15 marca 6 (318) / 2017

Mateusz Demski,

WIRTUALNI CHŁOPCY (TRAINSPOTTING: 20 LAT PÓŹNIEJ)

A A A
Dokładnie pamiętam ten dzień. Po wizycie u kolegi ze szkolnej ławy, w którego pokoju bohaterowie Danny’ego Boyle’a zdobili wszystkie ściany, czułem się jak na podłym kacu, moralnym przesunięciu; ba, nie bójmy się użyć tych słów: jak na prawdziwym narkotycznym tripie, który całą dobę trzyma za bebechy. To prawda, że kibicowaliśmy temu nihilizmowi, bo pozwalał bezpośrednio wejść w szeregi edynburskiej „świty”. Ale fenomen pierwszego „Trainspotting” wyrastał zarazem z czegoś więcej niż tylko obrazoburczej i pękniętej gloryfikacji narkomanii w rytmie rave. Była to ekstaza pokolenia młodych, gniewnych, pozbawionych perspektyw idealistów, z premedytacją uciekających przed szponami systemu. Wątek „złotego strzału” korespondował z młodzieńczym buntem i jak w soczewce skupiał krytykę konformistycznego, konsumpcyjnego społeczeństwa lat 90. Nic dziwnego, że pokolenie X obcowało z tym filmem z taką nabożnością. Nic też dziwnego, że na powrót otrzymaliśmy zaledwie kwiatek do kożucha owej odrębności z nurtu drug films. Oparta na motywach kolejnej powieści Irvine’a Welsha „Porno” kontynuacja kultowego filmu mogła być wydarzeniem, ale przytłoczona została własną legendą. To tylko odbicie w krzywym, mieniącym się tęsknymi refleksami zwierciadle.

Bezdyskusyjność tej imitacji przypieczętowała m.in. kolejna parafraza sloganu kampanii antynarkotykowej „Choose Life” prowadzonej w latach 80. na Wyspach. Oczywiście, słowa te musiały ponownie paść, jednak dzisiaj, po dwudziestu latach życia ramię w ramię z burzliwym kapitalizmem, Renton (Ewan McGregor) nie wyrzeka się już pracy, kariery, rodziny, wypasionego telewizora, samochodu, kredytu hipotecznego czy elektrycznego otwieracza do puszek. Jak się okazuje, to wszystko ma już za sobą; model „sukcesu”, który niegdyś konstytuował buntowniczą postawę, stał się wszak fundamentem jego bytu. Jak dzisiaj, z perspektywy czasu wyglądają demony naszego post-punkowego dinozaura? Czy ponownie przybierają formę zanurzenia w miejskim szalecie, które odwoływałoby się do „Tęczy grawitacji” Thomasa Pynchona? Nic z tych rzeczy.

Boyle jeszcze raz otwiera film obrazem pędzącego na złamanie karku McGregora. Tyle że pola jego ucieczki nie stanowi już edynburskie przedmieście, a elektryczna bieżnia w samym sercu Amsterdamu. Jego antysystemowa tyrada wygłoszona kilkanaście minut później w ekskluzywnej restauracji jawi się zresztą równie trywialnie. „Wybierz chińskiego iPhona, Facebook, Twittera, Snapchat, automatyczną aktualizację profilu, pochwal się, co jadłeś na śniadanie i przeczytaj dziesięć pikantnych plotek z życia rodzimych celebrytów” – ballada o pokoleniu wirtualnych ekshibicjonistów, mimo iż próbuje uchwycić ducha naszych czasów, zdaje się niezgrabnym rzutem ich powierzchownego inwentarza.

Nietrudno domyślić się, że w takich okolicznościach hajp na heroinowy kop, który Renton wychwalał niegdyś pod niebiosa na kartach debiutu Irvine’a Welsha, już dawno wyszedł z użytku. „Witamy w świecie ludzi dorosłych!” – wykrzykuje z ekranu Danny Boyle i pakuje swoich posiwiałych Piotrusiów Panów do autobusu linii „trzeźwość i odpowiedzialność”. Renton przyjeżdża do kumpli, którym buchnął kiedyś 16 tys. funtów, prosto z amsterdamskich salonów – spędził tam dwie dekady i zdążył nabawić się ostrej niewydolności serca. Teraz powraca na stare śmieci, gdzie Spud (Ewen Bremner) wciąż pielęgnuje bakcyl nałogu, a Sick Boy (Johnny Lee Miller) utrzymuje się z drobnych przekrętów i szantaży. Na dodatek Begbie (Robert Carlyle) odsiaduje wyrok, licząc na zwolnienie warunkowe. Szorstka męska przyjaźń – wygrana niemal karykaturalnie na rzeczywistym statusie McGregora-gwiazdora, któremu angaż u szkockiego reżysera zapewnił nieśmiertelność, i pozycji jego towarzyszy z planu, aktorskich „ofiar losu” – otrzymuje zatem drugą szansę. Niemniej autor „Slumdoga. Milionera z ulicy” w dość żmudny sposób stara się wcisnąć widzowi ten sentymentalny kit. To właśnie ze stężenia ich relacji Boyle czyni emocjonalną oś historii, która wbrew intuicji autora nie rezonuje.

