Wydanie bieżące

15 marca 6 (318) / 2017

Emilia Konwerska,

ZŁE SKRAWKI (DAN BAUM: 'DZIEWIĘĆ TWARZY NOWEGO ORLEANU')

A A A
Dan Baum ma rozmach Picassa – swoją książkę zaludnia fragmentami twarzy, rąk i nóg. Kikuty przeplatają się, nachodzą na siebie, ale tak naprawdę się nie spotykają. „Dziewięć twarzy Nowego Orleanu” jest epopeją niby o mieście i podobno o ludziach. Fragmenty historii, miejsca, ulice, problemy, z którymi ciągle mierzy się Ameryka, nie składają się w całość. I wbrew zamierzeniom autora, nie znaczą miejsca, nie kreślą jego mapy, budują mit na micie, na każdym zniszczonym przez Katrinę domu wyrasta pięć nowych mitologii i tysiąc ładnych słów. I klimat. Klimat jest najważniejszy.

„Dziewięć twarzy Nowego Orleanu” to eksperyment. Autor postanowił opowiedzieć o mieście za pomocą historii dziewięciorga bohaterów, opisu ich losów, który mniej ma wspólnego z klasycznym reportażem, a więcej z literaturą. Baum tnie życiorysy swoich postaci na kawałki, przeplata historie ze sobą, przenosi nas z jednego świata w inny. Jesteśmy w świecie Rolanda Lewisa. Dwie strony. Jesteśmy w domu Franka Minyarda. Pół strony. Oglądamy życie Belindy Carr. Odważny projekt autora, barwny wielogłos zamienia się w gwar, chaos, hałaśliwy tłum. Czytanie książki Dana Bauma przypomina oglądanie dziewięciu seriali jednocześnie. Każdy oglądamy po pięć, dziesięć minut po to, żeby w najbardziej intrygującym momencie przełączyć na kolejny serial. Z zupełnie innymi bohaterami, dotyczący innych problemów. W filmie „Wyjście przez sklep z pamiątkami” Banksy mówi, że film Thierry’ego o jego twórczości przypomina dzieło szaleńca, który co minutę zmienia kanały w telewizorze. Dan Baum to trochę Mr. Brainwash reportażu. Chcąc uatrakcyjnić formę, pozbawił historie napięcia, możliwości zaintrygowania, a czytelnika przyjemności z czytania. „Ostatnie słowo tego wstępu: dziewięć osobnych opowieści niesie ze sobą konieczność ich rozróżnienia. Ale nie przejmujcie się, jeśli przez pierwsze mniej więcej pięćdziesiąt stron nie będziecie wiedzieli, kto jest kim. Te początkowe rozdziały napisałem, żeby sprawiały radość jako osobne opowieści. W którymś momencie każdy sobie wszystko poskłada. Innymi słowy – czytając tę książkę, bądźcie po trosze nowoorleańczykami. Nie spinajcie się, żeby to ogarnąć. Po prostu dobrze się bawcie. Ostatecznie wszystko się uda” (s. 15). No właśnie.

Harmony Korine w „Gummo”, przetłumaczonym na język polski jako „Skrawki”, miał cel zapewne zbliżony do Dana Bauma. Sportretowanie mieszkańców miast,a o którym zapomniała Ameryka i zapomniał świat, zobrazowanie losów ludzi, których łączy miejsce i jego dojmująca atmosfera. Zarówno Nowy Orlean, jak i Xenię w stanie Ohio spotyka kataklizm. Huragan i tornado. Natura jak zawsze uderza w najbiedniejszych i jak zawsze obnaża rany. O ile Harmony’emu Korine udało się stworzyć coś, co wpisało się w amerykańską kulturę na stałe, to Dan Baum wypływa na mielizny opowiadania. Autor z jednej strony chce nas przekonać, że Nowy Orlean to miasto wyjątkowe, „magiczne”, jedyne w swoim rodzaju, z drugiej obrazuje problemy, z którymi borykają się mieszkańcy chyba wszystkich amerykańskich miast. Zwłaszcza czarnoskórzy mieszkańcy, co pozwala uplasować „Dziewięć twarzy Nowego Orleanu” w jednym szeregu z wydaną ostatnio przez Wydawnictwo Czarne świetną autobiografią Billie Holliday i zaliczyć książkę do ważnego dyskursu dotyczącego Afroamerykanów, ostatnio bardzo „na czasie” (warto wspomnieć, że do tegorocznego Oscara nominowany był film dokumentalny o wybitnym czarnym pisarzu Jamesie Baldwinie „I’m not your Negro”).

