ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (79) / 2007

Ewelina Jędrasiak,

PO BERLINIE

A A A
Ponad 350 filmów i tylko 10 dni festiwalu. Konkurs: z nowymi filmami Jiří Menzla i Françoisa Ozona, panorama, forum, sekcja queer, retrospektywa Arthura Penna (Honorowy Niedźwiedź) – to tylko niektóre z atrakcji 57 Festiwalu Filmowego Berlinale 2007.

Festiwal w Berlinie obok tych w Cannes i Wenecji jawi się jako jeden z najważniejszych w Europie, stąd wielkie oczekiwania. Jeśli chodzi o sam sposób organizacji festiwalu nie można mieć zastrzeżeń, organizatorzy zadbali, aby wszystko przebiegało według planu. Niestety, filmy nie zawsze spełniały oczekiwania widzów. Większość zaprezentowanych obrazów określić można mianem średnich. Posiadały poprawnie skonstruowane fabuły, ale i przewidywalny przebieg akcji. Nawet wyczekiwane premiery uznanych reżyserów jak „Angel” Françoisa Ozona nie wszystkich usatysfakcjonowały. Jednak pojawiło się też kilka takich obrazów filmowych, które zapadły w pamięć i nie pozostawiły obojętnym.

Do tych filmów z pewnością należy prezentowany w konkursie chiński „Lost In Beijing” w reżyserii Li Yu. Trzeba wspomnieć, że już przed samą projekcją film wzbudzał wiele kontrowersji głównie za sprawą problemów z cenzurą w ojczystym kraju. Wersja, która została przedstawiona berlińskim widzom, nie została jeszcze zaaprobowana przez władze chińskie (wytłumaczono to zbyt krótkim czasem na zrobienie napisów do innej, krótszej wersji). Być może szum tym spowodowany nie wyszedł filmowi na dobre, gdyż przysłonił to, co w nim było najważniejsze. Film opowiada historię dwóch małżeństw masażystki Liu Ping Guo i jej męża An Kun oraz szefa Ping Gou – Ling Dong i jego żony. Dwie skontrastowane ze sobą pary. Pierwsza jest związkiem biednych, lecz kochających się ludzi. Druga jest bogata, lecz nie do końca szczęśliwa. Za sprawą przypadku losy tych rodzin łączą się ze sobą. Nie bez znaczenia jest tło akcji – tytułowy Pekin. To właśnie rozwijająca się stolica Chin była dla reżyserki i również współscenarzystki filmu inspiracją do stworzenia tej historii. Chciała ukazać rozwój bohaterów, trawiące ich problemy, a zarazem oddać dynamikę miasta. Układ fabuły współgra z formą filmu. Kamera, w większości ujęć prowadzona z ręki, korespondowała z rozedrganym światem bohaterów. Przez pokazanie tego, co na zewnątrz ukazywała to, co kryło się wewnątrz postaci. Ruchliwe i niestałe miasto odzwierciedlało też związki międzyludzkie, jak powiedziała sama reżyserka na konferencji prasowej. Kiedy ludzie zaczynają się zastanawiać nad własnym życiem, zmienia się tok opowiadania. Kamera zwalnia i bardziej przygląda się bohaterom. Reżyserka świetnie pokazała losy zagubionych jednostek w wielkim mieście. Pekin, szybko rozwijające się miasto, które choć często zwabia ludzi możliwością zarobku, nastręcza też problemy natury socjologicznej.

Pokazanie filmu bez zgody cenzury (nie podobały się sceny hazardu, sceny erotyczne, miano również zastrzeżenia do socjologicznego uwarunkowania zachowań postaci) było odważnym czynem ze strony reżyserki. Trzeba wspomnieć historię innego twórcy Lou Ye, który za samo zakwalifikowanie się jego filmu „Summer Palace” do festiwalu w Cannes został pozbawiony prawa do kręcenia i dystrybuowania własnych obrazów na terenie Chin na okres 5 lat. Choć sytuacja dla znanych filmowców jest trudna Li Yu nie narzeka na samą instytucję cenzury, lecz na brak jednoznacznych wytycznych, co może, a co nie być pokazane. Na konferencji chciano zręcznie wybrnąć z pytań o cenzurę wskazując na konflikt pokoleń między twórcami a cenzorami.

Godne zapamiętania jest również kilka filmów, które na szczęście będą miały dystrybucję w Polsce: „2 dni w Paryżu” Julie Delpy i „Irina Palm” Sama Garbarskiego.

