Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (314) / 2017

Zuzanna Sokołowska,

ZOBACZYĆ ŚWIAT OD NOWA (NICHOLAS MIRZOEFF: JAK ZOBACZYĆ ŚWIAT)

A A A
Czy zdajemy sobie sprawę z tego, że uczymy się patrzeć przez całe życie? Czy zauważyliśmy, jak bardzo jesteśmy zanurzeni w kulturze wizualnej? I czy wiemy, że w ciągu dwóch minut Amerykanie robią więcej zdjęć niż wykonano ich w całym XIX wieku? O tym informuje czytelnika Nicholas Mirzoeff w książce „Jak zobaczyć świat”. Po „Sposobach widzenia” Johna Bergera publikacja ta staje się nową biblią i doskonałym przewodnikiem po współczesnej rzeczywistości, w której rządzi obraz kształtowany przez nowoczesne technologie.

Czym w gruncie rzeczy jest kultura wizualna? Czy na pewno rozumiemy, co się pod tym pojęciem kryje? Uproszczeniem byłoby stwierdzenie, że chodzi tutaj jedynie o to, czym naprawdę jest obraz. Jak się okazuje, to nie tylko dyscyplina akademicka czy dziedzina badań, która obejmuje wyłącznie to, co może znaleźć się w zasięgu wzroku. „Kultura wizualna nie jest po prostu sumą tego, co wykonano z myślą o oglądaniu – rzeczy takich jak obrazy czy filmy. Kultura wizualna jest zbiorem relacji pomiędzy tym, co widzialne, a nazwami, które nadajemy temu, co widzimy. Obejmuje także również to, co niewidzialne lub usunięte z pola widzenia. Jednym słowem, nie jest tak, że widzimy po prostu to, co jest do zobaczenia, i nazywamy to kulturą wizualną. Raczej składamy obraz świata, który zgodny jest z tym, co wiemy i czego już doświadczyliśmy” (s. 25) – twierdzi Mirzoeff. Autor w swojej książce próbuje dokonać syntetycznego opisu procesów obecnie zachodzących w świecie, który co chwilę ulega gwałtownym zmianom i przekształceniom.

Mirzoeff podażą tropem neurobiologii, kognitywistyki, postmodernizmu, definicji płci kultowej, feminizmu czy technologii, które znacząco wpłynęły na rozumienie procesu widzialności, trafnie przy okazji zauważając, że przeobrażenia następują dziś tak szybko, że kultura wizualna jest „badaniem sposobów rozumienia zmiany w świecie zbyt olbrzymim, by dało się go zobaczyć, a zarazem takim, którego wyobrażenie należy sobie stworzyć” (s. 27). W tym ostatnim pomocne są dziś bez wątpienia m.in. internet, media społecznościowe czy smartfony, z których codziennie wyskakuje wręcz gigantyczna liczba obrazów, domagających się tego, by jakoś je przyswoić, zrozumieć, ocenić. Mirzoeff analizuje współczesność, odwołując się przede wszystkim do historii i próbując uchwycić istotne momenty oraz przyczyny zachodzących zmian. Tak dzieje się w jego analizie sztuki portretu, zarezerwowanej niegdyś dla bogatej elity dzierżącej władzę, dla której szczytem snobizmu było posiadanie swojego utrwalonego wizerunku na obrazie, a później na fotografii.

Z czym dzisiaj kojarzy się sztuka portretu? Jak się okazuje, wyłącznie z selfie, określanym przez Mirzoeffa cyfrowym performensem. „Gdy zwyczajni ludzie starają się przybrać najkorzystniej obrazujące ich pozy, przyjmują rolę artysty jako bohatera. Każde selfie jest odegraniem przez portretowanego (i portretującego zarazem) tego, jak chciałby być widziany przez innych. Selfie przyjęło postmodernistyczną estetykę związaną z mechanicznym tworzeniem obrazów i dostosowało ją do ogólnoświatowej widowni internetu. Zarówno stykając się z technologią w prawdziwym świecie, jak i będąc online, doświadczamy współczesnej kultury wizualnej. Nasze ciała są dziś jednocześnie w sieci i w świecie” – pisze Mirzoeff. Autor zwraca uwagę na początek światowej histerii na punkcie selfie, która uważana jest również za dość tandetny wyraz obsesji na punkcie swojej własnej cielesności. A wszystko zaczęło się w 2010 roku, kiedy Apple wypuściło Iphone’a 4 przystosowanego do wykonywania tego typu fotografii. Od tego czasu sporo się już zmieniło i niemal każdy posiadacz smarftona wie, jak zrobić dobre zdjęcia, dzięki specjalnym poradnikom, uczącym jak dobrze wyglądać, osobnej linii kosmetyków sprawiającej, że makijaż na kadrach na Instagramie będzie zawsze idealny, a także dzięki dodatkowym urządzeniom, umożliwiającym wykonanie selfie z różnych odległości. Owszem, istotne jest sprzężenie zwrotne, przeglądanie się w oczach innych, ale Mirzoeff podkreśla, że ten rodzaj fotografii to po prostu nowa forma komunikatu, przede wszystkim internetowego, który prędzej czy później zostanie zastąpiony przez kolejną, odmienną formę wizualności, posługującej się heterogenicznym językiem obrazu.