O Nowym Orleanie zawsze mówiło się jak o mieście osobnym, odstającym od Ameryki, południowym, odpornym na wszelkie przejawy amerykańskiego snu o sukcesie. Dan Baum w wywiadzie dla Radiowej Trójki mówi: „W Nowym Orleanie często ma się wrażenie chaosu, ale życie tam jest dobre”. Do tej konkluzji niestety sprowadza się reportaż. Nowy Orlean to bardziej Karaiby niż Ameryka. Czas płynie na swój własny sposób. Soundtrackiem do historii o mieście jest jazz. Ludzie w Nowym Orleanie tworzą wspólnotę, przesiadują na gankach, gdzie milczą, z sentymentem wspominając przodków. Zachwyt miastem widać w każdym zdaniu książki, śmietniki, zniszczone budynki, sklepy i zachody słońca są piękniejsze. Miasto i jego mieszkańcy nie chcą zmian, nie zależy im na rozwoju, chcą mieć poczucie, że są w swoim domu, domu, który bardzo dobrze znają. W książce jak mantra powtarzają się słowa autora o przyszłości, która nie istnieje w świadomości mieszkańców Nowego Orleanu. Jest tylko tu i teraz. Cieszymy się chwilą, może trochę tu biednie, ale bezpiecznie i swojsko. I wszędzie gra jazz, jazz, którego autor słuchał podczas spisywania książki (czy może być coś bardziej banalnego?). Książki, która cieszy się sama sobą i mitami na temat miasta, bohaterstwa, wspólnoty. Dan Baum siedzi więc na ganku i opowiada anegdoty samemu sobie. Nie potrzebuje nikogo, kto by go słuchał.

Świat w „Dziewięciu twarzach Nowego Orleanu” przypomina oscarowy film. Mówi o trudnej sytuacji i ludziach, którzy sobie z nią radzą. Są silni, razem i na przekór. Wszystko byłoby okej, gdyby nie specyficzny rodzaj ciepełka charakterystyczny dla takiego sposobu opowiadania. Dziewięć osób opowiada autorowi o swoim życiu. Pierwsze fragmenty dzieją się w połowie lat sześćdziesiątych, ostatnie dwutysięcznych, już po huraganie. Poznajemy losy kobiet i mężczyzn, biednych i bogatych, czarnych i białych. Robert Lewis całe życie walczył o prawa czarnych i ich godną pracę. John Guidos był futbolistą i zmienił swoje życie po to, żeby stać się kobietą. Anthony Wells zaciągnął się do Wietnamu, rozwalił sobie rękę i poszedł siedzieć. Belinda Carr chciała iść na studia, ale zaszła w ciążę. Znajdziemy tu opisy biedy, awansu społecznego, twardych ojców, zdradzanych żon i przemocy. Relacje pomiędzy białymi, czarnymi, Żydami, Meksykanami, niesamowite uroczystości Mardi Gras, opisy ciężkiej pracy, nieudanych biznesów i rasowego wykluczenia. Baum ma tendencję do puentowania, porządkowania życiorysów, sprowadzania ich do sentymentalnych przypowiastek. Kiedy John jest już JoAnn, ma własny lokal, jest spełniona i szczęśliwa, przychodzi do niego młody chłopak i mówi, że jest kobietą. JoAnn jest wzruszona, sama kiedyś była takim chłopcem. Czytelnik też ma być wzruszony. Kiedy pojawia się Katrina, opowieści urywają się jeszcze bardziej. Są strzępami wrażeń, informacji, doniesień. Uderzają jak woda, jak bandyci i złodzieje. Jest to jedyny moment, w którym forma wybrana przez autora ma sens, jedyny fragment, gdzie nie ma znaczenia, kto mówi. Wydaje się, że autor uległ magii kina. Wielowątkowa narracja o bohaterach, którzy żyją obok siebie, a ich losy splatają się i rozplatają, dobrze sprawdza się w filmach Inarritu i wielu innych twórców, w literaturze nie do końca się udaje. Być może gdyby autor potrafił dokonać większej selekcji materiału, którym dysponował, może gdyby spisać losy aż dziewięciu postaci zdecydował się na pięć, może byłoby lepiej. A może nie.

Autor przyznaje się do tego, że pisze z prędkością, z jaką ktoś inny opowiada. Bardzo dokładnie spisał opowieści swoich bohaterów, bardzo bolesne i intymne. Opowieści są prawdziwe i są największą wartością książki. Baum zrobił z nich efektowny, ale dość niestrawny koktajl. Bohaterowie przypominają głowy zwierząt w salonie starego myśliwego. Ich życiorysy zostały użyte, atrakcyjnie wymieszane, podlane ckliwością i podane. Bon apetit. I cały czas mam przed oczami uśmiechniętą twarz Dana Bauma, w słomkowym kapeluszu i z rewolwerem. Witamy w Ameryce.
Dan Baum: „Dziewięć twarzy Nowego Orleanu”. Przeł. Adam Pluszka. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2017 [seria: Amerykańska].