Wydanie bieżące

1 marca 5 (317) / 2017

Michał Paweł Urbaniak,

CZEKAJĄC NA PRAWDZIWE ŻYCIE (MATTHEW THOMAS: 'PRZYPOMNIJ MI, KIM JESTEM')

A A A
Debiutancka powieść Matthew Thomasa „Przypomnij mi, kim jestem” podbiła amerykańskie rankingi książkowe, a w Polsce ukazała się pod koniec ubiegłego roku. To jedna z tych demaskujących iluzję „american dream” gorzkich historii skoncentrowanych wokół jednej rodziny. Można wykazać jej literackie powinowactwo z takimi pozycjami jak „Obiad w restauracji dla samotnych” Anne Tyler, „Z ciała i z duszy” Michaela Cunninghama, „Amerykańska sielanka” Philipa Rotha, „Korekty” Jonathana Franzena czy „Moja siostra, moja miłość” Joyce Carol Oates. Co nowego ma do powiedzenia David Thomas w tym trochę już wyeksploatowanym temacie?

„Przypomnij mi, kim jestem” to właściwie saga rodzinna przedstawiona z perspektywy matki i syna. Akcja obejmuje sześćdziesiąt lat (1951-2011). Eileen Tumulty, główna bohaterka powieści, urodziła się w Ameryce jako córka irlandzkich imigrantów z klasy robotniczej. Jej ojciec został niejako przymusem wydarty z ojczyzny. Próbował się odnaleźć na nowej ziemi, dostał pracę w browarze i dorabiał w podrzędnych barach, zyskując poważanie wśród lokalnej społeczności jako „Wielki Mike”, charyzmatyczny filozof. Z kolei matka Eileen, Bridgie, chciała opuścić Irlandię. Liczyła na to, że w Ameryce znajdzie wyczekaną Arkadię, a pewnego dnia zamieszka w jednej z takich luksusowych willi, które sprzątała, i będzie prowadzić wygodne, leniwe życie. Oboje gorzko przeżywają swoją porażkę – stratę złudzeń, biedę, nieumiejętność wspięcia się na wyższy poziom w hierarchii społecznej. Pogrążają się w alkoholizmie, a ich córka zostaje obciążona odpowiedzialnością przerastającą jej wiek.

Eileen nie chce żyć tak jak rodzice. Chęć zmiany nazwiska – kojarzącego się z przegraną – wydaje się znacząca („Nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie zmieni nazwisko. Przeszkadzała jej niekwestionowana irlandzkość nazwiska Tumulty, zakorzeniony w niej zapach torfowisk i sentymentalne pieśni powstańcze, i zapalczywość wyssana z mlekiem matki, i natrętny smak porażki, przebijający się w zdradliwej jowialności”). Gdy bohaterka poślubia ambitnego introwertycznego naukowca, eksperta od spraw mózgu i psychofarmakologii, wydaje się, że wszystko może się zmienić, a ona wreszcie dostanie swoje „cudowne życie, cudowne jak amerykański sen”. Tymczasem Edmund „Ed” Leary ma zupełnie inną receptę na szczęście. Debiut Thomasa to w dużej mierze powieść o „fizjologii małżeństwa” – o trudnym związku ludzi niedobranych, a jednak uczących się miłości, trwających we wspólnym życiu na przekór nieporozumieniom, odmiennym celom.

Eileen – być może najciekawsza postać w książce – pewnego dnia zdaje sobie sprawę, że „bywają miejsca szczęśliwsze od tych, które znała. Dopóki człowiek nie odkrył tych lepszych miejsc, cieszył się własnym życiem”. Od tego czasu nie potrafi się cieszyć – jej aspiracje pozostają niezaspokojone. Choć chce się odciąć od rodziców i reprezentować zamożną klasę średnią, zaczyna kroczyć tą samą drogą. W biografiach jej i Bridgie Timulty pojawia się sporo punktów wspólnych (podglądanie lepszych miejsc, w których chciałoby się żyć, ustępowanie mężowi, poronienie, nieumiejętność okazywania czułości dziecku). I ona, tak jak kiedyś jej matka, zaczyna rozumieć, że obiecujący małżonek nie osiągnie spodziewanej wielkości. Ed – z którego pomocą miała spełnić marzenia – okazuje się człowiekiem dość statycznym, zamkniętym w świecie własnych górnolotnych przekonań, niechętnym wobec zmian („jego ambicja nigdy nie sięgała znakomitszych tytułów ani wyższych pensji; interesowało go coś niewymiernego, filozoficznego, coś, czego nie dało się przeliczyć na dolary”). W końcu Eileen stara się samodzielnie zrealizować życiowe plany – wymarzoną przeprowadzkę do Bronxville, która ma stać się symbolem wyczekiwanego awansu społecznego („Eileen powoli przyzwyczajała się do myśli, że gdy zamieszka w tym magicznym miejscu, wreszcie zacznie żyć prawdziwym życiem”). Niestety, kupienie domu – może usytuowanego w lepszej dzielnicy, ale wymagającego kosztownego remontu, pozbawionego oznak ekskluzywności – okazuje się gorzką lekcją i kolejną przegraną na drodze do szczęścia („Mogła wyprowadzić się w pobliże domów, na które patrzyła z zawiścią, mogła się zaprzyjaźnić z ich właścicielami, ale nie mogła w nich zamieszkać, na pewno nie w życiu, jakie wiodła przy Edzie”). Późniejsze problemy zdrowotne Eda (świetnie przedstawiony wątek choroby Alzheimera i jej destruktywnego wpływu nie tylko na chorego, ale na całą jego rodzinę i otoczenie) ostatecznie grzebią nadzieje na odmianę losu.

