Wydanie bieżące

15 lutego 4 (316) / 2017

Przemysław Pieniążek,

KOLIZJE ŚWIATÓW

A A A
Instytucja rodziny znajdującej się w stanie kryzysu, rozpadu lub jawnego zagrożenia; efemeryczne, choć brzemienne w konsekwencje spotkanie dwóch rzeczywistości (jawa/sen, doczesność/zaświaty, ład/chaos); przekraczanie bariery własnych lęków, uprzedzeń i ograniczeń w obliczu zjawisk wymuszających na bohaterze (przeważnie jednak protagonistce) zdecydowane działanie – to tylko niektóre z motywów regularnie powracających w twórczości Wesleya Earla Cravena, urodzonego 2 sierpnia 1939 roku w Cleveland scenarzysty (próbował swoich sił także na niwie literatury, publikując średniej klasy sensacyjny dreszczowiec „Stowarzyszenie Fontanna”), reżysera, producenta i okazjonalnego aktora (niczym Alfred Hitchcock, lubił „przemykać” na ekranie w króciutkich cameo, także w filmach swoich przyjaciół), mającego solidny wkład w historię celuloidowej grozy, szczególnie w jej slasherowym wydaniu.

Zło, które czyni człowiek

Przyszły twórca „Koszmaru z ulicy Wiązów” (1984) nie miał łatwego dzieciństwa. Wychowywał się w konserwatywnej rodzinie baptystów, w której dość szybko zabrakło figury skądinąd porywczego ojca (zmarł, gdy Wes miał cztery lata). Autorytet pobożnej, choć wyjątkowo apodyktycznej matki (zgodnie z życzeniem syna, pani Craven nigdy nie oglądała jego filmów: wyjątkiem był „Koncert na 50 serc” z 1999 roku) w znaczący sposób zaważył na relacjach nieśmiałego chłopca z rówieśnikami – szczególnie przedstawicielkami płci pięknej. Zgłębiający tajniki filozofii oraz psychologii nastolatek miał zadatki na belfra, o czym świadczy jego późniejszy etat anglisty w Westminster College. Szczęśliwie dla X muzy, Craven pewnego dnia kupił kamerę 16 mm, by z pasją kręcić krótkometrażówki. Natomiast dzięki swojemu kumplowi, muzykowi Tomowi Chapinowi, podjął decyzję o przeprowadzce na Manhattan, gdzie przyjął posadę gońca w jednej z firm zajmujących się filmową postprodukcją. W niedługim czasie sprawdził się także jako montażysta dźwięku. Reżyserskie szlify zdobywał co prawda, kręcąc porno, ale jego pełnowymiarowy debiut, choć równie dosadny, odwoływał się do innej sfery wrażliwości widza.



„Ostatni dom po lewej” (1972) atakował odbiorcę werystycznymi scenami psychofizycznej przemocy, stanowiącej fundament tej inspirowanej „Źródłem” (1960) Ingmara Bergmana przypowieści o niebezpiecznym, obusiecznym ostrzu zemsty. Wszak krwawy odwet brany przez Collingwoodów na gwałcicielach i mordercach córki bynajmniej nie przynosi małżonkom katharsis, lecz stanowi kolejny etap ich psychicznego spustoszenia. Film do dziś robi wrażenie onirycznym, pełnym estetycznych dysonansów klimatem: wyraźnie widać (a właściwie słychać) to na przykładzie sceny kaźni nastolatek, której w tle towarzyszy nastrojowa ballada. Jednym z najsłynniejszych utworów pochodzących z tego filmu jest piosenka „Road Leads To Nowhere” nieżyjącego już Davida A. Hessa, który zresztą bardzo sugestywnie wcielił się w postać sadystycznego Kruga Stillo. Charakterystyczne imię łotra oraz zaskakujące podobieństwo Hessa do Roberta Englunda pozwala zaryzykować stwierdzenie, że „Ostatni dom po lewej” w przedziwny sposób zapowiadał nadejście „Koszmaru z ulicy Wiązów”.

