Wydanie bieżące

15 lutego 4 (316) / 2017

Przemysław Pieniążek,

W JĄDRZE CIEMNOŚCI (MICHAEL HERR: 'DEPESZE')

A A A
W dorobku Michaela Davida Herra, zmarłego w ubiegłym roku amerykańskiego pisarza i korespondenta wojennego, najsłynniejszym, najpoczytniejszym oraz najbardziej znaczącym dziełem są bez wątpienia „Depesze” (1977) rodem z ogarniętego wojną Wietnamu, w którym autor przebywał w latach 1967-1969 mocą akredytacji udzielonej przez lifestyle’owy magazyn dla panów „Esquire”. Urodzony w Lexington, choć wychowujący się w Syracuse (wówczas) dwudziestosiedmiolatek co prawda nie odbywał służby wojskowej, niemniej posiadał uprawnienia umożliwiające mu swobodne podróżowanie po strefach objętych konfliktem, ale także pełen dostęp do miejsc pomocnych w stworzeniu pasjonującej relacji: koszarów oraz pól walki.

Wśród towarzyszy Michaela Herra – dokumentujących obozową codzienność amerykańskich żołnierzy zarówno w chwilach względnego spokoju, jak i w czasie militarnych działań – znalazł się między innymi oddelegowany przez „Paris Match” Sean Flynn (syn słynnego aktora Errola Flynna), fotoreporter Dana Stone (obaj zaginęli w 1970 w Kambodży najprawdopodobniej porwani przez Czerwonych Khmerów lub działające w rejonie Svay Riĕng oddziały Vietcongu), a także sierżant Dale Dye z Pierwszej Dywizji Marynarki – później konsultant filmowych przebojów pokroju „Plutonu” (1986) Olivera Stone’a czy „Szeregowca Ryana” (1998) Stevena Spielberga – oraz Brytyjczyk Tim Page, którego barwna persona stanowiła jedno ze źródeł inspiracji dla postaci enigmatycznego reportera granego przez Dennisa Hoppera w „Czasie Apokalipsy” (1979) Francisa Forda Coppoli. Każdemu z wyżej wymienionych obserwatorów wojna objawiła nieco inne oblicze, a jednocześnie zapewniła szereg doświadczeń, odciskających na ich życiorysach niezatarte piętno.

Jak referował Michael Herr: „Pojechałem wiedziony prostackim, choć poważnym przekonaniem, że trzeba umieć patrzeć na wszystko. Poważnym, bo wprowadziłem je w czyn, a prostackim, bo nie wiedziałem – dopiero wojna mnie tego nauczyła – że jesteś tak samo odpowiedzialny za to, na co patrzysz, jak za to, co robisz. Problem w tym, że nie zawsze wiedziałeś, na co właściwie patrzysz, dopiero znacznie później, czasem po wielu latach, zaczynałeś rozumieć, bo dużo z tego w ogóle nie docierało, zatrzymywało się w oczach. Czas i informacja, rock and roll, samo życie, nic nie stoi w miejscu, to ty stoisz w miejscu” (s. 26-27). W „Depeszach” czytelnik odnajdzie obfite fragmenty rekonstruujące przebieg Ofensywy Tet (kampanii północnego Wietnamu przeciwko celom na Południu), w tym brutalne walki toczące się w Hue oraz prawdziwy obraz oblężenia bazy pod Khe Sanh, ale także sporo akapitów poświęconych innych akcjom polowym, dzięki którym wielu żołnierzy nabawiło się tak zwanej nerwicy frontowej.

Ukazując (nie)dole amerykańskich wojaków podporządkowanych naczelnej dyrektywie „odszukać i zniszczyć”, Michael Herr wyjaśnia, że powyższą zasadę uznawano nie tyle za taktykę, ile za sposób percepcji, „Gestalt, jeszcze ciepły i parujący, wyciągnięty prosto z czeluści dowódczej psyche. Niby najpierw idziesz, a potem strzelasz, ale ta nazwa jest błędna, w akcji było raczej na odwrót, czyli grzebiesz w gruzach i starasz się jakoś sensownie przeliczyć trafienia, bo sponsor nie płaci za martwych cywili” (s. 73). Mimo panującego wokół zamieszania, autor zaznacza, że o wiele lepiej (przynajmniej do pewnego stopnia) odnajdywał się realiach wietnamskiej dżungli niż w Sajgonie, gdzie tylko na pozór było bezpiecznie: „Między piątą a siódmą Sajgon podupadał, tracił ostrość, energia kończyła się o zmroku, a kiedy robiło się całkiem ciemno, w miejsce tej całej bieganiny pojawiał się strach. Sajgońska noc była nadal nocą wietnamską, a noc jest najlepszym nośnikiem wojny; wtedy w osadach robiło się najciekawiej, ekipy telewizyjne nie mogły filmować. Feniks był ptakiem nocnym, który nawiedzał Sajgon, by nad ranem zniknąć, i tak w kółko” (s. 48-49).

