Wydanie bieżące

1 lutego 3 (315) / 2017

Robert Rybicki,

NIEGÓRA

A A A
Najnowszy, acz zeszłoroczny już, tom Konrada Góry, o wielokroć odmienianym tytule „Nie”, wydany przez Biuro Literackie, ukazuje nam poetykę tegoż na dwóch osiach: zdyscyplinowaną do porządku skaskadowanego dwuwiersza i w zapisie jako zapisu rozpryśnięcie, rozpirzenie (czy miałoby to przypominać rumowisko języka na kształt rumowiska Rana Plaza?). No właśnie: kontekst zawalenia się budowli wraz z tysiąc ilomaś osobami jest ramą kompozycyjną, humanistycznym podglebiem konceptu, bo ta książka jest konceptem od A do Ż. Krytyka rzeczywistości jest aż nadto widoczna, autor celowo oscyluje między realiami z Dekanu a sobie znaną rzeczywistością środkowoeuropejską. Po lekturze tekstu wkrada się w myśl pojęcie epifanii, epifania za epifanią jak pogruchotane puzzle układają się w „całość“ zniszczonych bytów.

Mnie osobiście zaciekawiły fragmenty odnoszące się do zakłamania, a jako przykład niech zajaśnieje cytat: „kłammy, wymówmy się” (s. 18; odbieram to i w kontekście sytuacji z Rana Plaza, i ogólnie z całego żywota, kiedy to ludzie albo są kłamcami z praktyki i używają łgarstwa jako metody funkcjonowania (vide: politycy), albo kłamią, bo są do tego zmuszeni przez sytuację). I dalej: „być okłamywanym // tym samym kłamstwem / z obojga” (s. 12); jak w tym kontekście brzmią: „Przekład gadaniny na / wrzask?” (s. 14) czy „Kradzież prawa” (s. 15) „rytuał / mamienia” (s. 24), „higieniczna nienawiść” (s. 44), „Rozpo- // znawalny akcent retuszu (s. 57), „umarłe na // ustach lokaty ludzkie / Pekinu i Brukseli” (s. 62), „Sąsie- / dztwo, o którym // milczy się z / siłą rzetelnego // oszustwa” (s. 75), „Dręcząca / rozmowa” (s. 80), Wada // każdej wymowy (s. 81), „Sprostowanie // prawdy nie o / kłamstwo, o milczenie” (s. 96). „[N]ie wiadomo, ile // w tym prawdy” (s. 121). Wiadomo, że w obecnym zgiełku informacyjnym (może lepiej mówić o „społeczeństwie zgiełku” a nie „społeczeństwie informacyjnym”?) informacja (vide: Facebook) doprowadza jednostkę, byt ludzki do skołowacenia bardziej niż wyjaśnienia, w sumie trzeba być niezłym gierojem, by w tym ogniu krzyżowym informacji jakoś sensownie tę swoją indywiduację dociągnąć do etapu czystego olśnienia... Takim ciemnym olśnieniem w tym zgiełku dla autora była wspomniana, acz chyba już do skutku w globalnym świecie przemilczana, katastrofa budowlana w Bangladeszu. Trochę to/te „Nie” każe/ą się czytać jak „Alarm dla miasta Warszawy” Słonimskiego, bo może „historia” zamaże fakty i zostawi suche, zimne statystyczne tabelki, ale zostanie ten poetycki krzyk poety jak różewiczowski „włosek” (krzyk włoska?), krzyk w obronie najzwyklejszego człowieczeństwa. I może mieć szczęście dotrzeć do jakichś uszu nawykłych do słuchania, czego autorowi życzę.

Po poprzednich książkach podwrocławskiego poety, w których akcenty rozkładały się inaczej, ta ma inny walor: trzymana jest dyscyplina dwuwersu, a są tam fragmenty, które ocierają się o poezję konkretną jak ten:

1

o.

O





1

sierść naszej

skóry. O utopienie

i tak dalej. Każdej cyfrze 1, których jest tysiąc coś (dokładna liczba niech będzie domeną statystykowiczów/ek), bo i tak zostaje owo „jeden” jako podstawa poznania w sensie czysto filozoficznym, jest przypisana jakaś skondensowana cząstka językowa, którą, gdyby podglądnąć ją od strony gramatycznej, okazuje się bezsensem, co oddaje (pod względem konstruktywistycznym?) bezsens bezsensu śmierci tych wszystkich wcześniej żywych istot, nota bene dających życie, na co poeta wskazuje w poszczególnych cząstkach wierszowych. Zgruchotanie, zgniecenie materii języka oddaje na prawach nowego mimesis zmiażdżenie ciał i budowli; kłania się w tym tomie też wysokiej próby sztuka kondensacji i przetrawiona świadomość awangardowego potencjału języka w tym tomie „wyzyskana”, „wyżyłowana” do cna, a to popycha myśl ku stwierdzeniu, że, jak to błyskotliwie zaznaczył w jednym ze swoich tekstów o Górze czeski poeta Petr Motýl, bliżej mu jednak do Paula Celana z rozbijaniem języka niż wspominanego przez autora Roberta Bly z epifanicznością doznań. I jeszcze jedna myśl: otóż Konrad Góra najbliższy jest Zegadłowiczowskiej filozofii ziemi, więc ku temu dom wom taki fragment z onego miyndzywojennego poety jako godo Chrystus z „Ballady o dniu deszczowym”:

                                                     - błogosławie

wasym dniom, nocom wasym i wasej zabawie -

i ocom - by widziały co sie widzieć nie da

ino temu kogo gno udręka i bieda -

Tymczasem Góra, zaklasyfikowany światopoglądowo jako anarchista, podobnież jak u Zegadłowicza, niedaleko jest trudnego losu ludzkiego, blisko jak badacz badanej materii, gdy to opis wywraca do góry nicami, rozszczepiając ustanowione przez tradycję literacką figury stylistyczne, gdzie zaciera się granica przedmiot/podmiot, prawda/kłamstwo i wszelkie ku temu jeszcze opozycje obecne w myśleniu; ma przy tym rzadką umiejętność wynajdywania słów wypadających z obiegu albo śladowo używanych, jakby z zakamarków Królestwa Języka Polskiego (podobną manierę poszukiwawczą z unikatowymi słowami reprezentuje Marcin Sendecki).

Zapraszam do lektury.
Konrad Góra: „Nie”. Biuro Literackie. Wrocław 2016.