Wydanie bieżące

15 lutego 4 (316) / 2017

Zuzanna Sokołowska,

PASJA PEŁNA ŻYCIA (ZOFIA RYDET. ZAPIS SOCJOLOGICZNY 1978-1990)

A A A
O Zofii Rydet napisano już wszystko. Albo prawie wszystko, co nie znaczy, że jej niezwykłej, monumentalnej twórczości nie można odczytywać wciąż na nowo i od nowa. Tak też zrobił Wojciech Nowicki, którego monograficzny album, wydany przez Muzeum w Gliwicach, stanowi osobistą, wnikliwą analizę twórczości Rydet, uznawanej za jedną z najważniejszych polskich fotografek ubiegłego wieku.  

Ta przepiękna publikacja, na którą składa się przede wszystkim olbrzymi wybór reprodukcji zdjęć dokonany przez Nowickiego, stanowi pokłosie długotrwałych badań autora nad twórczością Zofii Rydet. Nie jest to naprędce wydany album, mający fragmentarycznie zaznajomić czytelnika z twórczością fotografki, która w trakcie swojego życia wykonała przeszło dwadzieścia tysięcy zdjęć, co w dobie rewolucji obrazów, zapoczątkowanej przez smartfony, aparaty cyfrowe i kamery, wydaje się dość nikłym osiągnięciem. Nowicki przede wszystkim kreuje portret artystki daleki od pompatycznych, wyświechtanych sformułowań, stawiających Rydet na piedestale wielkiej sztuki. Zaprzyjaźnia się z jej zdjęciami i bohaterami czarno-białych kadrów. Spogląda na artystkę przede wszystkim z perspektywy pasji, jaką stała się dla niej fotografia, którą nazywała swoim życiem, czymś „niezbędnym jak wódka dla alkoholika”. Zresztą album „Zofia Rydet. Zapis socjologiczny 1970-1990” otwiera zdjęcie samej fotografki – przygarbiona, ze zmęczonymi oczami stoi w swojej domowej ciemni, gdzie walają się sterty papieru fotograficznego, wiaderka i koreksy. W delikatnym półuśmiechu graniczącym z lekkim zakłopotaniem spogląda w obiektyw, pragnąc jak najszybciej wrócić do przerwanej pracy. Bez retuszu, bez wizualnego efekciarstwa, Rydet została przyłapana w twórczym momencie, w szaleństwie pasji, która całkowicie ją pochłonęła. „Rano wstaję koło ósmej, o dziewiątej zamykam się w ciemni do pierwszej, potem idę na obiad i ewentualne zakupy w drodze powrotnej, przeważnie koło trzeciej jestem już w domu (…) i znów zamykam się w ciemni do 19. W ciemni jest zupełna parnia, upał i duszno. (…) Potem wykańczam zdjęcia, daję szkło, retuszuję itd. Koło dwunastej idę spać. Naturalnie są różne wizyty kolegów, które przerywają mi pracę” – opisywała swój dzień. To czarno-białe zdjęcie, które zostało umieszczone w albumie, doskonale odzwierciedla jej na wskroś artystyczną osobowość.

Rydet nie starała się nikomu objaśniać zasadności tworzonych przez siebie obrazów. To zadanie zostawiała krytykom. „Jest to moja rozmowa z innymi, chęć przekazania własnych myśli i uczuć. Czy muszę do tego dodawać teksty, analizy, objaśnienia? Właściwie fotografia powinna być moim najlepszym tekstem, jeśli ktoś tego dobrze nie przeczyta, to znaczy, że to moja przegrana, że źle to zrobiłam” – pisała w liście do Jerzego Buszy. Wojciech Nowicki, trzeba przyznać, zdecydowanie dobrze „przeczytał” jej twórczość; stała się ona dla niego pewnego rodzaju archiwum świata, którego już nie ma, który zniknął i wyparował w otchłani zachłannej nowoczesności, a przede wszystkim śmierci. Według niego, artystka po prostu pokazywała polską rzeczywistość, w jakiej się znalazła. Zachwyt Nowickiego nad „balsamowaniem” czasu przez Rydet w jej zdjęciach z okresu 1978-1990 jest tak duży, że autor nie unika w swoim eseju powtórzeń dotyczących właśnie tego istotnego elementu w interpretacji jej twórczości.   

