15 marca 6 (318) / 2017

Wojciech Rusinek,

NA RAMIONACH OLBRZYMÓW (JACEK GUTOROW: 'ŻYCIE W ROZPROSZONYM ŚWIETLE')

A A A
Spójrzmy prawdzie w oczy: kto dziś dysponuje taką odwagą, by zapytać, a jeszcze bardziej – by odpowiedzieć na pytanie o rolę współczesnego intelektualisty w świecie? Zbyt jeszcze jaskrawo uobecniają się w naszej pamięci widma dwudziestego wieku: opacznie rozumiane zaangażowanie, fatalne wybory polityczne, moralnie podejrzany eskapizm. Pytanie wydaje się szczególnie osobliwe (ale i ważne!) w Polsce, w społeczeństwie nadal – po „prześnionych rewolucjach” lat 1939-1956 – klasowo nieukształtowanym, zmieniającym się w dużym stopniu bez zbiorowej samowiedzy, niechcącym mierzyć się ze swoją społeczną genealogią, wreszcie pełnym resentymentu wobec przedstawicieli kręgów najbardziej wykształconych. Jeżeli dziś chcemy zdać sprawę z kondycji duchowej intelektualisty (intelektualistki) i zarysować jego (i jej) nowy portret, nie sposób nie uwzględniać całej złożonej historii wyborów, dramatów i ewolucji myśli poprzedników, szczególnie tych, których uważamy za gigantów umysłowych minionego stulecia. Także wyborów złych albo zupełnie niejasnych, zagadkowych, rozbłyskujących na chwilę w mętnym blasku historii osobistej i politycznej. Zadanie takie wydaje się zatem w punkcie wyjścia bardzo utrudnione, jeśli nie niemożliwe. Tymczasem eseje Jacka Gutorowa, które złożyły się na książkę „Życie w rozproszonym świetle”, stanowią bardzo odważną próbę zrozumienia fenomenu dwudziestowiecznej inteligencji w wymiarze globalnym, już nawet nie tylko ograniczonym do kręgu kultury zachodniej, lecz także – jak w przypadku jednego z ważniejszych bohaterów tomu, Edwarda Saida – otwierającym granice myślenia ku innym obszarom cywilizacyjnym.

Zamiar Gutorowa wydaje się ryzykowny, autorowi obce są jednak na szczęście pokusy upraszczającej systematyzacji. Choć pisze on we „Wstępie”, że jego celem „była chęć zrozumienia roli, jaka w świecie współczesnym przypadła owej dziwnej istocie, która z uporem określa siebie mianem inteligenta” (s. 5) i że ożywia jego narrację krytyczną „idea biografii wspólnotowej, wyrażającej zbiorowy dramat inteligencji postawionej wobec antynomii nowoczesności i ponowoczesności” (s. 6), to jednak nie znajdziemy w „Życiu w rozproszonym w świetle” tradycyjnie pojmowanego portretu zbiorowego. Na tom składają się eseje dotyczące myśli poszczególnych autorów i autorek, najczęściej wybranych epizodów ich filozoficznej czy literackiej biografii, dalekie wszak od – jak w pierwszych zdaniach „Wstępu” deklaruje Gutorow – typowej konwencji „życiopisania”. Badacz odwołuje się deklaratywnie do „wypracowanej w kulturze anglosaskiej konwencji biografii intelektualnej, skupiającej się na rozwoju, statusie i miejscu świadomości krytycznej” (s. 5). Takie przesunięcie akcentów daje niebywale płodne efekty. Gutorow nie rekonstruuje biografii interesujących go wielkich postaci światowej humanistyki w paradygmacie historycznym, lecz – tekstowym, „czyta” losy jednostki w głębokiej łączności z wychodzącymi spod ich rąk dziełami i próbuje przedstawić nie tyle koleje życia, co raczej sens duchowej drogi, jaką przebywali (czy da się rozdzielić życie i dzieło? Raczej nie!). Fascynujące jest to, że w esejach autora ów bogaty, złożony i wolny od banału obraz inteligencji światowej wyłania się z opowieści kameralnych, skupionych nieraz na intymnych momentach życia poszczególnych osób (jak w analizach epizodu służby wojskowej Ludwiga Wittgensteina). Nie bez powodu tak często badacz przywołuje pojęcie egzystencji traktowanej „jako rozwijający się, dynamiczny, niezamknięty program bądź cykl życia umysłowego” (s. 6). „Życie w rozproszonym świetle” jest wielką pochwałą życia jako właśnie wysiłku intelektualnego, nawet jeśli – jak w przypadku Wittgensteina – miałoby ono kończyć się wielkim rozczarowaniem. Mam wrażenie, że przywołani przez Gutorowa bohaterowie światowej filozofii i literatury interesują badacza właśnie dlatego, że ich intelektualne (i co za tym idzie duchowe) poszukiwanie trwało aż po sam kres, wypełniając czas biologicznego życie tak mocno, jak tylko było to możliwe. Wielkość intelektualisty tkwiłaby zatem w tym, że – jak Franz Kafka, Wittgenstein, Edward Said, Hannah Arendt, których „ostatnie zapiski”, „słowa” i „nieukończone książki” przywoływane są w esejach – ich umysł chce być silniejszy niż ciało, niemal do końca nie ustaje w próbach zrozumienia siebie i świata wokół (tytuł jednego z esejów nazywa tę gotowość „namiętnością myślenia”). Niemal – wychylenie ku wieczności. Przemawiają oni nawet (albo to my chcemy, by przemawiali, nie zgadzając się na ciszę, jaka nad nimi zaległa?) – zza grobu, o czym pisze Gutorow w ostatnich partiach książki.

