Wydanie bieżące

1 lutego 3 (315) / 2017

Mirella Siedlaczek-Mikoda,

LONDYN WCIĄŻ TRWA (EDWARD RUTHERFORD: 'LONDYN')

A A A
Gramatyka bestselleru
W mojej ulubionej księgarni w połowie grudnia czekała na mnie opasła niespodzianka – kolejna powieść Edwarda Rutherforda, a ponieważ zdradziłam się z sympatią dla tego autora, sprzedawczyni niezwłocznie wskazała mi nowość. Mimo że przedświąteczne wydatki nie skłaniały do rozstania się z prawie siedmioma dyszkami, to jednak nie wahałam się – lektura „Londynu” to kilkanaście (raczej kilkadziesiąt) pysznych godzin.

„Paryż”, chronologicznie ostatnią powieść Edwarda Rutherforda przełożoną na język polski wypożyczyłam z biblioteki – jako pierwszą tego autora – nie bez obaw, bo wprawdzie uwielbiam długie powieści, to jednak gdyby wybór okazał się chybiony, byłoby szkoda nieść tę cegłę. Zatonęłam w lekturze, poleciłam ją innym, więc gdy „Nowy Jork” tego samego autora pojawił się w księgarni, już nie czekałam, czy biblioteka zakupi egzemplarz (śpieszę uspokoić – kupili, kierując się zapewne dość racjonalnym poglądem, że warto kupować sprawdzonego autora i budować jego półeczkę, która w przypadku Rutherforda może być nie tyle długa, ile wymagająca solidnej konstrukcji). Przedzierałam się przez kolejne rozdziały szybko i zachłannie, wiedząc, że przy takiej liczbie postaci taktyka zaglądania na ostatnie strony, co robię regularnie, da niewiele, bo w przyjętej perspektywie czasowej liczącej kilka stuleci jedni bohaterowie w naturalny sposób znikną, a tożsamości innych nie będę znała.

„Londyn” czytałam dłużej, na co składa się kilka powodów – po pierwsze w ciągu ostatnich dwóch tygodni mniej czasu poświęcałam książce, a więcej czasopismom, po drugie trudno dzieło o tych rozmiarach zabierać do środków transportu, po trzecie czytaniu trzeba podporządkować wiele uwagi i lepiej przeczytać jeden blisko stustronicowy rozdział, niż odrywać się i wracać w poszukiwaniu szczegółów. Zakres czasowy zarysowany przez Rutherforda jest imponujący – od czasów rzymskich po drugą połowę XX wieku, co dla jednych stanowi zachętę, innym kojarzyć się może z powierzchownym oglądem, nazywanym elegancko spojrzeniem z lotu ptaka. Nie jestem historykiem, nie mogę odnieść się do wartości naukowych cyklu, przypuszczam, że nie mamy do czynienia z hucpą, co najwyżej niektóre z hipotez mają swoje mniej lub bardziej kontrowersyjne kontrhipotezy. Wyrażam swoją opinię jako odbiorca opowieści, który kupuje (dosłownie i metaforycznie) epopeję o najważniejszych miastach i jest świadkiem ich narodzin, powstawania kolejnych budowli, rodzenia się legend, co brzmi płasko lub efekciarsko, jako że pojęcie legendy wytarło się i spowszedniało.