Debiut Cravena zwrócił zainwestowane weń pieniądze z nawiązką – 3 miliony dolarów przy budżecie rzędu 90 tysięcy – choć ściągnął na reżysera gromy ze strony prasy, komentatorów społecznych czy środowisk duchownych. Włączany w poczet video nasties, osławiony film Amerykanina był w wielu krajach zakazany, co jednak nie ostudziło zapału młodego eksperymentatora. Jako miłośnik „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” (1974) Tobe’ego Hoopera, zrealizował w 1977 roku horror, którym uhonorował młodszego kolegę, a jednocześnie dorzucił własną cegiełkę pod budowę progresywnej odmiany kina grozy. Podobnie jak opowieść o kanibalistycznej familii Leatherface’a, „Wzgórza mają oczy” ukazywały człowieka jako największe zagrożenie dla bliźnich. Co prawda ów człowiek, podobnie jak jego pobratymcy, był współczesnym popromiennym antropofagiem grasującym na pustkowiach Nevady (nadmienię, iż początkowo akcja filmu miała rozgrywać się gdzieś w leśnych ostępach A.D. 1994, większość mutantów miała być w wieku nastoletnim, zaś porwane dziecko miało służyć nie jako „przekąska”, lecz zasadniczy element religijnego rytuału), niemniej dzieło Cravena doskonale wpisywało się w ikonograficzny zwrot w obrębie gatunku.

Warto przypomnieć, że „Teksańska masakra piłą mechaniczną” zainaugurowała kurtuazyjną, intertekstualną grę ze skojarzeniami podchwyconą przez reżyserów z kręgu filmowej grozy. W jednej ze scen filmu Hoopera widać fragment plakatu reklamującego „Szczęki” (1975) Stevena Spielberga. W „Martwym złu” (1981) Sama Raimiego widz bez problemu dostrzeże poster promujący „Wzgórza…” Cravena. W zrealizowanej cztery lata później kontynuacji „Martwego zła” Raimi przyozdobił wnętrze nawiedzonej chaty rękawicą Freddy’ego Kruegera. Craven natomiast w „Koszmarze z ulicy Wiązów” zawarł ujęcie, w którym Nancy Thompson ogląda w telewizji pierwszą część przygód Asha.



„Wzgórza mają oczy” – inspirowana szkockim folklorem (vide: działalność ludożerczego klanu Sawneya Beane) opowieść o tragicznej w skutkach wakacyjnej eskapadzie familii Carterów, której członkowie w sytuacji kryzysowej wykazują się morderczą determinacją – szybko znalazły grono wiernych fanów doceniających zgrabnie budowane napięcie oraz, obecne także w przywoływanym wcześniej filmie Hoopera, elementy komentarza społecznego. Jak wieść gminna niesie, podczas jednego z pierwszych pokazów filmu Cravena pewna kobieta nie omieszkała podzielić się ze swoją koleżanką oburzeniem (wygłoszonym doniosłym szeptem) piętnującym oglądane dzieło jako „chore” i „zboczone”. Siedzący w drugim rzędzie aktor Michael Berryman – cierpiący na hipohydrotyczną dysplazję ektodermalną odtwórca roli Plutona – pochylił się nad wstrząśniętą kinomanką i wyszeptał: „Ma pani absolutną rację”. Zrealizowana jeszcze przed „Koszmarem z ulicy Wiązów” kontynuacja historii o zdziczałym plemieniu (vide: „Wzgórza mają oczy II”, 1984) okazała się jednak sporym rozczarowaniem, które w niewielkim stopniu obroniło szczere wyznanie reżysera twierdzącego, że nakręcił sequel wyłącznie dla pieniędzy.