Mirzoeff zwraca uwagę na kontrowersje związane z powszechnością selfie, cytując Roya Petera Clarke’a: „Może selfie powinno oznaczać selfish, samolubne, egoistyczne, zajęte sobą narcystyczne pępki wszechświata, gabinety luster, w których każde odbicie jest twoim własnym” (s. 79). Krytykę tego rodzaju działań podjął także pisarz Stephen Marche: „Selfie to masturbacja wizerunku – mówię to jako komplement. Selfie daje kontrolę. Daje ujście” (s. 79). Nie sposób się tym nie zgodzić – dzięki tej nowoczesnej sztuce portretu możemy sami kreować to, co zobaczy odbiorca. A czy jest to prawdziwy wizerunek, zwłaszcza wtedy, kiedy nastoletnie bohaterki zdjęć wydymają usta w słynny „kaczy dzióbek”, to już inna kwestia.

Mirzoeff akcentuje kontrolną siłę wizualności, przedstawiającej przefiltrowany obraz rzeczywistości, budującej tożsamość jednostki, a także kształtującej sposób myślenia, odbioru, analizy oglądanego kadru. Według autora, człowiek stał się dziś przedłużeniem sieci danych, klikającym, linkującym i strzelającym sobie co chwilę zdjęcia, przy okazji praktykującym dzielenie się szczegółami swojej codzienności z użytkownikami Facebooka. Ale na tym oczywiście nie koniec. Istotne dla Mirzoeffa są też zagadnienia widzenia w ogóle, dlatego też jeden z rozdziałów poświęca neuronauce i mózgowi, który można już dziś (dosłownie) podglądać w trakcie jego realnej pracy i reakcji na zewnętrzne bodźce. Nie zabrakło także miejsca dla wykorzystywania wizualności w celach wywrotowych, prowadzenia polityki i wojen, a także kształtowania się i rozumienia miejskiej przestrzeni. Bo kultura wizualna, twierdzi Mirzoeff, to „nauka pierwszego kontaktu”, dążąca do zrozumienia całości, ogarnięcia szumu wizualnego i zaakceptowania faktu, że jest on w dobie rozwoju technologii nieunikniony. Co najważniejsze, może on też być narzędziem zmiany i zaangażowania nie tylko lokalnego, ale i globalnego, co zostało przez badacza określone mianem „aktywizmu wizualnego” wpływającego na tworzenie się nowych form autoprezentacji, nowych sposobów widzenia i bycia widzialnymi, a także widzenia świata.

Książkę Mirzoeffa czyta się z zapartym tchem. Autor pasjonująco opisuje wszystkie znaczenia mieszczące się pod hasłem „widzieć”, a także uczy, jak należy patrzeć na otaczającą rzeczywistość. Jak bowiem twierdził Oskar Hansen, zobaczyć świat to „zdemaskować i zrzucić okulary Formy Zamkniętej”, wyjść poza patrzenie typowo estetyczne czy polegające na świadomym przeoczaniu, które nie zakłóci w żaden sposób porządku pola widzenia (s. 5). Warto wyjść poza strefę wizualnego komfortu i boleśnie ją naruszyć, by zobaczyć i zrozumieć więcej.
Nicholas Mirzoeff: „Jak zobaczyć świat”. Tłumaczenie: Łukasz Zaremba. Wydawnictwo Karakter. Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Kraków–Warszawa 2016.