Imponująca jest – mimo wstępnych zastrzeżeń autora – spójność omawianego tomu. Składające się nań teksty powstawały w przedziale aż siedemnastu lat (od 1998 do 2015 roku), a badacz podkreśla, że pisane były bez uprzedniego planu połączenia ich w całość. Bez trudu odnajdziemy w nich jednak te same zagadnienia i fascynacje. Logiczny pozostaje przede wszystkim porządek historii: zbliżanie się do myśli wielkich autorów XX wieku zaczynamy od Hansa-Georga Gadamera (urodzonego – znamienne – w 1900 roku, zmarłego tuż po millenium), szczególna rola zostaje nadana następnie wojennym epizodom Wittgensteina (w końcu rok 1914 nieraz bywa traktowany jako właściwy początek XX wieku), kolejno spotykamy się z pisarstwem Kafki i Marcela Prousta. Dłuższe partie książki, rozciągnięte na kilka esejów, ogniskują się na miłosnej i intelektualnej relacji Martina Heideggera i Hannah Arendt oraz myśli Saida. Zamykają tom teksty poświęcone Jacques’owi Derridzie, czytanemu przez autora „Niepodległości głosu” tuż po jego odejściu, w czasie, który – jak pisze Gutorow – „chyba nie tylko dla mnie był symbolicznym znakiem końca pewnego stylu krytycznego” (s. 9). Porządek chronologii to jednak zdecydowanie mniej istotny wymiar spójności „Życia w rozproszonym świetle”. Ważniejsze są powroty do kilku kluczowych pojęć. Jak mantra przywoływane są w tych esejach dramat, scena i pisanie, pojęcia związane w nierozdzielnym splocie, warunkujące się w obszarze pojedynczej biografii. Pełny horyzont doświadczeń przywoływanych w książce postaci dostrzegamy dopiero w momencie, gdy powiążemy te szczególne momenty losów prywatnych, które czynią ich podmiotami dramatu (jak chociażby wojenny wstrząs Wittgensteina czy trudna miłość Heideggera i Arendt), z rolą, jaką odegrać mieli w świecie (życiu publicznym, akademickim), wreszcie z tekstami, które w tych newralgicznych okresach powstawały, będącymi transkrypcją życiowych traum czy przełomów. Nie bez powodu Gutorow szuka w cytowanych dziełach potwierdzenia tego metodologicznego założenia, jak chociażby w ostatnim eseju poświęconym Arendt („Życie po życiu”), w którym czytamy, że dla filozofki „pisanie (…) jest tożsame z życiem” (s. 193), a dokładniej „akt pisania jest tożsamy z życiem umysłu, otwiera i zarysowuje przestrzeń wolności” (s. 196).