Kiedy rozum śpi…

„Horrory nie kreują lęku. One go uwalniają” – poczyniona onegdaj refleksja Wesa Cravena jak ulał pasuje do aury jego najsłynniejszych dzieł, apelujących do mrocznych stref ludzkiej (pod)świadomości, gdzie wciąż znajduje się miejsce dla pierwotnego lęku, zabobonu i wiary w rzeczy na pozór niepojęte. Dobrym tego przykładem były ukazane w „Śmiertelnym błogosławieństwie” (1981) perypetie Marthy Schmidt (Maren Jensen), która po tragicznej śmierci męża – niegdyś członka religijnej społeczności (o niebo bardziej radykalnej od amiszów) – zostaje uznana przez rodzinę zmarłego za naznaczoną piętnem inkuba. Zapraszając do współpracy laureata Oscara Ernesta Borgnine’a (za rolę patriarchy Isaiaha Schmidta ekranowy weteran otrzymał nominację do… Złotej Maliny) oraz katując na planie początkującą w branży Sharon Stone (słynna scena z żywym pająkiem wpadającym w otwarte usta przerażonej bohaterki), Craven stworzył dzieło stanowiące solidny pomost między jego niszowymi produkcjami a mainstreamem. Bo chociaż „Śmiertelne błogosławieństwo” nie miało zbyt dobrej prasy, oscylowało wokół kluczowych dla reżysera tematów (rozpad rodziny, nieprzystawalność dwóch światów, aktywny opór w obliczu zagrożenia), ustanawiając przy tym aurę opresyjnego snu, prowadzącego wprost do koszmarnego finału.



Abstrahując od znienawidzonego przez Cravena zakończenia filmu (bohaterce ukazuje się widmo zamordowanego męża, który ostrzega ją przed inkubem, kilka chwil później wyskakującym spod podłogi i zabierającym kobietę do piekła), w „Śmiertelnym błogosławieństwie” znalazło się sporo smakowitych scen z pogranicza jawy i snu. W jednej z nich widzimy Marthę relaksującą się w wannie, do której nieznany sprawca wpuszcza węża. Niemalże identyczna scena (choć zamiast gada jest pazurzasta rękawica) znalazła się w „Koszmarze z ulicy Wiązów”.

Artykuł w „Los Angeles Times” poświęcony przypadkom nagłych, trudnych do wyjaśnienia zgonów wśród (prześladowanych przez nocne koszmary) kambodżańskich uchodźców, dziecięce wspomnienie o ubranym w porozciągany sweter i kapelusz pijaku bezczelnie patrzącym w okno rodzinnego domu Cravenów, a do tego chęć symbolicznego wyrównania rachunków z dawnym szkolnym gnębicielem o imieniu Fred Krueger – to najważniejsze, choć nie jedyne impulsy stojące za realizacją ponadczasowej fabuły o (grasującym w snach nastolatków) nieumarłym psychopacie. Początkowo Krueger miał być zboczeńcem molestującym dzieci. W tamtym czasie jednak temat seksualnej przemocy względem nieletnich nazbyt często powracał na łamach prasy, stąd ostatecznie reżyser sportretował Freda jako mordercę. Odpowiedzialny za charakteryzację upiora David B. Miller inspirował się (udostępnionymi przez medyczne centrum UCLA) fotografiami ofiar poparzeń. Oblicze zwyrodnialca miało być też o wiele bardziej sugestywne: wystające zęby, ociekająca ropą i krwią twarz, odsłonięte fragmenty czaszki. Aby dodatkowo wyróżnić Kruegera na tle innych „slasherowców”, Craven wpadł na pomysł, żeby łotr posługiwał się stworzoną przez siebie rękawicą o czterech ostrzach.



Zanim jednak historia poparzonego upiora z Elm Street przyoblekła się w ciało, reżyser długo zabiegał o uwagę czołowych wytwórni, w tym Walt Disney Productions (zainteresowanej projektem, choć pod warunkiem złagodzenia charakteru opowieści). Dopiero niewielki gracz, jakim było wówczas New Line Cinema wziął na siebie „ryzyko” związane z realizacją „Koszmaru z ulicy Wiązów”, by po spektakularnym sukcesie filmu i jego licznych kontynuacji ochoczo ochrzcić się mianem „Domu, który zbudował Freddy”. Choć dla zagorzałych fanów tej polimedialnej franczyzy Robert Englund będzie najlepszym odtwórcą roli Kruegera, początkowo w postać rzeźnika w pasiastym swetrze miał wcielić się rosły David Warner (przeszedł nawet fazę charakteryzacji). Podobnie rola Nancy Thompson nie była napisana z myślą o Heather Langenkamp, która dzięki tej kreacji zasiadła w loży królowych horroru.

