15 lutego 4 (316) / 2017

Paulina Żebrowska,

PISZ PAN ZERO. KILKA OBIEKCJI DO JACKIE (JACKIE)

A A A
Natalie Portman w nowym filmie Pablo Larraína lśni tak jaskrawo, że gdybym akurat w pierwszym kwadransie nie zasnęła, to z pewnością bym oślepła. Szczęście w nieszczęściu, bo po sjeście sprawy ułożyły się już jakoś rozsądniej – prędko przywykłam do wybitnej kreacji Portman i nic mi już z jej strony nie mogło zagrozić. Odtąd rola wybitna stała się jakby kompensującą. Ogólny poziom filmu zdołała podnieść do poziomu ledwo-znośnego. Brawo reżyser. Pisz pan zero.

Oglądać „Jackie” to jakby oglądać w słoneczny dzień Zanussiego na kiepskim projektorze przy niezasłoniętych oknach. To jakby nagle człowiek zmuszony był gapić się na antologię najgorszych kawałków polskiej szkoły stylu „spoko, szkoły przyjdą”, ale odartych nawet i z nielicznych swoich zalet. No i cóż z tego, że Natalie Portman? (Prócz Oscara, zapewne.) Pytanie: co, gdyby nie Natalie Portman?

Może dlatego tak bardzo zachwyca w „Jackie” odtwórczyni roli tytułowej, bo stworzyła kreację godną wspaniałej siebie. A może dlatego, że nowy film Larraína to ramota. „Jackie” to niestrawny zakalec, niewyrośnięte ciasto powstałe z fuzji tradycji hollywoodzkich i europejskich. Tradycji wstrząśniętych, nie zmieszanych; tradycji, które zamiast się zgrabnie ze sobą spleść, zamiast zareagować, gryzą się i znoszą wzajemnie.

„Jackie” to ściema. To po prostu kpina. Dzieło otwarte w najgorszym tego słowa znaczeniu – dyskretnie nieukończone. To dziewięćdziesiąt minut materiału zmontowanego z najudatniejszych momentów Portman. Zmontowanego z pewnym zamysłem, można nawet podejrzewać z jakim. Lecz właśnie z zamysłem – nie pomysłem. To garść impresji, napoczęty projekt, którego przedzierzgnięcie w koncepcję przerosło śmiałka. Przerosło go zresztą nie po raz pierwszy.

Tu i tam widziało się już filmy Pabla Larraína. Widziało się nawet jego monodram. Rzecz nazywała się „Dostęp” i była produktem ubocznym głośnego skądinąd filmu „El Club” (2015). Oba te dzieła, podobnie jak „Jackie”, pociągnął aktor-tragarz (Roberto Farias). „Dostęp” był bardzo latynoski. To znaczy: nieco frenetyczny, very Almodóvar i trochę nawet kafkowski. Wszystko to dzięki odtwórcy, rzecz jasna, bo pracy reżysera było tam mniej więcej tyle, co i w „Jackie”. Farias na scenie szalał a szalał, aż po kilku minutach ta jego niewyobrażalna ekspresja – nieociosana i nieuporządkowana w żaden konkretny kształt – przestała po prostu zajmować. Była to dłużyzna spalona na półmetku, trochę improwizacja, trochę fuszerka, a głównie to nuda jak na bieżni bez wyświetlacza. Przez ten rok z wąsem, który minął od premiery obydwu utworów, nauczył się więc Larraín tyle, że gwoli nieprzemęczania się na stołku reżyserskim warto obsadzać jeszcze ambitniej. Wszystko to potwierdził tylko (chyba mimowolnie) na spotkaniu z publicznością aktor, opowiadając o swej metodzie pracy nad monodramem (metodzie autorskiej, pracy indywidualnej). Zaś sam Larraín głosu nie zabrał, bo – jako jedyny spośród zaproszonych reżyserów –  na festiwalu się w ogóle nie pojawił. Wielka strata, posłuchałby takiego Thomasa Ostermeiera lub takiej Yany Ross, może by się przypadkiem czegoś pożytecznego nauczył.