Pierwszy z nich to zgrabna komedia (sama Julie Delpy woli to określenie niż komedia romantyczna). Autorka chciała stworzyć film wojenny, jednak nie mogąc zebrać funduszy postanowiła stworzyć obraz bardziej zbliżony do „Przed zachodem słońcem” (za który dostała nominacje do Oskara). Punkt wyjścia jest podobny, para: Francuzka – Marion i Amerykanin – Jack wracają z podróży pociągiem. W drodze do Ameryki postanawiają spędzić kilka dni w Paryżu. Swój czas dzielą między dość nietypową rodzinkę Marion (rodzice w filmie grani są przez prawdziwych rodziców Delpy), jej byłych kochanków oraz nachalnych francuskich taksówkarzy. Rubaszny tatuś o wyglądzie Świętego Mikołaja i kosmatych myślach, matka, która pamięta czasy wolnej miłości, Jack hipochondryk – to wszystko składa się na coś, czego w poprzednich filmach z Delpy nie było. Humor i autoironia wprost ciekną z ekranu. Bohaterowie ripostują ciętymi dialogami a zabawne odzywki mnożą się w nieskończoność. Wszystko to doprawione jest szczyptą niepoprawności politycznej. Skojarzenia prowadzą widza do bohaterów Woody Allena. Jeśli już to bez inteligenckich naleciałości. W „2 dniach w Paryżu” chodzi bowiem o związek między dwojgiem ludźmi, nie o próbę jego zbudowania, ale przetrwania. Julie Delpy udało się w dwójnasób. Stworzyła niebanalny film i zaskarbiła sobie przychylność widzów oraz dystrybutorów.

Drugi film „Irina Palm” prezentowany w konkursie wniósł, jak jedna z dziennikarek powiedziała na konferencji, trochę świeżości i oddechu do festiwalu. W berlińskim konkursie dominowały filmy mające odniesienia polityczne. Stąd film Sama Garbaskiego zaskoczył i, jak żaden inny, rozbawił dziennikarzy na oficjalnym pokazie. To historia Maggi, która dla ratowani wnuczka podejmuje się pracy, na myśl o której gospodyni domowa mocno się rumieni. Historia opowiedziana jest bez zbytniej przesadny, prosto i z lekkim humorem, czym może łatwo przypaść do gustu widzom. Marianne Faithfull w głównej roli sprawdza się bardzo dobrze i to ona była główną faworytką do zdobycia nagrody w Berlinie. Reżyser filmu nazwał go niepoprawną politycznie komedią romantyczną.

Pozytywnie wypadły też filmy z Korei. Tu zapadło w pamięć kilka tytułów. Nie zawiódł jak zwykle Park Chan – wook („Pani zemsta”, „Old Boy”) i jego nowy film „I’m a cyborg, but that’s ok.”. To historia Young – goon, dziewczyny przekonanej o tym, że jest cyborgiem. Żyje we własnej wyobraźni, rozmawia z maszyną do napojów i żywi się energią przekazywaną z baterii. Trafia więc do szpitala dla umysłowo chorych, gdzie spotyka podobnych sobie odmieńców. Znając wcześniejsze filmy reżysera można sobie tylko wyobrazić jakie indywidualności tam się znajdują. Jednak wszystkie dziwactwa i efekty na ekranie (reżyser otrzymał nagrodę w Berlinie za innowacyjność) nie przysłaniają głównego tematu filmu – poszukiwania miłości, która może wyleczyć. Reżyser porusza również problem maszyn i człowieka. Pragnienie głównej bohaterki stania się maszyną jest dobrze umotywowane. Przecież to maszyny mają określony cel, zadanie w życiu – tego szuka główna bohaterka. Koreański twórca serwuje widzom obraz z domieszką mniejszego niż zwykle okrucieństwa, ciekawy i potraktowany z wielką wyobraźnią.

Inny obraz wart polecenia, choć nie pozbawiony pewnych niedociągnięć, to „No regrets” pełnometrażowy debiut Leesong Hee-il, najbardziej znanego reżysera gejowskiego w Korei. Film przedstawia historię kochanków, biednego sieroty (a potem męskiej dziwki) i bogatego biznesmena. Zachowanie bohaterów na początku motywują pieniądze, które są określone jako „korzenie zła”. Niektóre sceny w filmie ujmują, pobudzają do refleksji, jednak widz ma czasem poczucie zbyt dużego nagromadzenia wątków.

Również film „Dasepo Naughy Girls” obfituje w wiele wątków queerowych. Polscy widzowie mogą tylko pozazdrościć Koreańczykom ich świadomości. Przywołany film to nagromadzenie wątków rodem z filmu dla nastolatków, jednak w wersji azjatyckiej. Te określenie nie dziwi jeśli zwróci się uwagę na fakt, że inspiracją do powstania filmu był internetowy komiks. Film niezwykle barwny (zdjęcia zrobił operator „Old Boya”, „I’ma cyborg, but that’s ok.”), zwariowany, który wykorzystuje konwencje zabawy, by podjąć dyskusyjne treści. Widz ma wrażenie nieustannej gry, jest wciągany w śpiewanie piosenek (na dole ekranu pojawiają się teksty utworów, które jeśli wierzyć reżyserowi E J – Jong widzowie w ojczystym kraju podśpiewują na seansach). Za motto filmu służy sformułowanie: „Życie to opera mydlana” i to najlepsze streszczenie tego filmu. Film wykorzystuje elementy karaoke, choreografii i jodłowania (pojawiło się również u Parka Chan-wooka), które reżyser tłumaczy jako wątek egzotyczny i typowo europejski.