Wraz z celtyckimi bohaterami przeżywamy przybycie rzymskich legionów, stajemy oko w oko z boskim Juliuszem, towarzyszymy wyjazdowi Ryszarda Lwie Serce do miasta, jesteśmy świadkami poruszenia mieszkańców Londynu po usłyszeniu wieści o zabójstwie Tomasza Becketta, wchodzimy do gabinetu Geoffreya Chaucera i na przedstawienia Szekspira. Jesteśmy świadkami inwazji Normanów, zarówno kulturalnej, jak i (najzupełniej dosłownie) siłowej, dowiadujemy się, że kanonicy wcale nie musieli być księżmi, jak i kościoły mogły nosić dość świeckie miana, śledzimy powstanie urzędu burmistrza i wskrzeszenie zwyczaju, że skazanego na śmierć mogła uratować panna lekkich obyczajów, pod warunkiem, że nierząd został zarejestrowany w odpowiednim urzędzie. Wcześniej wraz z niewolnikiem budujemy mury Tower i kibicujemy mu w zemście na okrutnym i głupim namiestniku królewskim. Mój opis brzmi może sztucznie, ale streszczenia blisko tysiącstronicowej powieści trudno dokonać, a napisać, że to fascynujące ożywienie ponadtysiącletniej historii miejsca, które staje się Londynem, to nic nie napisać. Motywem spajającym podróż, momentami wręcz galop przez stulecia, są członkowie kilku rodów: wywodzących się z Celtów Ducketów, charakteryzujących się srebrnym pasmem włosów nad czołem i palcami dłoni połączonymi błoną, niestety, nieświadomych swego historycznego dziedzictwa, Sasów o krewkim temperamencie, którzy po kilku stuleciach przybierają nazwisko Bull, ich przyjaciół, a potem odwiecznych wrogów Barnikelów, rodu o duńskich korzeniach, Silversleevesów – Normanów, wreszcie Flemmingów, potomków saskiego niewolnika Osrica. Orientację w plątaninie nazwisk oraz imion zapewnia wykres, który nie jest dokładnym drzewem genealogicznym, gdyż akcja przeskakuje co 50 – 100 lat, a pominięte pokolenia tylko wspomina się bez podawania imion. Świadomość korzeni bywa bardzo nikła, szczególnie, że zaciera się pamięć o źródłosłowie nazwiska, podobnie jak i nazw miejscowych. W historię metropolii wpisana jest palimpsestowość – kolejne warstwy dosłownie na siebie zachodzą, a w przypadku Londynu czy Paryża mowa o rzymskich fundamentach wykorzystanych przez wczesnośredniowiecznych budowniczych.

Słabością „Londynu” jest na pewno przewaga części wykładowej nad dialogową, przeskoki czasowe bywają tak znaczne, że kilka stron początku rozdziału zajmuje wprowadzenie, więc jeśli czytelnik musi przerwać lekturę zanim akcja na dobre się rozkręci, to powrót do narracji wymaga przypomnienia tła historycznego, dlatego „Londyn” w większym stopniu niż inne książki Rutherforda nosi znamiona wykładu przerywanego opowieścią o bohaterach.

„Paryż” i „Nowy Jork” charakteryzują się bardziej dynamiczną akcją, szczególnie w tej ostatniej powieści historie opowiadania się po stronie buntowniczych Amerykanów czy lojalistów są odpowiednio udramatyzowane, w „Londynie” z racji obszerności dziejów czytelnik nie ma czasu przejąć się losem bohaterów, którzy i tak znikną, a ich działania rzadko będą przywoływane – jednym z wyjątków jest pomyłka przy spisie podatkowym, z powodu której gałąź rodu została policzona w poczet niewolników. Głównym bohaterem pozostaje Londyn – z jego energią i umiejętnością odradzania się z popiołów – dosłownie po Wielkim Pożarze i metaforycznie po politycznych burzach i wojnach. Konkludując – Londyn jest większy od władzy królewskiej, choć towarzyszy jej od ukonstytuowania monarchii, dobrobyt jego mieszkańców zależy od bytności dworu, ale i sam władca musi liczyć się z mieszkańcami stolicy. To, co w powieści odbieram jako słabość i przewagę narracji historycznej nad literacką, autor zmniejszył w kolejnych powieściach. Wszystkie są jednak epopejami o miastach – wiecznych i niezniszczalnych, więc może pora na Roma aeterna? Czarna Owco, czekam na tłumaczenia: „Sarum, opowieści o Anglii”, „Rosji” i „Dublina”.
Edward Rutherford: „Londyn”. Przeł. Elżbieta Smoleńska. Wydawnictwo Czarna Owca. Warszawa 2016.