Pochylmy się teraz nad fabułą. Będzie to zresztą raczej skłon. W telegraficznym skrócie (na który nie trzeba się zbytnio silić): rzecz dotyczy organizacji pogrzebu, w którego ramach odbywa się też praca żałobna wdowy po zamordowanym prezydencie. Chcąc być bardziej dokładnym, wypada wspomnieć, że wokół żałobników krąży już zaprzysiężony następca z rodziną, opukując niecierpliwie ciepłe jeszcze po nieboszczyku krzesła i obwąchując kosztowne pierzyny na waszyngtońskich włościach. Żeby nie było tak znowu jednoznacznie, to jest on jednocześnie człowiekiem szlachetnym, sodówkę pohamować potrafi, a i wyprawić poprzednikowi pochówek z pompą, wyprawi.

Skoro zawadziliśmy o psychologię, to trzeba scenarzyście i reżyserowi oddać sprawiedliwość: jest ona wielce pokrętna. Ale znowu nie tak bardzo, by się w niej nie połapać. Z grubsza idzie to tak: Jackie Kennedy jest osobą próżną. Oraz głęboko cierpiącą, albowiem męża bardzo kochała. Prawdą jest, że zawsze miała do niego wiele żalu. Cóż, może nawet dalej ma. Nie oznacza to jednak, że nie chce go uczcić. Wprawdzie pożycie nie bardzo im się układało, ale! Krótko mówiąc, mimo że męża od dawna już nie kocha, to w końcu jakoś tam tę stratę i degradację trzeba obłaskawić. Powstaje projekt na skalę światową niesłychany i ze wszech miar skandaliczny: celem uczczenia wyprawić prezydentowi USA pogrzeb z pompą i pochodem. O, niecnoto! O, braku elementarnego umiaru!

Szczęśliwie eks-pierwsza dama nie jest osobą, która nie umiałaby z samej siebie uczynić przedmiotu refleksji. Czyni to, a jakże! I wychodzi jej, że ten pogrzeb to ona właściwie dla siebie bardziej niż dla nieboszczka urządza. Co robić – trzeba imprezę odwołać, gości odprosić, z honorami się na amen pożegnać, męża skromnie pogrzebać. I tu następuje nieoczekiwany zwrot akcji, na który wszyscy cierpliwie czekają. Oto w sukurs projektowi przychodzi brat prezydenta. „Spójrz na nas, jesteśmy żałośni” – powiada do prezydentowej. Tak więc dochodzi do Jackie, jak niewiele dobrego w istocie zrobił mąż, i że jeszcze mniej znaczyły w tym wszystkim figury poboczne (takie jak ona). A jak tak – o, przekoro! – to Jackie znowu Antygona.

Happy end, naturalnie, też jest, i trzeba powiedzieć, że nie ustępuje całemu dziełu. Bowiem jest to dzieło organiczne i w swej taniutkości komplementarne, a jedyne, co w nim faktycznie rażąco odstaje, to rola Portman. Jest to rola wysoce nie na miejscu. Jest w niej coś głęboko niestosownego – to dokładnie, że znalazła się w filmie pt. „Jackie” w reżyserii Pabla Larraína.

Tymczasem happy end: Jackie, jadąc ulicą, dostrzega w witrynach manekiny ubrane i uczesane na swoje podobieństwo. Ba, dalej stoją nawet całe tiry, z których wysypują się setki i tysiące plastikowych reprodukcji jej podobizny. Cóż, sprawy poszły pięknie. Doczekał się był nieboszczyk Kennedy i Jackie, jego małżonka.

Na upartego można by oczywiście film potraktować jako finezyjnie ironiczny i pomyślany z przekąsem, ale byłby to chyba wariant aż nadto optymistyczny. Poza tym, nawet gdyby, to wówczas nasuwa się pytanie: dlaczego tak skromnie? Nader subtelnie a delikatnie. I czemuż to, u licha, tak nudno?! Nuda jest to luksus, który nie wszystkim uchodzi. No chyba, że się wskoczy na plecy jakiejś aktorskiej znakomitości wraz z całą swoją ambicją, partactwem i indolencją.

Nawet jeśli sprawa przedstawiała się tak, a nie inaczej w tzw. życiu realnym, to komu – pytamy – no, komu by szkodziło, gdyby powstało dzieło nie aż tak dotkliwie wierne opowiadanej historii? A czy szkodziłoby komu, gdyby w ogóle nie powstało? 
„Jackie”. Reżyseria: Pablo Larraín. Scenariusz: Noah Oppenheim. Zdjęcia: Stéphane Fontaine. Obsada: Natalie Portman, Peter Sarsgaard, Greta Gerwig i in. Produkcja: USA, Francja, Chile 2016, 95 min.