicy komunikatywności i produkując nadwyżki sensu, na który nie może znaleźć się popyt. Za sprawą tej strategii nowa książka autora „ekwipunków” lokuje się niedaleko poezji Marcina Czerkasowa, który za sprawą pozornej „nieczytelności” wyznacza nowe przestrzenie percepcji, dokonując tym samym językowej spekulacji sytuującej się w kontrze do spekulacji finansowej.

Ten ostatni od jakiegoś czasu działa również jako wydawca wyjątkowo dbający o materialny wymiarpublikowanych książek – właśnie za sprawą Disastra Publishing ukazał  się w tym roku „Niebieski dwór” Zuzanny Bartoszek, dotychczas znanej bardziej w kręgach artystów parających się sztukami wizualnymi niż w środowisku poetyckim. Być może właśnie dlatego debiutancka książka autorki nie przypomina absolutnie niczego, z czym można się dziś zetknąć w polskiej poezji. Jej minimalistyczne utwory nie ciążą w stronę metafizycznych medytacji w stylu Krynickiego, ale nie skręcają też w oczywisty sposób w rejony różewiczowskie. Drażniące krótkie frazy u Bartoszek zmierzają nieraz w stronę strategicznego banału, by już za moment – chociaż domyślam się, że brzmi to wyjątkowo płasko – przeistoczyć się w prawdziwe konceptualne perełki: „Wiem, że moja główną funkcją jest podobanie się […] / Mówienie prawdy jest chowaniem flirtu głębiej”. Uprawiając prosty, statyczny i podporządkowany regułom komunikacji wiersz konfesyjny, artystka jednocześnie na pierwszym planie stawia kwestie czystej, potraktowanej jak fenomen sensoryki – niezabarwionej erotyzmem, nieskażonej szantażem opartym na reprezentacjach fizycznych obrażeń.

Z bardzo dobrą książką wrócił milczący przez cztery lata Bartosz Sadulski, w „tarapatach” (Wydawnictwo Książkowe Klimaty) zmieniając nieco ton, jaki narzucił w „postach”, tutaj sprawnie grając na czytelniczych nawykach, jakich nabyliśmy, futrując zaciekle polską poezję powstałą mniej więcej na przestrzeni ostatnich dwóch dekad. Kiedy już amortyzator ironii nie wytrzymuje ciężaru dojmującej konfesji (tej w tomie naprawdę nie brakuje), konfesja ta jawi się z całym swoim przejaskrawieniem jako zupełnie „ścisła”, dystans między treścią komunikatu i intencją nadawcy, cechujący sporą część dzisiejszej liryki, zostaje tu zaskakująco skrócony do minimum – wiersz jakimś cudem znów patrzy w oczy, nie przestając przy tym mówić rzeczy nie do pomyślenia; wciąż jest brawurowy, ale dopiero teraz za tą brawurą stoi jakieś ryzyko.

Zdecydowanie nie powinien umknąć nam również trzeci tom Kamili Janiak, poetki i wokalistki posługującej się wyjątkowo ciętą frazą (bardzo proszę: „kosmos potrzebuje mojego wkurwienia”) oraz rozpoznawalnym stylem. zwęgloną jantar” (Staromiejski Dom Kultury), w moim przekonaniu najlepszą ze swoich książek, autorka otwiera zaczepnie słowami „przyjdzie tęcza i was zje”, powracającymi jeszcze kilka stron dalej – diagnoza (czy jeszcze szydercza?) polskiej sytuacji społeczno-politycznej, w której dominujące postawy znajdują swoje źródło w strachu i niewłaściwie skanalizowanej agresji, nadaje tempa całej książce. Na tak umiejętnie rozegrane, w dużej mierze oparte na lekkich impresjach erotyki, jakie pisze Janiak, nieczęsto można trafić, w dodatku całość domykana jest przez wyrazistą i mocną, chyba nieco kreskówkową konstrukcję podmiotki, co w tym przypadku absolutnie nie może stanowić zarzutu. Jeśli zdarzy jej się czasem niepotrzebnie stanąć na palcach, nie zawaha się przełączyć pstryczka meta, by we właściwym już sobie tonie złożyć samokrytykę („pierdolony patos!”).

Nie zawiódł w tym roku Piotr Janicki – po słusznie docenionych w Gdyni „Wyrazach uznania” supraślanin nie kazał długo czekać na kolejny tom, który swoją jakością znów bije na głowę trzy czwarte wszystkich wyrobów polskiej produkcji poetyckiej razem wziętych. 13 sztuk” (Fundacja na Rzecz Kultury i Edukacji im. T. Karpowicza) nie realizuje konwencji prywatności ani nie opiera się na medytacji drobiazgu, i tylko wyjątkowo wybiórcza lektura mogłaby skłaniać do takich właśnie wniosków. Nie żebym miał cokolwiek przeciwko wybiórczym lekturom, ale kluczowa wydaje mi się tu aberracyjna perspektywa mówiącego, który hipnotyzuje, permanentnie kierując uwagę wyłącznie na to, co redundantne, tym samym wyrzekając się logicznych (tzn. podporządkowanych prostej komunikacyjnej użyteczności) związków między poszczególnymi segmentami wiersza. Nie chodzi więc o mającą charakter pretekstu fascynację detalem, która miałaby stać się punktem wyjścia do „poważnych” rozważań drogą synekdochy, ale o zatrzymanie się w tym właśnie punkcie.