Wes Craven w pełni rozwinął w „Koszmarze…” wachlarz swoich tematycznych zainteresowań, ale i formalnych eksperymentów, w tym wciąż cieszących oko efektów wizualnych, takich jak chociażby śmierć Glena Lantza „pożartego” przez własne łóżko. W ramach ciekawostki wspomnę, iż debiutujący w tej roli (na dużym ekranie!) Johnny Depp otrzymał angaż zupełnie przypadkowo – przyszły gwiazdor udał się bowiem na przesłuchanie jedynie w charakterze osoby towarzyszącej. Kolegą, który nie przeszedł castingu, był niejaki Jackie Earle Haley, późniejszy odtwórca roli Kruegera w reboocie „Koszmaru…” wyreżyserowanym w 2010 roku przez Samuela Bayera. Dysfunkcyjne rodziny, bunt przeciwko ubezwłasnowolnieniu oraz przenikanie się dwóch ontologicznych porządków: wykorzystujący konwencję „snu wewnątrz snu” slasher stanowi najciekawsze rozwinięcie wątków, motywów i archetypów bliskich sercu zmarłego reżysera.

Koszmar, który się nie kończy

Opromieniony artystycznym i komercyjnym sukcesem opowieści o postrachu Elm Street, Craven postanowił zrealizować film w nieco lżejszej tonacji. Sięgając po książkę „Friend”  Diany Henstell, razem ze scenarzystą Bruce’em Joelem Rubinem przystąpił do prac nad dziełem, które w zamyśle miało być nieco mroczniejszą wersją „Gwiezdnego przybysza” (1984) Johna Carpentera. W tym przypadku „efekt obcości” manifestuje się za sprawą tragicznie zmarłej Samanthy Pringle (Kristy Swanson), której Paul Conway (Matthew Laborteaux) – łebski nastolatek badający związki między neurologią i sztuczną inteligencją – wszczepia chip pochodzący ze zniszczonego robota BB: stworzonego przez protagonistę pociesznego kompana, w określonych sytuacjach płynnie przechodzącego w tryb „agresora”.



Reżyser chciał skoncentrować się na zagadnieniu niełatwej relacji między przedstawicielami różnych pokoleń (przede wszystkim w obrębie rodziny), a przy okazji ukazać Samanthę jako ofiarę (rolę oprawców cedując na dorosłych), w której człowieczeństwo do samego końca walczy z bezdusznością maszyny. Niestety, pierwsze pokazy „Przyjaźni na śmierć i życie” (1986) boleśnie przekonały reżysera o tym, że jego fani spodziewają się zgoła odmiennego kina, nie stroniącego od przemocy i widowiskowego rozlewu krwi. Gotowy materiał przemontowano oraz wzbogacono o alternatywne sceny: brutalizowanie fabuły dostrzegalne jest chociażby w sposobie, w jaki ginie złośliwa sąsiadka Elvira Parker (grana przez Anne Ramsey). Początkowo postać odpowiedzialna za zniszczenie BB miała dokonać żywota na skutek porażenia prądem – ostatecznie oddała ducha za sprawą piłki do koszykówki, która – ciśnięta przez wskrzeszoną Samanthę – roztrzaskała jej głowę (a w zasadzie anatomiczny model wypełniony krowim mózgiem). W oryginalnym scenariuszu nie było także onirycznych wtrętów takich jak trapiący bohatera koszmar z udziałem spalonego w piecu ojca Samanthy (skojarzenia z „Koszmarem…” nasuwają się same, prawda?), podobnie jak – odrzuconego przez Cravena – groteskowego zakończenia filmu. Za wprowadzenie wszystkich powyższych „atrakcji” odpowiadał kierownik studia Warner Bros., Mark Canton. Niestety, finalna wersja filmu i tak okazała się klapą, skutecznie poróżniając krytyków. Co nie zmienia faktu, że ów „pęknięty” melodreszczowiec otoczony został po latach aurą swoistego kultu.