W tej powieści ważną postacią (choć mniej udaną, bo nie zawsze spójną psychologicznie) jest także Connell Leary, syn Eda i Eileen. To ktoś pragnący lepszego życia, ale pozbawiony na nie pomysłu. Wydaje się, że porusza się on po omacku – zarówno między rodzicami (wobec których odczuwa i miłość, i niechęć), jak i w szkolnej społeczności (jest dręczony przez swoich kolegów, a próby dostosowania się do nich wypadają raczej żałośnie), czy w końcu na studiach i w pracy. Wybrana przez niego droga wydaje się przypadkowa. Matthew Thomas tworzy portret zagubionego młodego człowieka-eskapisty, któremu brakuje zarówno siły, jak i odpowiedzialności, aby przeżyć własne życie. Dojrzałość przychodzi dopiero później, po tragedii, jaką staje się ostateczna strata ojca, i po tym jak wzburzona matka uświadamia Connellowi: „Złe jest to, że żyjesz nie swoim życiem. Ono nie jest twoje. Ono należy do kogoś innego. Pożyczyłeś je od kogoś”.

Powieść „Przypomnij mi, kim jestem” ma w sobie jednocześnie epicki rozmach i swoistą kameralność (wszystko ogranicza się w zasadzie do kilku postaci). Każdy tu przeżywa osobisty dramat, choć zarazem wydaje się, że to dramat zbiorowy, rozgrywający się w rodzinnym kręgu, będący następstwem traum i niespełnień przekazywanych z pokolenia na pokolenie. To proza gorzka (trudno tu o spełnienie), a zarazem mająca w sobie dużo ciepła. Miłość rodzicielska, miłość małżeńska istniejąca w rodzinie Eda i Eileen jest skomplikowana, ma różne odcienie, rozciąga się gdzieś pomiędzy niechęcią a silnym poczuciem więzi. Amerykański pisarz zdaje się przypominać o tym, że obraz rodziny nie jest jednoznaczny. Po rodzicach dziedziczymy nie tylko traumy, choroby, artefakty (w tej książce to na przykład biurko albo wybity ząb) czy określone ścieżki życia. Przejmujemy także bliskość wynikającą ze wspólnych doświadczeń, będącą solidnym kapitałem na przyszłe lata.

Tytuł powieści – zaczerpnięty z wiersza Stanleya Kunitza – w oryginale brzmi „We Are Not Ourselves”, czyli „nie jesteśmy sobą”. To właśnie łączy wszystkich członków rodziny Learych. Connell nie jest sobą, bo nie ma pomysłu na siebie. Ed przestaje być sobą, gdy stopniowo przegrywa walkę z wyniszczającą chorobą. Również wieloletnie wysiłki Eileen marzącej o awansie społecznym (symbolizowanym najpierw przez klarnet odziedziczony po sublokatorze, potem przez nienoszony drogi zegarek czy niepotrzebne futro z norek, a w końcu przez nowy dom) nie przynoszą spodziewanych rezultatów. W końcu, zrezygnowana, myśli o „duchu niedoszłego życia”, to znaczy, o tym życiu, które prawie udało jej się osiągnąć. Szansę na spełnienie ostatecznie otrzymuje Connell – być może jego dziecko będzie szczęśliwsze niż on sam czy Ed i Eileen.

„Przypomnij mi, kim jestem” to jedna z wielu udanych powieści opisujących na przykładzie dziejów jednej rodziny niemożność zrealizowania amerykańskiego snu. Dałoby się ją nawet uznać za swoiste połączenie „Korekt” Jonathana Franzena i – książki z nieco innej półki – „Motyla” Lisy Genovy. A jednak ta wtórność nie jest rozczarowująca. Może to trochę wysłużony temat, ale zarazem aktualny. Taki, w którym jest jeszcze coś do powiedzenia. Matthew Thomas dobrze to wykorzystał.
Matthew Thomas: „Przypomnij mi, kim jestem”. Przeł. Anna Zeller. Wydawnictwo Wielka Litera. Warszawa 2016.