Rejestry, w których pracuje Renata Senktas nie są mi szczególnie bliskie, sądzę jednak, że wydanemu przez Dom Literatury w Łodzi „Clarity” warto się przyjrzeć, między innymi ze względu na tytułową przejrzystość, stanowiącą zasadę kompozycyjną tomu, mocno rzutującą na relację podmiotki i czytelnika oraz określającą jednoznacznie stosunek poetki do języka. Te wyjątkowo gładkie, rozmyślnie przycięte wiersze nie mają w sobie przegadania, konsekwentnie zachowują „równy oddech” frazy, ich rytm i obecny w nich zasób obrazów pulsują w niezmiennym tempie od pierwszej do ostatniej strony cieniutkiej książeczki. Poetka i tłumaczka w dodatku całkiem sprawnie kreuje złudzenie rozległej, jasnej przestrzeni wiersza, co w okolicznościach nadmiernej (przesadzam?) produkcji nieznośnie irytujących projektów poetyckich opartych na klaustrofobicznych, negatywnych doświadczeniach, pracy traumy i sztampowo ogranej „pamięci” bez wątpienia wyróżnia jej utwory.

Za sprawą Biura Literackiego ukazał się w 2016 roku debiutancki tom wierszy „Stacja wieży ciśnień” Dawida Mateusza, osobnika znanego doskonale użytkownikom miasta Krakowa i mieszkańcom portalu liternet.pl. Wieloletnia praca nad książką zaowocowała bardzo spójną propozycją, która została już doceniona (Nagroda Poetycka im. Kazimiery Iłłakowiczówny) i doczekała się kilku omówień; mogłaby ona wreszcie pozwolić zrozumieć części komentatorów literatury, że indywidualność i kolektywność jako kategorie krytyczne nie są zawsze usytuowane wobec siebie dialektycznie, a fakt, że w taki sposób sztywno funkcjonują one w obiegu recenzenckim, wynika wyłącznie ze specyfiki polskiej poezji lat 90. Właśnie mówiąc z perspektywy ciasnego mieszkania, biorąc na warsztat kwestie miłosnych relacji czy udomawiania zwierząt, Mateusz wikła się w problemy konfliktu na Ukrainie, prawa własności czy społecznego wykluczenia.

Skoro już mowa o Mateuszu, wspomnieć wypadałoby o Tłoczni Wydawniczej ACH JO, którą poeta od kilku miesięcy współprowadzi wraz z Maciejem Kiełbasem, Martyną Kiełbas i Kamilem Kwidzińskim („Rozłąka” tego ostatniego już w drodze) – nakładem tej właśnie oficyny (przy współpracy z Domem Literatury w Łodzi) ukazał się jakiś czas temu pierwszy tom laureata zeszłorocznego konkursu im. Jacka Bierezina. Bardzo młody autor, Radosław Jurczak, pojawia się znikąd i wydaje intrygującą, dość eklektyczną książeczkę zatytułowaną „Pamięć zewnętrzna” – wyciągając lekcje z wczesnego Miłosza, ale jednocześnie nawiązując do działalności krakowskiej Rozdzielczości Chleba i kilku najciekawszych poetów debiutujących w ostatnich latach (pojawiają się bardzo klarowne odniesienia do Pułki, Brewińskiego, Taranka), Jurczak bierze na warsztat kwestie wielowarstwowej, choć na co dzień niewidocznej sieci połączeń istniejących pomiędzy Kapitałem, wojnami geopolitycznymi i nowymi technologiami, zdając sobie sprawę, że właśnie relacje między nimi realnie wpłyną na kształt XXI wieku.

Na koniec zostawiam niestety zmilczaną książkę Krzysztofa Gryki, „Rezonans” (Dom Literatury w Łodzi) – kto pamięta jego fantastyczny „Poślizg” z roku 2010, wydany nakładem WBPiCAK, ten doskonale wie, czego można się po krakowskim poecie i muzyku spodziewać. W nowym poemacie eksperymentuje z typografią, znów czerpiąc nieco z poezji konkretnej, ale na pierwszy plan i tak wysuwa się tu niesamowite poczucie rytmu, odczuwalnie i w poszczególnych frazach, i w mantrycznej kompozycji całego utworu, którego stroniczki – właśnie w związku z przeogromnym rozmiarem fontu – przewraca się w błyskawicznym tempie. Tętno „Rezonansu” z pewnością ma w sobie coś ze „stanowczości” Jasieńskiego, o którym przypominają też powracające obrazy ulicy, bruku, czytelne wzmianki o tym, że „nowe rewolucje czekają za rogiem”. Poszczególne frazy wracają co rusz w odświeżonych wariantach, jakby testowany był potencjał nowych rozstrzygnięć leksykalnych – takich książeczek nigdy nie jest za wiele.
Tekst został pierwotnie opublikowany w listopadowo-grudniowym numerze „2Miesięcznika. Pisma ludzi przełomowych”. Dziękujemy Rafałowi Różewiczowi za umożliwienie udostępnienia podsumowania.