W 1989 roku Craven oraz wytwórnia Universal zaproponowali publiczności film, który miał dać początek franczyzie porównywalnej z medialnym szaleństwem wywołanym przez „Koszmar z ulicy Wiązów”. Rozpatrując aspekt fabularny, dostrzegamy, że „Shocker” (w Polsce funkcjonujący pod tytułem „Ohyda” vel „Silniejszy niż śmierć”) pod wieloma względami stanowi wariację na temat opus magnum reżysera. Tutaj odpowiednikiem Kruegera jest Horace Pinker (w tej roli Mitch Pileggi, przyszyły wicedyrektor FBI Walter Skinner w kultowym serialu „Z archiwum X”): okulawiony naprawiacz telewizorów, grasujący w Mieście Aniołów seryjny morderca i „usmażony” na krześle adept czarnej magii, dzięki której wkracza w nowy wymiar egzystencji, stając się czystą elektrycznością. Wspomnijmy, że jedną z symbolicznych dominant „Ohydy” jest postać Alice’a Coopera. Legendarnego muzyka dwukrotnie widzimy na ekranie telewizora (w czasie scenicznego show), jego utwór „No More Mr Nice Guy” (co prawda w wykonaniu Megadeth) stanowi ważny element ścieżki dźwiękowej, zaś wśród „nosicieli” Pinkera – osób opętanych przez elektryczną inkarnację mordercy – znalazł się gitarzysta Kane Roberts, współpracujący w tamtym czasie z Alice’em. Na koniec przypomnijmy, że to przecież Cooper w filmie „Freddy nie żyje: koniec koszmaru” (1991) Rachel Talalay wcielił się w epizodyczną postać pana Underwooda, czyli ojczyma tytułowego rzeźnika.



Jednak przynosząca sporo fajnych rozwiązań wizualnych (vide: dosłownie rozgrywający się w przestrzeni telewizji pościg protagonisty za nieumarłym psychopatą) i okraszona ciężkim graniem mieszanka slashera, ponurej baśni oraz przewrotnego komentarza społecznego nie rozbiła box-office’u. Tym samym Pinker – pokonany, uwięziony, ale wciąż potencjalnie niebezpieczny – stracił „kontrakt” na dwie kolejne części planowanego przez Cravena tryptyku. Wątek paranormalnego mordercy reżyser próbował jeszcze raz pociągnąć w katastrofalnym „Zbaw mnie ode złego” (2010), gdzie domniemany duch Abla Plenkova – zmarłego psychopaty o ksywie Rozpruwacz z Riverton – wedle wszelkich przesłanek opętuje jednego z bohaterów filmu. 

Groza małego ekranu

W dorobku Wesa Cravena nie brakuje także zupełnie przyzwoicie zrealizowanych produkcji telewizyjnych. Przypomnijmy, że autor z powodzeniem wyreżyserował „Shatterday” – pierwszy odcinek „Strefy mroku” (jej wersji z lat 80.), będący adaptacją opowiadania Harlana Ellisona. Co ciekawe, w epizodzie główną rolę zagrał początkujący w branży Bruce Willis, tworząc skądinąd jedną z ciekawszych kreacji dramatycznych w swojej karierze. Craven razem z Bruce’em Wagnerem napisał także scenariusz sitcomu „The People Next Door” (1989) oraz cieszącej się równie małym powodzeniem „Nightmare Cafe” (1992) – sześcioodcinkowej antologii łączącej elementy fantastyki, moralitetu i horroru.