W innym miejscu Amerykanin wspomina, że to właśnie w tym mieście zawsze kładł się spać „ujarany”, podczas gdy „(…) sny się gdzieś gubiły, w sumie dobrze, dzięki temu można zapaść w mrok i odpocząć ile się da, rano wstać bez żadnych obrazów, poza tymi z wczoraj, góra z zeszłego tygodnia, a w ustach zostanie już tylko smak złych snów, jakbyś całą noc ssał brudne drobniaki” (s. 40). Sajgon pełnił także rolę stałego punktu na mapie regularnych podróży Herra, sporządzającego sumienne notatki będące pokłosiem przeprowadzonych bądź zasłyszanych rozmów, wspomnień i refleksji czynionych przez marines, oficerów czy zaprzyjaźnionych przedstawicieli prasy.

W gronie licznych interlokutorów pisarza, pomagających stworzyć szalenie realistyczny obraz pewnego pokolenia, znalazło się wiele osób, których psychologiczne profile bądź zdarzenia z ich udziałem zostały uwiecznione w przywoływanym już „Czasie Apokalipsy” Coppoli oraz w „Full Metal Jacket” (1987) Stanleya Kubricka: wszak autor recenzowanego tomu był współscenarzystą powyższych filmów, należących dziś do kinematograficznego kanonu. O ile Michael Herr stara się nie oceniać swoich współrozmówców, bez taryfy ulgowej atakuje siewców propagandy, nie pozostawiając suchej nitki na bezdusznych zwierzchnikach ochoczo posyłających szeregowców na rzeź, na politykach nie mających bladego pojęcia o tym, co naprawdę dzieje się na froncie, czy tuzach z przemysłu zbrojeniowego.

Szrapnelem krytyki oberwał także John Wayne, który reżyserując oraz grając główną rolę w fabularnej agitce pod tytułem „Zielone berety” (1968), dorzucił mało chlubną cegiełkę pod budowę muru hipokryzji, obnażanej przez Herra na łamach jego bestsellerowej publikacji: „Ciągle myślę o tych wszystkich dzieciakach, które załatwiło siedemnaście lat filmów wojennych, a potem pojechały do Wietnamu i na serio dały się załatwić” (s. 242) – podkreśla autor. Równocześnie korespondent zwięźle, choć dobitnie rozprawia się z mitami obrosłymi wokół tego konfliktu: „Wietnam był jak ciemny pokój pełen śmiercionośnych przedmiotów, Vietcong czaił się wszędzie, a do tego wszędzie naraz, jak rak z przerzutami. To nieprawda, że przegrywaliśmy tę wojnę przez wiele lat po trochu – przegraliśmy ją bardzo prędko, dosłownie w kilka dni, a potem już było jak z tym gościem z piechociarskiej mitologii, co to umarł, ale był zbyt tępy, żeby się skapnąć i położyć” (s. 86).

Będąc już w Stanach Zjednoczonych, Michael Herr przystąpił do porządkowania notatek i nadawania im bardziej zwartej formy, jednak pobyt w Wietnamie w końcu dał o sobie znać, wpływając na życie rodzinne reportera, który przeszedł załamanie nerwowe sprawiające, iż w latach 1971-1975 nie był w stanie czegokolwiek napisać. „Jasne, że po powrocie zaliczałeś emocjonalny zjazd. Co mogło dać ci takiego kopa, co się mogło równać z tamtym, co musiałbyś zrobić dla takiej satysfakcji? Wszystko wydawało się trochę nudne, obrastało w ciężar, więc zostawiałeś na wierzchu małe relikwie, żeby nie stracić kontaktu, gruntu pod nogami, puszczałeś muzykę, która była z tobą w Hue i w Khe Sanh, towarzyszyła ci przez całą ofensywę majową, próbowałeś sobie wmówić, że swobodę i prostotę tamtych dni da się ocalić w, jak to mówiłeś ze śmiechem, »normalnych warunkach«. Czytałeś gazety, gapiłeś się w telewizor, ale z góry było wiadomo, o czym tak naprawdę są te wszystkie historie, więc tylko cię wkurzały. Brakowało ci twojego światka, tych chłopaków, tej podniety, tego wszystkiego, co czułeś tam, gdzie człowiek ani przez chwilę nie musiał sobie wymyślać dramatów” (s. 282).