Ciekawsze w książce okazują się jednak miejsca, w których badacz sam dokonuje takich – nieraz zaskakujących – powiązań, traktując tekst i życie jako rzeczywistości równoległe i komplementarne. „Na pozór »Traktat« [»Traktat logiczno-filozoficzny« Wittgensteina – przyp. W.R.] jest tekstem bezosobowym, pozbawionym jakiegokolwiek odniesienia do rzeczywistości. A przecież w końcu precyzyjnie wyjaśnia on, na czym polegał dramat życiowy Wittgensteina” (s. 38). Zestawienie suchego stylu logicznych wywodów filozofa z dramatem egzystencji ocierającej się o śmierć, szukającej religijnej epifanii (w trakcie działań wojennych na froncie galicyjskim) jest możliwe o tyle tylko, sugeruje Gutorow, o ile „Traktat” czyta się „niejako na wspak” (s. 37), jako indeks tożsamości nie do opowiedzenia, zbyt złożonej, by pomieścić ją w języku. Nie bez powodu doświadczenie sensowności egzystencji (dramatu na scenie dziejów?) określa filozof w słowach „jest w nim [świecie] coś problematycznego, co nazywamy jego sensem” (s. 40), a dodajmy, że ku tej „problematyczności” (coraz większemu intelektualnemu rozbiciu) zmierzało życie Wittgensteina, co Gutorow przejmująco relacjonuje w eseju „Rozproszenie”. Takie „egzystencjalne” podejście daje fascynujące efekty, wyzwala humanistykę z naiwnie scjentystycznych oczekiwań, nadaje interpretowanym tekstom życiowej głębi (w pewnym miejscu autor pisze wręcz o prawdzie doświadczenia [s. 182]). „Kiedy czytam eseje zawarte w tomie »Kultura i imperializm« – wyznaje autor »Życia…« – dochodzę do wniosku, że mam do czynienia przede wszystkim z czytelnikiem i pisarzem, a dopiero później z krytykiem i komentatorem praktyk imperialistycznych i postimperialistycznych” (s. 223), przede wszystkim z człowiekiem, który uprawia „czytanie i pisanie siebie” (tamże). Pisanie jako doświadczanie i pisanie zaangażowane są więc zawsze zakorzenione w dramacie osobistym.

I jeszcze „scena”. Gutorow nie przywołuje tego pojęcia w sposób oczywisty, narzucający się – „tekst/dzieło” to za mało, by rozegrać dramat intelektualnie pogłębionej egzystencji. Scena ma charakter interakcyjny i otwarte granice; w tytule jednego z esejów czytamy o „scenach obrotowych” u Saida i mam wrażenie, że Gutorow podpisuje się pod rozpoznaniami palestyńskiego intelektualisty. „Czytanie i pisanie to ruch wahadłowy: od autora do tekstu, od tekstu do czytelnika i z powrotem od czytelnika do tekstu i autora. Można sobie wyobrazić zamknięty obieg i intencję podlegającą ciągłym zmianom, przekształcaną i przekształcającą się w jego kolejnych punktach węzłowych” (s. 224). Jako czytelnicy zostajemy zaproszeni na scenę, by – jeszcze się aktywnie przyglądać czy już współuczestniczyć w dramacie? Nauczyć się mądrego politycznego zaangażowania? Gutorow, czytając rozważania Saida na ten temat, wskazuje, że nie jest to myśl oryginalna, że znaleźć ją można „u większości francuskich poststrukturalistów” (s. 225), tymczasem umieszczona pośród przejmujących biografii intelektualnych tomu „Życie w rozproszonym świetle” nabiera szczególnego, etycznego znaczenia, mocnego wydźwięku. Czytanie to zdecydowanie coś więcej niż bycie świadkiem czyjegoś dramatu, a pisanie to więcej niż przedzieranie się przez ograniczenia języka ku prawdzie o własnym życiu. Cóż, skoro najczęściej i pisanie, i czytanie to oświetlanie punktowym światłem (w dodatku „rozproszonym”!) tylko węzłowych momentów. Wzorem tego przelotnego odkrywania sensu jest w tomie „figuratywne” wspomnienie Wittgensteina obsługującego podczas I wojny światowej okrętowy reflektor. Strumień takiego światła daje tylko drobny wgląd w dramatyczną, bolesną prawdę o życiu kolejnych bohaterów tej narracji.