W 1978 roku Amerykanin nakręcił natomiast „Obcego w naszym domu”: utrzymaną w klimacie okultystycznych dreszczowców adaptację powieści „Summer of Fear” Lois Duncan, będącą paranoiczną historią młodej dziewczyny (Linda Blair), nie bez kozery podejrzewającej swoją kuzynkę o praktykowanie czarnej magii. Dzieło, sygnowane logiem stacji CBS, okazało się sporym sukcesem, całkiem nieźle radząc sobie także w europejskich kinach.



Oferując swoim fanom „Zaproszenie do piekła” (1984), reżyser zabrał ich w podróż do miasteczka Steaming Springs; idyllicznego zakątka, mającego stać się nowym domem dla rodziny Matta Winslowa (Robert Urich). Ekskluzywne osiedle, fascynująca praca w korporacji oraz przynależność do elitarnego klubu (umożliwiającego nieograniczony dostęp do władzy, pieniędzy i przyjemności – wszystko rzecz jasna opatrzone pewnym „ale”) to zaledwie wyimek z pokus, na jakie wystawiony został bohater i jego bliscy. Nominowany do Emmy thriller SF sprawdził się jako trzymający w napięciu moralitet, ale także bliskie twórczości Iry Levina i Bentleya Little studium ekscentrycznej mikrospołeczności, starającej się przekształcić outsiderów na swój obraz i podobieństwo. Desperacka walka Winslowa o odzyskanie familii – skuszonej podszeptami złych mocy – stanowi kluczowy aspekt prostej, lecz zgrabnie skonstruowanej fabuły.

Infernalne klimaty odnajdziemy także w „Morderczym chłodzie” (1985), w którym powracający zza grobu – a w zasadzie z komory kriogenicznej – Miles Creighton (Michael Beck) udowadnia, że bezduszne ciało może stanowić doskonałe naczynie dla nienawistnej siły, której przeciwstawia się matka protagonisty, Marion (Beatrice Straight). Ciekawie zarysowany dramat rodzicielki zmuszonej do konfrontacji z własnym potomkiem roztapia się w ogniu banału i epatowania wytartymi kliszami. Zamykając wątek małoekranowych dokonań Wesa Cravena wspomnijmy o przywołanych przez niego „Nocnych wizjach” (1990): thrillerze klasy B z Jamesem Remarem w roli bezkompromisowego gliny tropiącego seryjnego mordercę kobiet. Zważywszy jednak na fakt, że owa produkcja była bardziej irytująca niż intrygująca, spuśćmy na nią zasłonę milczenia.

Inne oblicze

Jak na wykwalifikowanego rzemieślnika przystało, bohater niniejszego tekstu potrafił odnaleźć się w przeróżnym repertuarze. Przecież to Craven wyreżyserował „Potwora z Bagien” (1982), rozrywkowy monster movie wywiedziony z komiksowej serii Lena Weina oraz Berniego Wrightsona. W tytułową istotę, jedną z wizytówek wydawnictwa DC, wcielił się Dick Durock, powtarzający swój występ w sequelu oraz jego serialowej inkarnacji. Warto nadmienić, że w 1987 roku twórca „Koszmaru z ulicy Wiązów” ubiegał się o możliwość wyreżyserowania czwartej części przygód Supermana, jednak „kreatywne różnice” między Cravenem a Christopherem Reeve’em sprawiły, że ostatecznie projekt trafił w ręce Sidneya J. Furie.

