Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (319) / 2017

Rafał Strózik,

SPOGLĄDAJĄC BESTII W OCZY (KONG: WYSPA CZASZKI)

A A A
Najnowszej interpretacji historii o przerośniętej małpie blisko do kina magnetowidowego, przez co „Kong: Wyspa Czaszki” stanowi interesującą przeciwwagę dla remake’u Petera Jacksona z 2005 roku. Już otwierająca film sekwencja nie pozostawia wątpliwości, z jakiego rodzaju realizacją widz ma do czynienia. Wprowadzający w świat przedstawiony prolog prezentuje groteskowe lądowanie dwóch żołnierzy wrogich sobie armii – amerykańskiej oraz japońskiej – w trakcie II wojny światowej na tytułowej Wyspie Czaszki. Zwieńczony pojedynkiem pościg wojowników, pełen zabawnych przetasowań w przejmowaniu roli ofiary i drapieżnika, przerywa dopiero gwałtowne pojawienie się King Konga, które wskazuje prawdziwego bohatera rozgrywającego się na ekranie show. Ta nieskrywana szczerość wobec odbiorcy staje się zarazem największym atutem filmu. W przeciwieństwie do najnowszej zachodniej reinkarnacji „Godzilli” (2014) w reżyserii Garetha Edwardsa, „Kong…” nie składa niemożliwej do spełnienia obietnicy dostarczenia magii oryginału. Zamiast tego dzieło Jordana Vogta-Robertsa zachęca do otwarcia się na nieskrępowaną rozrywkę, unikając zarazem popadnięcia w tandetę.

Akcja właściwa filmu przenosi widzów do Wietnamu u schyłku wojny w latach 70. minionego wieku. Naukowiec Bill Randa (John Goodman), autor teorii istnienia monstrów w jądrze Ziemi, zdobywa zezwolenie na badania na niezbadanym dotąd lądzie „gdzieś” na południowym Pacyfiku. Nie mogąc pogodzić się z militarną porażką Stanów Zjednoczonych, oddział żołnierzy pod przywództwem porucznika Prestona Packarda (Samuel L. Jackson) z radością podejmuje „pożegnalną” misję eskorty naukowców. Wkrótce do grupy dołączają eksżołnierz James Conrad (Tom Hiddleston) oraz fotoreporterka Mason Weaver (Brie Larson). Tuż po przybyciu na wyspę grupa badawcza zostaje zaatakowana przez ogromną małpę. Garstka ocalałych bohaterów decyduje się na przedostanie się w głąb wyspy, poznając niesamowity i jednocześnie niebezpieczny świat pełen nieznanej dotąd fauny.

„Kong…” rozwija zawarte w „Godzilli” z 2014 roku wątki, przygotowując grunt pod starcie potworów z dwóch odmiennych światów Wschodu oraz Zachodu w kolejnych odsłonach cyklu.
Przypieczętowuje tym samym hollywoodzką reimaginację serii monsterverse powstałej w Japonii na przełomie lat 50. i 60. XX wieku. Podobnie jak w filmowych produkcjach Marvela, znajomość filmu o Godzilli nie jest konieczna, by docenić walory artystyczne „Konga…”, lecz zdecydowania ubarwia chłonięcie kolejnych warstw i tak szczątkowej fabuły.

Najnowszy film o King Kongu jest niczym kinowy Disneyland pełen atrakcji, filmowych cytatów i pięknych komputerowych widokówek. Ludzkie sylwetki niejednokrotnie pełnią rolę bezwładnych szmacianych lalek, rozbłyskując w feerii sztucznych ogni i efektów specjalnych. Przerysowana motoryka ciał ułatwia uwydatnienie rangi wielkiej małpy oraz jej przerośniętych antagonistów. Z kolei przeplatające się z karykaturalną bezwładnością ludzkiego mięsa interakcje pomiędzy bohaterami stanowią hołd dla przygodowego kina akcji starej daty. Scenariusz obfituje w cięte riposty, komediowe sytuacje, ale zarazem podejmuje próbę dekonstrukcji schematów budowania napięcia. W tym kontekście na szczególne uznanie zasługuje postać Hanka Marlowa (John C. Reilly), zaginionego weterana II wojny światowej, który balansuje na granicy poczytalności i szaleństwa. W jednej scenie Marlow gotów jest unieść się gniewem na bohaterów za nieświadome „podkopanie” powagi jego słów w trakcie przybliżania im lokalnych legend, by w kolejnej beztrosko rozmawiać o nieuchronności śmierci ocalałych towarzyszy broni.

Sceny akcji, w szczególności te z pierwszoplanowym udziałem ludzkich bohaterów, wprowadzają widza w odseparowane od siebie, przepełnione sztuczkami kolejne poziomy na filmowym placu zabaw. W kontraście do licznych śmierci, następujące po sobie sekwencje potyczek bohaterów z lokalną fauną przybierają niemalże postać beztroskiej zabawy. Obfitująca w liczne straty bitwa „intruzów” ze zbudzonymi potworami na cmentarzysku wyspy odbywa się z udziałem brawurowej szarży z mieczem samurajskim w dłoni, radosnego ostrzału potworów z przymocowanego do trupiej czaszki triceratopsa cekaemu i fleszy aparatu fotograficznego. Produkcja Jordana Vogta-Robertsa entuzjastycznie operuje przy tym teledyskowością. Rozgrywającym się na ekranie wydarzeniom co rusz towarzyszy muzyka sprzed dekad, która nadaje tempo montażowi filmu, czy to kaskadowo przenosząc widza pomiędzy kolejnymi atrakcjami, czy to serwując mu maksymalnie skondensowaną symbolikę (scena zrzucania bomb na wyspie w rytm utworu „Paranoid” zespołu Black Sabbath).

Przyjmując tezę, że „Godzilla” Edwardsa odzwierciedla zamiłowanie do stopniowania napięcia i poczucia terroru, uznać można, że „Kong…” jest wymierzoną w powyższe wartości kontrą. Film Vogta-Robertsa nie pretenduje do ambitnego widowiska, jednocześnie nie obawiając się porażki. Wielka bitwa King Konga i Godzilli rozgrywa się już zatem na płaszczyźnie kontrastującego ze sobą doboru narracji oraz estetyki w ukazujących genezę obu potworów oddzielnych historiach. Zmusza to do zastanowienia się nad kierunkiem, jaki obiorą kolejne odsłony cyklu.
„Kong: Wsypa Czaszki”. Reżyseria: Jordan Vogt-Roberts. Scenariusz: Max Borenstein, Derek Connolly. Zdjęcia: Larry Fong. Obsada: Tom Hiddleston, Samuel L. Jackson, Brie Larson, John C. Reilly, John Goodman i in. Produkcja: USA 2017, 118 min.