Wydanie bieżące

15 lutego 4 (316) / 2017

Krzysztof Grudnik,

PSYCHOANALI-ZEN (JAMES HILLMAN: 'UZDRAWIAJĄCE FIKCJE')

A A A
Życie, rozumiane jako narracja biograficzna, jest fikcją. Nasze doświadczenia zapisują się w pamięci w formie opowieści, a te nigdy nie są wolne od zniekształcającej poetyki. Odbieramy świat w sposób tekstowy, jako ciągi różnego rodzaju znaków, i interpretujemy go tak, jak interpretujemy teksty. Szukamy sensu, który – jeśli zgodzimy się ze stanowiskiem pragmatystów (przykładowo Jamesa, Nietzschego, Fisha czy Rorty’ego) – nie tyle odkrywamy, co wpisujemy w rzeczywistość. Snucie opowieści o świecie, o życiu, o nas samych pozwala nam z chaosu zjawisk wysnuć jako taki porządek. Koszt, jaki musimy ponieść, to nieprawdziwość tego ładu. Bo świat, życie i my sami nie jesteśmy wcale tak uporządkowani. Uczymy się jednak opowieści i uczymy się na ich wzór opowiadać nasze życie.

…Także na kozetce. W „Uzdrawiających fikcjach” James Hillman rozpoczyna oprowadzanie czytelnika po poetyce psychoterapii właśnie od tego dziwnego zbiegu okoliczności. Pacjent, kiedy trafia na terapię, rozpoczyna narrację o fikcyjnym charakterze. Opowiada swoje wizje, sny, fantazje, czyli już pewne fikcje, które w jego przekonaniu, na mocy kontekstu sytuacji, mają coś skrywać. Ów kontekst sytuacji nie pozostaje jednak bez znaczenia: wyobrażenia pacjenta o psychoterapii, o jej przebiegu, o terapeucie itd., posilane kulturowo, łącznie z urastającą już do rangi symbolu wspomnianą kozetką, modyfikują narrację tak, że możemy mówić nawet o wyłonieniu się osobnego gatunku literackiego – opowieści pacjenta. Posiada ona, jak każdy nowy gatunek literacki, swoje historyczne zakorzenienie, ustalone wcześniej wzorce, stałe motywy itp. Ale to tylko jedna z fikcji rodzących się w gabinecie psychoterapeuty. Kolejną stanowi bowiem narracja lekarza. Nie są to opowieści identyczne, bo terapeuta kładzie nacisk na inne aspekty niż jego klient. Podciąga historię pod inne schematy, szuka w niej innych treści. Jeśli jednak psychoanalityk nie jest tylko praktykiem, lecz również teoretykiem, może zechcieć daną historię opisać. W ten sposób wyłania się jeszcze jeden specyficzny gatunek literacki, mianowicie historia przypadku (ang. case study). Jak zauważa Hillman w pierwszej części swojej książki, zarówno Zygmunt Freud, jak i jego znani następcy, w przeważającej większości kreślili opisy przypadków ludzi, którzy nie byli ich pacjentami. „Pożyczali” pacjentów swoich kolegów lub koleżanek, opierając się na ich relacjach (a więc dostając tekst już zmodyfikowany, zapośredniczony). Psychoanaliza zatem, jako abstrakcyjny system, staje się metafikcją – fikcją o fikcjach lub opowieścią o opowieściach.

Miłośnikiem tych fikcji stał się Carl Gustav Jung, który patronuje drugiej części książki Hillmana. Jung zauważył, że w opowieściach pacjentów (a także w jego prywatnych doświadczeniach) powtarzają się pewne elementy, pewne postaci, które z czasem określił mianem archetypów. Postaci te były zawsze bytami granicznymi, lokowały się na styku zewnętrznego i wewnętrznego świata, świadomości i nieświadomości, tego, co indywidualne, i tego, co zbiorowe. W psychoanalizie stały się one pośrednikami pomiędzy człowiekiem (świadomością) a jego duszą lub po prostu reprezentacjami duszy. W czasach antycznych nazywano je dajmonami, lecz chrześcijaństwo, przechrzciło je na demony, zmieniając ich znaczenie i dopatrując się w nich orędowników zła. Hillman staje w obronie dajmonów, obierając na swego adwersarza Karla Jaspersa, choć mógłby wybrać wielu innych. Polemizując z Jaspersem, autor wykłada zalety psychoanalizy jungowskiej oraz opracowanej przez niego metody aktywnej imaginacji.