W dorobku Wesa Cravena znajdziemy także zakorzeniony w religijnym pejzażu voodoo thriller „Wąż i tęcza” (1988), nastrojową adaptację książki etnobiologa i antropologa Wade’a Davisa (w filmie – Dennis Alan grany przez Billa Pullmana), który na zlecenie koncernu farmaceutycznego poszukuje na Haiti „proszku do zombifikacji”, mogącego okazać się najpotężniejszym anestetykiem na świecie. Intrygujące spojrzenie na kulturowy fenomen żywej śmierci reżyser połączył z nienagannie skrojoną intrygą sensacyjno-polityczną (akcja rozgrywa się w czasach upadku rządu prezydenta Jean-Claude’a Duvaliera) suto okraszoną onirycznymi sekwencjami, zagęszczającymi poziom filmowej dramaturgii. Poetyka fantasmagorii bardzo silnie przenika rzeczywistość „Węża i tęczy”: niepokojące wizje, opętania, zacieranie granicy między jawą a snem, w końcu – emocjonujący pojedynek protagonisty z kolekcjonującym ludzkie dusze kapitanem Dargentem Peytraud, potężnym bokorem grasującym w królestwie śnienia, są tego najlepszymi przykładami. Na marginesie nadmienię, iż zanim tematem zainteresował się Craven, Wade Davis zabiegał o to, by film na podstawie jego „autentycznych” wspomnień wyreżyserował Peter Weir, zaś główną rolę zagrał Mel Gibson.



Z kolei inspiracją dla komediowego horroru „W mroku pod schodami” (1991) był prasowy artykuł o poszukiwanych przez policję włamywaczach, którzy w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęli w pewnym starym domu. Co ciekawe, w tym samym budynku funkcjonariusze odnaleźli grupkę dzieci, od lat nie opuszczających ponurego gmachu. Klimat miejskiej legendy posłużył Cravenowi do stworzenia młodzieżowego kina „z dreszczykiem”, gdzie nie zabrakło ciekawych kreacji aktorskich oraz zabawy z gatunkowymi konwencjami. W roli Mamuśki i Tatuśka, psychopatycznego duetu o dość radykalnych poglądach wychowawczych, wystąpiła aktorska para Wendy Robie / Everett McGill, którzy wcześniej spotkali się na planie „Miasteczka Twin Peaks” (1990-1991) Davida Lyncha, gdzie również grali małżeństwo. Zakładam, że „W mroku pod schodami” doskonale zna Quentin Tarantino. Jedną z barwniejszych postaci w „Pulp Fiction” (1994) jest pamiętny Pokrak – trzymany w piwnicy szaleniec odziany w kostium sado-maso, niemalże identyczny z tym, w jakim paraduje Tatusiek. Co więcej, w dziele Tarantino niedoszłą ofiarą dewiantów zostaje charakterny mafioso Marsellus Wallace grany przez Vinga Rhamesa. W przywoływanym filmie Cravena aktor wcielił się natomiast w postać pechowego włamywacza o imieniu Leroy.

O ile „W mroku pod schodami” okazał się komercyjnym sukcesem, o tyle zawodzący na całej linii „Wampir z Brooklynu” (1995) – ani śmieszny, ani straszny pastisz z koszmarną rolą Eddie’ego Murphy’ego w roli krwiopijcy Maximiliana – jak również późniejsza o dekadę „Przeklęta” (starająca się odświeżyć konwencję opowieści o wilkołakach) stanowią mało chlubne epizody w reżyserskim portfolio króla grozy. Zdecydowanie lepiej prezentował się thriller „Red Eye” (2005), wykorzystujący sprawdzony patent „zwykły bohater – niezwykła sytuacja”. Tym razem Craven umieścił większą część akcji na pokładzie pasażerskiego samolotu, gdzie po mistrzowsku poprowadził psychologiczny pojedynek między niedającą sobie w kaszę dmuchać Lisą (Rachel McAdams) a sympatycznym Jacksonem, będącym de facto złowieszczym terrorystą o twarzy Cilliana Murphy’ego.



Natomiast przywoływany już „Koncert na 50 serc” – wzruszająca opowieść o porzuconej przez męża skrzypaczce Robercie Guaspari, która odkrywa swoje pedagogiczne powołanie, prowadząc zajęcia dla młodzieży ze wschodniego Harlemu – nie tylko przyniósł Meryl Streep kolejną nominację do Oscara, ale i ukazywał liryczne, nieznane dotąd oblicze reżysera. Realizacja jednej z nowel wchodzących w skład filmowej antologii „Zakochany Paryż” (2006) również potwierdzała, że w kwestii zaskakiwania swoich fanów Wes Craven nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. 