„Przyjechaliśmy tutaj tylko dla nostalgii, a ty zachowujesz się jak turysta we własnej młodości” – tymi słowami Sick Boy daje Rentonowi jedną z lekcji ewokowania filtrem sentymentu. Ma to sens; wszak nietrudno odnieść wrażenie, że słowa te stanowią świadomą adnotację samego reżysera. Widocznie Boyle też nie ma już złudzeń: kino wyrosłe z naśladownictwa – stara gwardia, rekonstrukcja emblematycznych scen wraz z ich podprogowymi ewokacjami czy też finałowy aranż kultowego „Lust for Life” w wykonaniu Prodigy – to trochę za mało, aby nadać tej kultowej produkcji drugie życie. Cóż, oglądając „T2: Trainspotting”, czułem się tak, jakbym przypadkiem wpadł na kumpla sprzed lat. Fajnie zobaczyć tę samą, może nieco bardziej pomarszczoną gębę, ale mimo wszystko rozmowa jakoś nam się nie klei. Próżno szukać również między nami chemii, która już dawno zdążyła się ulotnić. Powtarzając za Sick Boyem: „naprawdę się staram, ale nic nie czuję!”.

„T2: Trainspotting” to dowód na to, jak trudno sprostać mitom i udźwignąć sławę młodzieńczej fantazji. Danny Boyle, ten nieokrzesany syn popkultury, wciąż płynnym ruchem przeplata skrajne rejestry (psychozę Begbiego zderza z kryzysem męskości oraz rozczarowaniem potomkiem), ale mimo wszystko jego najnowszemu filmowi widocznie ciąży casus dzieła kultowego. W oferującej gdzieniegdzie panoramiczne spojrzenie kontynuacji „Trainspotting” jest miejsce na wspomniane obrazy z cyklu kryzysu wieku średniego i męki rodzicielstwa, pozornie niewarte uwagi, o których dowiadujemy się mimochodem. Znajdzie się tutaj również miejsce na gwałtowne środki wyrazu, pulsujący rytm narracji oraz inwestycję w ścieżkę dźwiękową, której nie powstydziłby się ponad trzy dekady młodszy Xavier Dolan.

W swoich najlepszych momentach reżyser wydaje się wreszcie pojmować, że nie sposób wyważyć raz uchylonych drzwi, wejść na powrót do tej samej rzeki. Ale otwartym pozostaje pytanie, co tak właściwie zjazd naszych heroinowych absolwentów oznacza? „Park Hammonda był odjechany, nikt nie potrzebował w nim bardziej cool dinozaurów!” – stwierdził przed dwoma laty Jake Johnson w „Jurassic World”, kontynuacji klasyka Stevena Spielberga. Słowa te nieoczekiwanie stały się gorzką puentą retrokonotacji tamtego filmu, ale również gros późniejszych sequeli. Z „T2: Trainspotting” jest podobny problem, w którym zawiera się wyjątkowo posępna sugestia.

Sęk w tym, że twórcom „kultowych kontynuacji” brakuje wiary w próbę nadania im drugiego życia. Na domiar złego, zapadają się oni w najczarniejszych scenariuszach już w pierwszym akcie. Świadomi tego faktu, wolą ustępować w próbach konstytuowania na ekranie kolejnej legendy, utrzymując wygodne status quo, aniżeli sprzedawać kopa następnym pokoleniom. Czy właśnie na to przyszło nam czekać od 1996 roku? Czyżby właśnie tak beznadziejna maniera przyświecała mrzonkom o powrocie grupy edynburskich ćpunów z przywarą nieokiełznanego ADHD? Przyznaję, że nie oczekiwałem po tym powrocie cudów, ale jednocześnie nie przewidziałem, że Boyle zgrzeszy opuszczeniem posterunku za pomocą wyjścia ewakuacyjnego. O ile początkowo rdzeniem jego kariery był relatywizm ludzkiej moralności, za którym tak tęskno spoglądam, o tyle jej schyłek staje się dziwnie rozrzedzonym, zaplątanym w powtarzalności przedstawicielem gatunku, ze stępieniem satyrycznego pazura włącznie.

A w tej zwyczajności przecież chciałoby się dostrzec odrobinę więcej życia. Jak pisał Paweł Felis po premierze w Berlinie, na nowy film Boyle’a można patrzeć jak na sympatyczny, trochę zabawny, ale wtórny drobiazg (Felis 2017). Trudno się nie zgodzić. „T2: Trainspotting” pozostanie na mojej filmowej półce właśnie takim bibelotem, który po niespełna tygodniu pokryła gruba warstwa kurzu.
„T2: Trainspotting”. Reżyseria: Danny Boyle. Scenariusz: John Hodge. Zdjęcia: Anthony Dod Mantle. Obsada: Ewan McGregor, Ewen Bremner, Jonny Lee Miller, Robert Carlyle i in. Produkcja: Wielka Brytania 2017, 117 min.