Wydanie bieżące

1 marca 5 (317) / 2017

Katarzyna Niesporek,

FIZJOLOGICZNY LINGWIZM (GENOWEFA JAKUBOWSKA-FIJAŁKOWSKA: 'PARALIŻ PRZYSENNY')

A A A
Mówiąc wprost

„Zawsze chciałam być kobietą” – oświadcza liryczna bohaterka Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej. Kobieta jest bowiem heroiczna. Odporna na ból ciała i egzystencji, potrafi znieść więcej niż mężczyzna. Walcząc z rzeczywistością, nie czyni z siebie męczennicy czy ofiary. Próbując zobrazować trud kobiecości, ani myśli przebierać w słowach. Przejawia się on wszak zawsze i wszędzie – w każdym wieku kobiety, w każdej sytuacji życiowej, w prozaicznych czynnościach. Poetka w swoich wierszach stara się go wyraźnie wyłożyć, unaocznić. Używając ostrego i nieprzejednanego języka, nazywa rzeczy po imieniu. Mówi konkretnie o tym, co dotyka i boli kobiety.

Ciało

Kiedyś kłopotem były menstruacje, komunistyczna lignina ocierająca co miesiąc uda, „odebranie cnoty na żywca”, ból rodzenia dzieci. Teraz problem sprawiają sypiące się i wymagające farbowania siwe włosy („Sypią mi się włosy”, „Telefon”), nagły ból przenikający plecy („W sobotę koło dziewiątej rano”), „[…] pieczenie częstomocz dreszcze // parcie na łechtaczkę odbyt […]” („Infekcje intymne (z reklamy TV)), bezsenność albo „paraliż przysenny” („Paraliż przysenny”). O tym wszystkim bez wątpienia nie marzy kobieta w sile wieku – doznająca wreszcie prawdziwej wolności, całą sobą otwarta na życie. Gala nie ucieka jednak od wymienionych doświadczeń. Przeciwnie: mierzy się z nieprzyjemnościami egzystencji oraz prawdą na temat samej siebie i swego ciała. Nazywa ją po męsku już w wierszu otwierającym tom: „to starość kurwa starość” („Sypią mi się włosy”).

I chociaż autorka „Pochylenia” ma świadomość, że procesu przemijania nie można w żaden sposób zatrzymać czy odwrócić, podejmuje z nim walkę. Nie zamierzając się poddać, rozpoczyna tę walkę od ciała. Stanowi ono bowiem warunek bycia, istnienia w „tym” świecie: „bez pragnienia głodu / ciała potu // nie ma nocy ani rannych zorzy // zwłok / nie ma ciebie” („Nieobecność”). Nic więc dziwnego, że Gala, choć ją to niebywale irytuje, próbuje tuszować, zacierać wszelkie oznaki swojego starzenia się. Mówi: „farbuję swoje pierdolone siwe włosy / henną rubin spływa cała wanna farbą” („Telefon”). Kiedy indziej znowu obnaża się ze swej starości, w pełni ją odsłania, stając z nią twarzą w twarz. Spoglądając w lustro, żałując, że nie jest ono zwierciadłem weneckim, które przez zastosowaną w jego konstrukcji kombinację światła, pozwala wpatrującemu się w nie zobaczyć inne, lepsze (młodsze?) odbicie, autorka „Dożywocia” stwierdza: „zmyłam makijaż / (kosmetyki nivea rossmann w promocji) / zostały mi sztuczne perły w uszach” („W łazience koniec sierpnia). W takich momentach poetka zauważa niepotrzebną jej troskę o ciało, bezskuteczność i daremność wykonywanych na nim zabiegów, mających poprawić jego wygląd i kondycję: „na nic skrzyp polny / szampony trzy w jednym suplementy diety // odżywki balsamy olejek arganowy / gaje oliwne na włosy” („Sypią mi sięwłosy”). Oto prawo natury. Nie można go zmienić albo podstępnie oszukać. Gala na szczęście zdaje sobie z tego sprawę i nawet nie próbuje z nim polemizować. Stara się natomiast wyciągnąć odpowiednie wnioski. Starość ciała, którą coraz trudniej ukryć, prowadzi ją zatem do myśli o tym, co ostateczne i nieuniknione – do śmierci ciała. Ale nawet i ją, jak się okazuje, można starannie na nim zatuszować: „może powinnam malować usta przed snem / zrobić cienie na powiekach rzęsy tuszem sephora // jeszcze puder migdałowy na policzki // mama była piękna w takim makijażu / w kostnicy” („Sypią mi sięwłosy”). To zarazem piękny, ujmujący i dramatyczny obraz umarłej jak żywej. Jest on pocieszeniem dla walczącej z przemijaniem życia i materii Gali. Ale zanim nastąpi moment złożenia podrasowanego ciała do grobu, musi ono również swoje wycierpieć i poznać, czym jest ból. Najważniejszą rolę odgrywa więc tutaj życie. To ono „masakruje”, parceluje ciało: „przecina […] skórę na dłoniach / papierem śniadaniowym i opuszki palców”, „ucina […] kawałek łechtaczki / maszynką do chleba” („ten diabeł ciągle mąci”). Potem pozostawia człowieka samego – z wszystkimi jego pragnieniami, popędami i szaleństwem, nie wypisując recepty, jak sobie z nimi poradzić.

