Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (314) / 2017

Maja Baczyńska, Joanna Freszel,

CISZA TEŻ JEST MUZYKĄ

A A A
Maja Baczyńska: Masz za sobą udany debiut fonograficzny. Podziel się swoim doświadczeniem – jak dużym wyzwaniem jest wydanie debiutanckiej płyty i co byś doradziła tym, którzy dopiero się z nim zmierzą?

Joanna Freszel: Debiutancka płyta nie powstała szybko i łatwo, chyba głównie dlatego, że nie dopuszczałam myśli o stosowaniu półśrodków. Teraz, z perspektywy czasu, mogę powiedzieć, że w trakcie dwuletniej pracy stale byłam pozytywnie nakręcona ciągłą pracą nad "real life song" i to było naprawdę fantastyczne uczucie. Ten piękny okres szybko okazał się wyjątkowo męczący, bo zbiegł się z moją drugą, niezbyt łaskawą dla mnie ciążą i związanym z nią macierzyństwem oraz pierwszym rokiem studiów doktoranckich. Ale gdybym miała raz jeszcze wejść do tej samej rzeki, z pewnością bym to zrobiła. Nie boję się ostrych kamyków na dnie, z czasem stopa się do nich przyzwyczaja, choć z pewnością niekiedy przydałoby się ramię do podparcia (mam tu na myśli managera lub impresario). Tymczasem musi wystarczyć potężne samozaparcie, bo tylko wtedy jest szansa dojść "na drugi brzeg". Bez przemyślanej wizji końcowego efektu można się zagubić i zwyczajnie tak zamęczyć, że więcej się straci niż zyska. Dlatego wpierw należy się przygotować do wyprawy (wokalnie, mentalnie, zorganizować finanse), zbudować zaplecze, zahartować umysł. Początki nie są łatwe, ale trzeba próbować. Zdecydowanie zachęcam do zapoznawania sie z rynkiem fonograficznym, do szukania swojego miejsca, niszy muzycznej, do poznawania kompozytorów i librecistów bliskich swojej własnej wrażliwości. Piękne jest też zwyczajne otwieranie się na innych, inspiracja płynie bowiem właśnie z zewnątrz.

M.B.: Wraz z Tobą w nagraniu wzięło udział wielu młodych twórców muzyki i poezji. Skąd pomysł na właśnie taką płytę?

J.F.: Zależało mi, aby stworzyć produkt, z którego po prostu będę zadowolona. W moim odczuciu zarówno duża różnorodność repertuaru, jak i zaproszenie do przedsięwzięcia wielu świetnych muzyków mogło stać się jednym z głównych atutów powstającego projektu. Przez pół roku szukałam kompozytorów, którzy mnie zaintrygują, a potem zgodzą sie na współpracę. Wszelkie notatki, wiedza o nich samych bądź o instrumentalistach stały się dla mnie jednym z największych skarbów roku 2014/2015. Wracając jednak do pytania, uznałam, że właśnie jak najliczniejszej grupie młodych twórców warto pomóc w prezentacji swoich talentów dzięki mojemu stypendium, które umożliwiło mi nagranie płyty. Nie bez powodu nosi ono nazwę "Młoda Polska" (śmiech). A zamówienie poezji do niektórych nowo powstających kompozycji – obok już wcześniej wybranych tekstów E. E. Cummingsa czy S. Becketta – wydało mi się działaniem dość oryginalnym. I co najwazniejsze – całe te poszukiwania, badanie gustów, prezentowanie tak różnorodnych stylów i tekstów miało posłużyć złamaniu stereotypowego myślenia o muzyce nowej jako hermetycznej, trudnej i niezrozumiałej. Bardzo chciałam, aby nie meloman, ale mój sąsiad czy znajoma ze żłobka córci znaleźli na tej płycie coś dla siebie, chociaż parę minut.

M.B.: Na płycie utwory są bardzo zróżnicowane. Który z nich jest dla Ciebie szczególny i dlaczego?