Krzyk to zdrowie

Amerykański filmowiec doskonale znał prawidła gatunku, który przyniósł mu największą popularność. Nic zatem dziwnego, że na pewnym etapie swojej kariery pokusił się o przekorną, autotematyczną refleksję. Fakt: pomysł na kolejny epizod z Kruegerem, który tym razem przenika do „naszej” rzeczywistości i sieje spustoszenie na planie filmu – nowego rozdziału „Koszmaru z ulicy Wiązów” – nie był w 1994 roku specjalnie świeżą ideą. Ów motyw miał bowiem stanowić jeden z kluczowych wątków pierwotnej wersji scenariusza „Wojowników snów” (1987) – trzeciej odsłony cyklu ostatecznie wyreżyserowanej przez Chucka Russella. Ale kilkuletnie opóźnienie pozwoliło uczynić z „Nowego koszmaru Wesa Cravena” jubileuszowy metafilm, na którego planie (tytułowy!) reżyser zgromadził starych znajomych (między innymi Heather Langenkamp, Johna Saxona, Roberta Englunda oraz przedstawicieli poszczególnych szczebli w drabinie produkcji) grających samych siebie i ze zmiennym powodzeniem odpierających ataki ze strony „autentycznego” Kruegera, o wiele bardziej bezwzględnego od swojego „fikcyjnego” odpowiednika. Chociaż skrzący się od aluzji do „jedynki” horror (dosłownie powstający na oczach widzów) zarobił najmniej ze wszystkich części upiornej sagi, został doceniony przez krytyków, po latach słusznie dostrzegających w tym nietuzinkowym dziele formalne preludium tetralogii „Krzyk” (1996-2001).



Współtworzone ze scenarzystą Kevinem Williamsonem perypetie Sidney Prescott (Neve Campbell) – konsekwentnie dręczonej przez kolejnych seryjnych morderców przywdziewających kostium Ghostface’a – nie tylko przypominały widzom kanoniczne „zasady” obowiązujące w świecie filmowego horroru, ale i stanowiły formę trybutu składanego przez Wesa Cravena jego ulubionym realizacjom. W pierwszym segmencie swojego cyklu reżyser mnoży nawiązania m.in. do „Halloween” (1978) Johna Carpentera, „Kiedy dzwoni nieznajomy” (1979) Freda Waltona, „Piątku 13-tego” (1980) Seana S. Cunninghama oraz „Balu maturalnego” (1980) Paula Lyncha. Przy okazji puszcza oko do wiernych fanów: obsadzony w roli Billy’ego Loomisa Skeet Ulrich nie tylko występuje w scenach do złudzenia przypominających ujęcia z „Koszmaru z ulicy Wiązów”, w których pojawiał się Johnny Depp, ale także wykazuje fizyczne podobieństwo do odtwórcy roli Jacka Sparrowa. A sam autor zagrał barwne cameo jako szkolny woźny Freddy – ubrany rzecz jasna w kapelusz i z miejsca rozpoznawalny sweter.

Świetne wyniki kasowe dwóch pierwszych części udowodniły, że publiczność z radością przyjęła dopływ „świeżej krwi” do nieco skostniałej formuły gatunku, choć w krótkim czasie ta kinematograficzna transfuzja osiągnęła zatrważającą skalę. Niezliczone dzieła odcinające kupony od autotematycznego formatu zaproponowanego przez Cravena w pewnym momencie wyczerpały swój „nowatorski” potencjał. Być może dlatego kolejne segmenty „krzykliwego” cyklu (inspirującego powstanie telewizyjnego serialu) nie zawojowały list filmowych przebojów.

Kiedy 30 sierpnia 2015 roku schorowany Wes Craven odszedł do wieczności, zamknął istotny rozdział w historii kina grozy. Pozostawił po sobie życzliwą pamięć oddanych fanów i dorobek, w którym obok całkiem przeciętnych produkcji znalazło się sporo perełek, do dziś lśniących urzekającym blaskiem. Ale o tym chyba nie muszę nikogo przekonywać.