Starość

Proces fizjologiczny i upływający czas są zatem tym, co napędza, przepełnia utwory Gali. Poetka zwraca uwagę, że im jest się starszą, tym gorzej. I nie tylko ciało – z każdym dniem coraz bardziej kawałkowane, rozpadające się i chorujące – jest tego przykładem. Wraz z nim zmienia się cała otaczająca człowieka rzeczywistość. To, co było na stałe usytuowane w przestrzeni czy budowane przez lata, rozpada się i zmienia w mgnieniu oka. Bywa, że podmiot, chociaż doświadczony, poraniony przez życie, przyzwyczajony do swojej codzienności i rutynowych zachowań, doznaje zdziwienia. W wierszach Gali zwraca się sam do siebie: „siadasz w pokoju z małą kawą / zapalasz papierosa patrzysz w okno // rozjebali ci widok powycinali drzewa / został komunalny śmietnik” („Wracasz”). Tę radykalną zmianę nazywa się ponoć rewitalizacją. Gala patrzy na nią jednak inaczej. Teraz to ów śmietnik, a nie jak dotąd natura, jest usytuowany w centrum i staje się głównym elementem krajobrazu miejsca. Nade wszystko przypomina on jednak o odpadach, resztkach, nieczystościach – o wszystkim tym, co ulega rozkładowi, co zostaje wyrzucone i opuszczone. Jego widok potęguje myśl o skazanych na starość i nieznośną samotność kobietach, które mają się jeszcze gorzej. Poetka ukazuje ich nędzę, wpisuje ją w „osiedlowy spleen”: „wdowy rozwódki stare panny katechetki // wyrzucają śmieci kilka razy dziennie / z nudów samotności // w rozpaczy chodzą do śmietnika // no i żeby się też przewietrzyć / od pokoi z nikotynową tapetą” („Osiedlowy spleen”). Oto dramat kobiecości, z którym bojowo walczy poetka. Gala za nic w świecie nie chciałaby podzielić takiego losu. W swojej starości, na którą się nie zgadza, której – jak dopowiedział na ostatniej stronie okładki tomu Karol Maliszewski – sobie nie życzy, szuka odmiany. I w niej „ja” liryczne potrafi dopatrzeć się tego, co uwalnia zmysły i pragnienia. Sacrum miesza się tu z profanum – fizjologią, seksualnością. Nie ma w nich jednak nawet odrobiny kokieterii. Jeżeli się pojawiają, to uderzają z całą swą siłą, porażają.

* * *

Genowefa Jakubowska-Fijałkowska po raz kolejny pokazuje, że jest poetką, która się nie wstydzi. Otwarcie i bez zażenowania potrafi opowiadać o swoich bolączkach i tęsknotach. Są one nieraz przepełnione bluźnierstwem, makabrycznymi wizjami i obrazami. Dzięki nim wiemy jednak, że Gala niczego nie udaje. Pragnie za to nieustannie ujawniać tkwiącą w niej kobiecą siłę, pokazywać swoją zadziorność i bezkompromisowość. W tym nieraz jest mocniejsza od mężczyzny.
Genowefa Jakubowska-Fijałkowska: „Paraliż przysenny”. Instytut Mikołowski. Mikołów 2016.