Na szczęście Michael Herr wyszedł z psychicznego impasu, doprowadzając do końca prace nad książką, w której zawarł stricte literacki, mocno subiektywny i zaangażowany (godny tradycji Nowego Dziennikarstwa) obraz wojennej rzeczywistości. Narracja przybierająca formę gorączkowego strumienia świadomości, przywiązywanie uwagi do szczegółów, umiejętny dobór anegdot, brawurowe operowanie sardonicznym humorem, kolokwialnym językiem i wojskowym slangiem, a do tego szereg odniesień do popkultury (filmów, komiksów, tekstów piosenek): „Depesze” niezmiennie pozostają przykładem gęstej, intrygującej lektury, której autor nie schlebia czytelnikom, ani tym bardziej samemu sobie. Opowieść Michaela Herra, świadomie balansującego bądź celowo przekraczającego granicę między prawdą a fikcją, oferuje wgląd w emocjonalny, sensualny oraz językowy wymiar wojny – umożliwia doznanie jej dekadenckiego, iście delirycznego klimatu. Skrzący się od hipnotyczno-narkotycznych wizji, poetyckich metafor („Wstał ohydny księżyc w pełni: oślizgły, tłusty owoc” [s.16]) oraz scen odwołujących się do przeróżnych zmysłów czytelnika (ze szczególnym uwzględnieniem powonienia) tekst publikacji kapitalnie oddaje aurę napięcia, nieustannej presji i skrajnego wycieńczenia towarzyszącego wojakom, nie mówiąc już o strachu tłumionym środkami psychoaktywnymi czy o niejednokrotnie dochodzącym do głosu szale zabijania.

Uwieczniony w „Depeszach” Wietnam jawi się jako infernalna fantasmagoria, w której rozróżnienie między koszmarem a rzeczywistością bywa chwilami niemożliwe. „Któregoś razu gadałem z sierżantem, który właśnie przyprowadził drużynę z długiego patrolu, oczy miał za głupawo-hajową mgiełką i mówił z jakimś dziwnym roztargnieniem, ale dopiero po pięciu minutach się zorientowałem, że po prostu śpi. Stał sobie przy barze w klubie podoficerów, z otwartymi oczami, z piwem w ręku i odpowiadał na pytania, które padały tylko w tym jego śnie” (s. 65) – przekonuje autor. Omawiane dzieło bez wątpienia oddaje pokoleniowe rozczarowanie, ale i wściekłość. To utkana z mikrohistorii przypowieść o bohaterach do końca zachowujących swoje człowieczeństwo, jak i tych bez reszty zatracających się jądrze ciemności („Niektórzy chcieli po prostu rozpirzyć w cholerę ten cały bajzel, razem z fauną, florą i minerałami. Marzył im się Wietnam, który zmieści się do popielniczki w aucie” [s. 70]).

Michael Herr obnaża i oskarża, choć jednocześnie z pełną premedytacją oddaje stan surrealnego upojenia wojną, udzielającą się także przedstawicielom prasy: „Czasem czułeś się niewyraźnie i nie miałeś ochoty w nic się pakować, ale to cię i tak dopadało, jak przedostatnie tchnienie. Innym razem proporcje między strachem a żyłką przygody były inne i szukałeś guza, ale nic się nie działo, tylko jakaś mrówka ogniowa wleciała ci do nosa, dostawałeś grzybicy krocza, albo całą noc nie spałeś, czekając na ranek, żeby już wstać i dalej czekać, tyle że już na stojąco. Cokolwiek by się nie działo – i tak byłeś korespondentem wojennym, dobór tematu mówił sam za siebie, a w Wietnamie umizgi do przemocy nie pozostawały długo nieodwzajemnione, w końcu zawsze przychodziła i znaczyła twoje ciało dzikimi pocałunkami” (s. 74).

Pierwsze polskie wydanie „Depeszy” to doskonała okazja, aby zapoznać się z utworem często określanym mianem najlepszej książki o tamtej wojnie. Sugestywna, wgryzająca się w pamięć lektura, którą dobrze smakować przy dźwiękach klasycznych utworów The Rolling Stones, Jimiego Hendrixa, Boba Dylana czy The Doors.
Michael Herr: „Depesze” . Tłum. Krzysztof Majer. Wydawnictwo Karakter. Kraków 2016.