Nie dziwi więc, że eseje Gutorowa z jednej strony rzeczywiście skupiają się przede wszystkim na epizodach, w których rozbłyskują najbardziej zagadkowe wydarzenia konkretnych biografii, zawiązują się sploty prywatnego i publicznego (jak miłość Arendt i Heideggera, dzieciństwo i młodość Saida), z drugiej zmierzają ku lekturze coraz bardziej zaangażowanej, osobistej. „Niniejszy tekst ma po części charakter autobiograficzny i zwrotny” (s. 269) – czytamy w pierwszym zdaniu eseju „Strona życia, strona śmierci” poświęconego Derridzie. Choć co to za autobiograficzność, skoro „to, co wydaje się najbardziej własne, na przykład osobiste wspomnienie, okazuje się nierzadko efektem bądź momentem retoryki, która nie jest nasza, jest skądinąd” (tamże)? Dwa zamykające książkę eseje o autorze „Pisma i różnicy” są fenomenalnym studium żałoby, o tyle interesującym, że Gutorow pisze o filozofie jako o kimś niebywale bliskim, choć wynika z tekstu, że nigdy nie doszło między nimi do bezpośredniego spotkania (a może się mylę? Może spotkanie na „scenie dramatu” – w lekturze, bywa równie rzeczywiste, co fizyczna obecność?). Precyzyjniej należałoby jednak powiedzieć, że teksty to nie tyle są „studium żałoby” (wspomnień), co „studium języka żałoby” (momentu retorycznego). Bezradność wobec czyjegoś odejścia („ból zbyt dojmujący” [s. 272]) okazuje się bezradnością stylu, zwłaszcza jeśli narracja ma dotyczyć kogoś tak retorycznie podejrzliwego jak Derrida. A jeszcze bardziej dlatego, że dla Gutorowa francuski filozof jest przede wszystkim „filozofem życia” (tamże), zaś sama dekonstrukcja – „oporem stawianym śmierci” (s. 273).

W tych ostatnich tekstach autor podnosi kapitalną kwestię: na ile mamy prawo zatrzymywać zmarłych w ich drodze ku śmierci, ożywiać ich głos, gdy już nieodwołalnie milczą? Jednym z wymiarów żałoby jest wszak obsesyjnie pragnienie przywrócenia życia tym, którzy odeszli, co tak przejmująco zostało oddane w „Trenie X”: „Pociesz mię, jako możesz, a staw się przede mną / Lubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną”. Derrida w „Śmierci Rolanda Barthes’a” krytycznie wypowiada się na temat „głosu, który pozornie przybywa skądinąd (na przykład »od« zmarłego), a w istocie pochodzi od nas jako głos imitujący głos zmarłego” (s. 276). Co więcej – jesteśmy skazani na tę imitację, bo „wszystkie nasze wysiłki zmierzające do tego, aby zamknąć naszych bliskich zmarłych w spojrzeniu i wspomnieniu, aby zatrzymać ich w nas samych, i to na naszych prawach, są na szczęście bezowocne” (s. 280). Zmarli znajdują się zawsze poza naszym pragnieniem językowego przywłaszczenia i zgoda na ów fakt stanowi warunek – rekonstruuje Gutorow myśl filozofa – naszej etycznej wobec nich odpowiedzialności Zawsze? A może jedyną możliwą drogą przywracającą im obecność jest literatura? Gutorow z eseju na esej nie tylko pogłębia osobisty wymiar podejmowanych lektur, ale zbliża się także do języka literatury w sensie ścisłym. Zamykający tom tekst, „Hotel Derrida (fantazja)”, to nawet mniej esej o dekonstrukcji i humanizmie, co epicki, oniryczny zapis błądzenia po labiryntowych korytarzach gmachu zwanego filozofią. Na jego korytarzach można natknąć się i na myśl Derridy, i na retrospekcje własnych doświadczeń sprzed lat (m.in. rozmowę z Tadeuszem Sławkiem przy okazji przyznania Derridzie doktoratu honoris causa Uniwersytetu Śląskiego), wreszcie na refleksję o śmierci jako darze. Jest też wielkie milczenie tego (Tego), który siedzi zamknięty w pokoju. To milczenie okazuje się oczywiście – banał – niezmiernie wymowne.

Znamienne, że Gutorow, bilansując w tych kilku intelektualnych portretach doświadczenia inteligencji XX wieku, przede wszystkim jej najwybitniejszych przedstawicieli, przeprowadza odbiorcę od osobistych dramatów (Wittgenstein), przez analizę napięć między prywatnym i publicznym, intymnym i zaangażowanym wymiarem doświadczenia (Arendt/Heidegger i Said), aż po melancholijną, bardzo osobistą refleksję o śmierci i żałobie. Być może „Życie w rozproszonym świetle” jest prywatną rozprawą autora z myślą poprzedniego stulecia. Rozprawą, w której chodzi z jednej strony o szukanie genealogii intelektualnej, z drugiej – o pożegnanie z dokonaniami tamtej wielkiej formacji kulturowej. Lekiem na żałobę, przypomnijmy myśl z ostatnich esejów tomu, jest zgoda na milczenie odchodzących. Czy Gutorow rzeczywiście żegna się ze swoimi mistrzami? Jeśli tak, trudno wyobrazić sobie pożegnanie bardziej imponujące.
Jacek Gutorow: „Życie w rozproszonym świetle. Eseje”. Wydawnictwo Ossolineum. Wrocław 2016 [seria: Sztuka Czytania].