Bardzo ciekawie zaprezentował się też film „Woman on The Beach” Hong Sang-soo, który jako nieliczny zdołał zaprezentować swoją autorską wizję kina. Bohaterem jest reżyser, który potrzebuje spokoju do napisania scenariusza do następnego filmu. Udaje się więc w odosobnione miejsce na plażę. Tam nawiązuje zażyłą znajomość z Moon–sook, dziewczyną swojego współpracownika. Jednak ponieważ boi się zaangażować, zaczyna spotykać się z inną kobietą rzekomo przypominającą poprzednią charakterem. Wszystko to pokazane jest z realizmem, ale również ze szczególną dawką niewymuszonego humoru zaczerpniętego z rzeczywistości. Jest to ciekawe kino, unikające utartych schematów, schematów.

Taki był też nowy film Marie Speth „Madonnas” z główną rolą Sandry Huller, która rok wcześniej została nagrodzona Srebrnym Niedźwiedziem za rolę w „Requiem”. Film opowiada historię Rity, jej matki oraz dzieci – to właśnie tytułowe Madonny. Rita po urodzeniu kolejnego dziecka, z którym tak jak z pozostałymi nie wie, co robić, udaje się do ojca, którego nigdy nie znała. Ta sytuacje jest jedynie punktem wyjścia do zakreślania głębszego problemu. Bowiem bohaterka filmu jest specyficzną osobą. Odgrodzona od innych grubym murem, nie pozwalająca na jakiekolwiek zbliżenie lub wejście w zażyłe kontakty. Trudne sytuacje, groteski rzeczywistości i w końcu zawiły świat głównej bohaterki są przedstawione dosłownie, ale i prosto, bez zbytniej efektowności.

Na pewno warto wybrać się na „Teeth” Mitchella Lichtensteina, który szczęśliwie został zakupiony przez polskiego dystrybutora czy na „Świadków” Andre Techine (z Emannuelle Beart). Widzowie nie popełnią też błędu, oglądając tajwański „Spider lilies” (zdobywcę nagrody Teddy) z ciekawą próbą analizy wirtualnej rzeczywistości. Za specjalną sekcję filmów queerowych, która posiada swoją oddzielną nagrodę Teddy (przyznawaną po raz 21!) festiwal w Berlinie można śmiało pochwalić. Choć nie wszystkie filmy w tej kategorii reprezentowały wysoki poziom, m.in. „Itty Bitty Titty Committee” Jamie Babbit czy „Surveillance” Paula Oremlanda (najgorszy film festiwalu). Warto też zaznaczyć, że właśnie w Berlinie można było zobaczyć najnowsze produkcje z Brazyli, Azerbejdżanu, Turcji, Argentyny, Izraela czy Węgier (aż 5 filmów). Owszem Polska miała swoje małe akcenty (krótkometrażowy „Randez-Vous” Marcina Janosa Krawczyka czy wspólna nagroda Berlin Today Award dla Kasi Klimkiewicz i Andrew Friedmanem za film „Wasserschlacht – wielka wojna graniczna”), ale szkoda, że nie mogliśmy pochwalić się pełnym metrażem.

Tegoroczny festiwal w Berlinie pokazał, jak różne miejscami są gusta, zarówno krytyków, widzów jak i organizatorów. Poza kilkoma komercyjnymi wpadkami wyszło to festiwalowi na dobre, bo o filmach trzeba i warto dyskutować.

57. Międzynarodowy Festiwal Filmowy Berlinale, 8 – 18 lutego 2007, Berlin.


Najważniejsze nagrody:
Złoty Niedźwiedź
„"Tu ya de hun shi" (Tuya's Marriage) reż. Wang Quan'an
Grand Prix - Srebrny Niedźwiedź
"El otro" (The Other) reż. Ariel Rotter
Srebrny Niedźwiedź dla najlepszego reżysera
Joseph Cedar za "Beaufort"
Srebrny Niedźwiedź dla najlepszej aktorki
Nina Hoss w filmie "Yella" reż. Christian Petzold
Srebrny Niedźwiedź dla najlepszego aktora
Julio Chavez w filmie "El otro" (The Other) reż. Ariel Rotter
Srebrny Niedźwiedź za wkład artystyczny
Obsada filmu "Dobry agent" w reżyserii Roberta De Niro
Srebrny Niedźwiedź za muzykę
David Mackenzie za "Hallam Foe"
Nagroda im. Alfreda Bauera (za innowacyjność)
"Sai bo gu ji man gwen chan a" (I’m A Cyborg, But That’s Ok) reż. Park Chan-wook