Wystąpienie w obronie Junga przeciwko Jaspersowi stanowi również przejście do trzeciego z bohaterów „Uzdrawiających fikcji” – Alfreda Adlera. Adler, a za nim Hillman, stają bowiem nie tylko w obronie „demonów”, ale i tego, co mogą one reprezentować: ludzkiej słabości, niższości, braku. Jeśli wysłannicy duszy reprezentują tego rodzaju niższość człowieka, to czemu może służyć psychoterapia? Z pewnością nie realizowaniu snów o potędze. Jeśli pacjent oczekuje od terapii przezwyciężenia jego własnej niedoskonałości i uwolnienia pełni (projektowanego przez i na siebie) potencjału, to praca psychoanalityka (w odróżnieniu od pracy nowomodnego coacha) polegać będzie początkowo na rewizji celów procesu terapeutycznego. Nie jesteśmy, nie będziemy i nie powinniśmy być doskonali – mówią nam Adler i Hillman, a fiksacja na doskonałości poprowadzi nas tylko ku kolejnym zaburzeniom.

Hillman rozpoznaje pojawiające się w trakcie aktywnej imaginacji postaci jako reprezentacje duszy. Odchodzi od archetypów głównie dlatego, że wydają mu się zbyt „sztywne”, zbyt abstrakcyjne i ogólne, w przeciwieństwie do konkretnych i jednostkowych pacjentów. Proponuje wysłuchanie pojawiających się w imaginacji postaci, szczególnie zaś zajmuje go jedno, wydawałoby się kluczowe, pytanie: czego chce dusza? Opisane przez Hillmana historie przypadków pokazują dość jasno, że odpowiedź nie może być jednoznaczna. Czasem dusza pragnie miłości, innym razem wolności, czasami po prostu uwagi i wielu innych rzeczy. Jednak odpowiedź nie jest tu najważniejsza. Autor przede wszystkim podkreśla istotność samego pytania i oddania głosu duszy.

Wydaje mi się, że najważniejszą konkluzją Hillmana jest rozpoznanie fikcji psychoanalizy właśnie jako fikcji. Chodzi o to, że zarówno Freud, Jung, jak i każdy z ich następców dążyli do zbudowania pewnego abstrakcyjnego systemu znaczeń, pewnego repozytorium symboli. Nieważne, czy będzie to libido, ego czy archetypy, bo wszystkie te narzędzia służą tylko opisaniu doświadczeń pacjenta. Są językiem, który – ze względu na naturę języka – jest zaledwie reprezentacyjny. Są mapą, która – za Wittgensteinem – nie jest terytorium. Hillman postuluje, by właśnie w ten sposób patrzeć na psychoanalizę. Przestrzega przed jej dogmatyzacją. Owe systemy, narracje i opowieści mogą być użyteczne, mogą uzdrawiać, nawet jeśli nie są prawdziwe. Dystans do rzeczywistości psychoanalitycznej rodzi dystans do rzeczywistości codziennego doświadczenia. Psychoanaliza upodabnia się do buddyzmu zen (to obserwacja Hillmana), gdzie rozpoznaje się iluzoryczność rzeczywistości, lecz mimo to pozostaje w niej obecnym. W pewnym sensie nawet bardziej obecnym niż wcześniej.

„Uzdrawiające fikcje”, napisane w 1983 roku, lokują się pomiędzy opublikowanymi dotychczas tłumaczeniami książek Hillmana: „Re-wizją psychologii” (1975) i „Kodem duszy” (1997). Ich wydanie w polskim kontekście to ciekawe zjawisko. U nas bowiem psychoanaliza jako kierunek akademicki praktycznie nie istnieje. Uczą się o niej studenci psychologii, ale bardziej w formie historycznej ciekawostki niż użytecznej metody. Największą popularnością psychoanaliza cieszy się zaś na wydziałach filologicznych, gdzie przekuto ją na narzędzie służące do interpretowania tekstów. Jako metodologia interpretacyjna, psychoanaliza ma się świetnie. Dlatego, choć Hillman nie podejmuje tego tropu, czytelnikowi-literaturoznawcy (czy również kulturoznawcy) liczne fragmenty „Uzdrawiających fikcji” wydadzą się znane. Autor nie jest wtórny (może poza fragmentem o fikcyjności historii, który brzmi jak „Metahistory” Haydena White’a, choć się na niej nie opiera), bo relacja fikcji z psychoanalizą stanowi dla niego punkt wyjścia wiodący ku psychoanalitycznym (terapeutycznym, a nie literaturoznawczym) wnioskom. Po prostu dla literaturoznawców „Uzdrawiające fikcje” będą – przynajmniej początkowo – bardzo heimlich. I trochę szkoda, że autor nie rozwinął tu bardziej wątków literackich. Ale może to już nazbyt narcystyczne życzenie.
James Hillman: „Uzdrawiające fikcje. Poetyka psychoterapii – Freud, Jung, Adler”. Przeł. Jerzy Korpanty. Wydawnictwo Laurum. Warszawa 2016.