J.F.: Wszystkie są dla mnie wyjątkowe! Każdy wniósł do mojego życia bardzo wiele i w rok po wydaniu płyty dochodzę do wniosku, że z żadnej z kompozycji bym nie zrezygnowała. Przeciwnie, każdą kocham w inny sposób. Pamiętam, że bardzo dużo dała mi praca nad skromną miniaturką Katarzyny Szwed "Zimnych Krajów Kołysanki". Okazało się w niej, że nie potrzebując żadnego tekstu, w samej barwie dźwięków oraz ich przebiegach, można znaleźć niezwykle wiele wyrazu, uczuć i akcji. Natomiast dynamika pieśni, mieszcząca się w minimalnych widełkach (od piana do piana pianissimo), nauczyła mnie jeszcze większego poszanowania szczegółu i uwrażliwiła na subtelności – najmniejsze odgłosy, szmery itd. W końcu cisza też może być muzyką. Śmieję się, że wszystko zależy od odpowiedniego nastrojenia naszych potencjometrów wrażliwości. Przypomina mi się w tym miejscu temat wykładu, który prowadziłam kiedyś, jeszcze na moich poprzednich studiach Ochrony Środowiska na SGGW w Warszawie. Opowiadałam wówczas o tym, że "pauza nie jest ciszą" i pomimo że większość moich kolegów z roku średnio znała muzyczne pojecia, których używałam, byli zaczarowani tą niecodzienną wizją, o której czasami nawet profesjonalni muzycy zapominają. A inne utwory z płyty...? Jak wiele każdy z nich dla mnie znaczy widzę z perspektywy czasu. I tak na przykład dzięki "Nokturnowi" Miłosza Bembinowa lepiej krzyczę... Oczywiście nie w domu, a na dźwiękach (śmiech), dzięki "Slykialan eavvat" Aleksandra Kościowa lepiej zawodzę (śmiech), dzięki "Nashej Shkhapie" Sławomira Zamuszki lepiej śpiewam po polsku, a w tytułowym "real life song" Szmytki poćwiczyłam ćwierćtony. Mogłabym jeszcze długo tak wymieniać.

M.B.: Jak nawiązałaś współpracę z sekstetem wokalnym proMODERN?

J.F.: Zaczęło się chyba od telefonu dyrektora zespołu, Piotra Pierona: "mamy ciężarną", zaśpiewasz? I śpiewałam w zastępstwie, przez pół roku, po chwili również będąc w ciąży (śmiech). W ciągu dwóch lat przybyła w zespole chyba czwórka dzieci! Czyżby można było tutaj wysnuć jakąś hipotezę odnoście wpływu muzyki współczesnej na ludzi? (śmiech) Do tej pory po współpracy z zespołem, który następnie zaprosiłam do płyty "real life song", pozostały mi na regale grube segregatory wypełnione przeróżną literaturą, wspomnienia intensywnych prób, a przede wszystkim przyjaźnie, chyba na całe moje artystyczne życie.

M.B.: A potem przyszedł czas na wielkie sukcesy. Co czułaś, gdy otrzymałaś w Paryżu nagrodę Złoty Orfeusz?

J.F.: Najśmieszniejsze jest to, że z początku w ogóle nie wiedziałam, że "real life song" jest nominowana do tej prestiżowej nagrody. Pewnego lipcowego dnia, czyli ponad pół roku po premierze płyty, otrzymałam maila od przedstawiciela DUX na Francję z informacją, że Académie du Disque Lirique postanowiła mi przyznać Prix de la SACD: Mieilleure interprète de musique lyrique contemporaine czyli Nagrodę za Najlepszą Interpretację Muzyki Współczesnej. Przez miesiąc, kiedy musiałam zatrzymać informację wyłącznie dla siebie, czułam niezwykłą satysfakcję i poczucie spełnienia, że wysiłek dwudziestu czterech osób (tyle bowiem głów było zaangażowanych w projekt), został doceniony i do tego za granicą! Wspólny sukces uczciłam, obfotografując z Orfeuszem w dłoni większość zespołu. To nagroda dla nas wszystkich.

M.B.: A co z Fryderykami? Dwie nominacje już wydają się być sukcesem, ale wielu widziało Ciebie w gronie laureatów.

J.F.: Fryderyki są piękną nagrodą, ale w moim odczuciu dla naprawdę zasłużonych osób, z dużym doświadczeniem i wyrobioną pozycją w środowisku muzycznym. Dla nas równie ważną nagrodą jest to, że "real life song" skłoniła ludzi do refleksji, wywołuje dyskusje na temat tego, co się komuś podoba, a co nie (mam oczywiście na myśli utwory znajdujące się na płycie). Same nominacje były docenieniem naszej pracy i imperatywem do dalszych zawodowych dążeń. Natomiast zamiast statuetki posypały się propozycje koncertów, a to dla nas muzyków w końcu jest priorytetem.