Rydet nie znosiła pochwał i nadęcia. Gnana myślą, że ma coraz mniej czasu, zachłannie wykorzystywała swój obiektyw i pełne czułości spojrzenie do rejestracji przeszłości, a także interesujących ją fragmentów świata zaklętych w drewnianych chatach, przedmiotach, blokowiskach, w których ukryte były tandetnie lśniące meblościanki, a przede wszystkim w twarzach zwykłych ludzi – dziecinnych, młodych, starych, pooranych zmarszczkami i zmęczonych trudami codzienności, biedy oraz ciągłego, niełatwego zresztą, wiązania końca z końcem.

Była bardzo pokorna wobec sztuki, a przede wszystkim fotografii, zachowując konieczny dystans wobec własnej twórczości. Nowicki przytacza fragment kolejnego listu artystki do Jerzego Buszy: „czytam Twoje teksty. Ten dla »Fotografii« jest w moim pojęciu znakomity, może z wyjątkiem tych słów,  »jak wielka artystka« czy »fenomenalne zjawisko«, żenuję mię to, nie czuję w tym prawdy, a wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że się trochę prześmiewasz” . Rydet nie chciała, aby została jej przypięta etykieta genialnej fotografki, jakby ten nic dla niej nieznaczący frazes miał właśnie decydować o jej talencie, o sposobie rozumienia i wykonywania zdjęć. Dlatego też bez zbędnej egzaltacji, graniczącej z niepotrzebną nadwrażliwością, Nowicki pisze o samej Rydet i jej zdjęciach. O poszukiwaniu przez nią ścieżki artystycznej, o życiu podporządkowanemu niemal zupełnie ciemni oraz o podróżach w różne zakątki Polski w pościgu za miejscami dla tworzenia swoich fotografii, ale także dla siebie samej w świecie sztuki. Zastanawiała się, czy to, co robi, rzeczywiście można nazwać sztuką? Jeśli tak, to jak zostanie jej twórczość odczytana? A jeśli nie, to czy zapisze się chociaż na kartach etnografii? Ten egzystencjalny niepokój towarzyszył artystce przez długi czas. Zdecydowanie nie chciała, aby jej realizacje i ciężka, pełna wyrzeczeń praca odeszły w zapomnienie.

Nowicki analizuje również tytuł nadany cyklowi jej prac – „Zapis socjologiczny”. Zastanawia się nad źródłami jego pochodzenia. Pierwsze podejrzenie co do jego autorstwa padło na przyjaciółkę Rydet, Urszulę Czartoryską, która jednak dopatrywała się w twórczości fotografki inspiracji psychologicznych, a nie socjologicznych. „Inne teorie czy wspomnienia dotyczące tytułu, a zebrałem ich wiele podczas spotkań z tymi, którzy Zofię Rydet znali, są całkowicie fantastyczne albo niemożliwe już dziś do sprawdzenia. Tytuł miał wymyślić »jakiś profesor z Katowic, a Zosi (…) spodobało się, że to takie naukowe, mówi jej dawny kolega«. Pobrzękują zazdrość i niezrozumienie, tak często niedostrzegalne, kiedy dzieło sprawia trudność, bo jest wybitne i inne” – pisze Nowicki. W swoim eseju przytacza także cytat z Erwina Panofsky’ego, który pojawił się w jednym z tekstów Jerzego Buszy: „Stylizować rzeczywistość, zanim się ją jeszcze uchwyci – to znaczy omijać problem. A problem polega na tym, żeby się posługiwać niestylizowaną rzeczywistością i fotografować ją w taki sposób, by rezultat nabrał stylu”. Ta myśl idealnie odzwierciedla twórczość Zofii Rydet, której realizacje nie przestaną fascynować. A z tej właśnie fascynacji rodzą się tak znakomite wydawnictwa, jak to, które wydało gliwickie Muzeum. 
„Zofia Rydet. Zapis socjologiczny 1978-1990”. Tekst i wybór zdjęć: Wojciech Nowicki. Muzeum w Gliwicach. Seria Czytelnia Sztuki, 2016/2017.