M.B.: No właśnie, prowadzisz aktywne życie koncertowe. Nie tak dawno publiczność warszawską oczarowałaś swoim fenomenalnym występem na koncercie inauguracyjnym Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Współczesnej "Warszawska Jesień". Chyba kochasz repertuar współczesny?

J.F.: Rzeczywiście uwielbiam repertuar współczesny, wydaje się, że on też mnie lubi (śmiech). Odnajduję niezwykłą przyjemność w dialogu z kompozytorem, w pracy nad - czasami bardzo wydumaną - partyturą. W poszukiwaniu, tłumaczeniu i myśleniu nad tym, co mam wykonać. Podoba mi się, jakie ta muzyka oferuje możliwości tak wykonawcy, jak i słuchaczowi oraz to, że umożliwia ona swobodną kreację i prawdziwą wolność artystyczną. Męczący może się wydawać jedynie proces przygotowywania przez wykonawcę nowego dzieła, gdyż zazwyczaj jest on bardzo pracochłonny, a utwór prezentuje się tylko raz. Szykując prawykonanie danej kompozycji, natrafia się na szereg trudności, przede wszystkim brak wzorców wykonawczych. Pojawia się też konieczność przystosowania barwowego i wysokościowego głosu do danej partii. To wszystko wymaga cierpliwości, precyzji i olbrzymiej siły w dążeniu do swojej wizji czy to w interpretacji, czy w jakości dźwięku.

M.B.: Obmyślasz już może swoją kolejną płytę? Zamierzasz coś zmienić, czy raczej podtrzymasz artystyczną propozycję?

J.F.: Głowa mi pęka od pomysłów, jednak przy następnym projekcie nie pokuszę się o to, aby ponownie samej wszystko organizować (śmiech). Proces kreaowania, a potem załatwiania koniecznych spraw organizacyjnych byłby świetny, gdybym nie musiała w międzyczasie pamiętać o transporcie instrumentów, kolejnym przeniesieniu terminu prób, wydrukowaniu komuś nut, bądź wyegzekwowaniu jakiejś zgody, a mogła skoncentrować się na swoim zawodze – na śpiewaniu. Tych "drobinek-przeszkadzajek" było mnóstwo i kłopotliwe okazało się powracanie do świata muzyki, w którym, aby kreować, musiałam być zrelaksowana i natchniona. Nauczona doświadczeniem zamierzam podejmować kolejne fonograficzne wyzwania, ale jeszcze mi się do tego nie spieszy. To, czego będę się trzymać, to dążenie do jak najwyższego poziomu artystycznego bez miejsca na ustępstwa. A czy mam już gotową kolejną artstyczną propozycję? Zdradzę tylko, że z pewnością pojawi się ukłon w stronę najmłodszych odbiorców, a może także coś o… kolorach muzyki.

M.B.: Tymczasem koncertujesz, kończysz studia dotoranckie i... jesteś szczęśliwą mamą. Czy trudno Ci te role ze sobą pogodzić?

J.F.: Czasami mam wrażenie, że bycie artystą – stawanie przed ludźmi na scenie i próby przekonania ich do utworu czy do siebie – wcale nie jest trudne. Najbardziej skomplikowane wydaje się właśnie godzenie życia zawodowego (na wyznaczonym sobie samemu poziomie) z rodzinnym, na które w moim odczuciu wciąż nie ma wystarczającej ilości czasu. Stale proszę dobę, aby się rozciągnęła, ale to niemożliwe, tymczasem najważniejsze jest, aby nie przegapić pewnych "domowych cudów" – nie cofnie się przecież czasu i nie zobaczy się raz jeszcze pierwszego mleczaka na dłoni synka, pierwszego picia przez słomkę lub próby wiązania sznurówki. Nie darowałabym sobie, gdyby coś takiego mnie ominęło. Sztuka to muza bardzo zazdrosna i często niewdzięczna. Staram się po prostu pielęgnować to, na czym najbardziej mi w życiu zależy i co ma dla mnie największą wartość.
Fot. Anna Konieczna-Purchała.