Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (320) / 2017

Ryszard Knapek,

ANATOMIA BÓLU (ŁUKASZ MUSIAŁ: 'O BÓLU')

A A A
Refleksje o cierpieniu przychodzą do nas w okolicach Wielkiej Nocy jako naturalny niemal element tradycyjnego rocznego cyklu religijnego. Jest to czas, w którym myśl chrześcijańska przekonuje nas do tego, że cierpienie ma sens, że do czegoś nas prowadzi, że możemy liczyć na rekompensatę, a nawet na nagrodę. Ba, tradycja zapewnia nas wręcz, że „Kto nie doznał goryczy ni razu, ten nie dozna słodyczy w niebie”. Dawniej, bywało, wierzono nawet, że można wybrać „łatwą” drogę zbawienia przez zadawane sobie cierpienie. Dziś człowiek religijny nie szuka cierpienia (byłoby to pychą z jego strony i grzechem wobec własnego ciała), ale nie uchyla się od tego, co do niego przychodzi. Nie może mieć zresztą wątpliwości, że ból i smutek same znajdą do niego drogę. Równocześnie jednak, przykładem Jezusa modlącego się w Ogrójcu słowami „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich! Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty” (Mt 26, 39), nie narzuca się nam heroizmu, lecz przypomina o tym, że strach przed cierpieniem jest rzeczą zupełnie ludzką. Cierpienie więc wedle kategorii chrześcijańskich to nie tylko niezbywalny, ale wręcz potrzebny element naszego życia. Porządkuje je, oddzielając czas ziemski od przyszłego zbawienia. Łączy człowieka cierpiącego z jego cierpiącym Bogiem, a tym samym z jednej strony przynosi pocieszenie, a z drugiej sprawia, że codzienność cierpienia nabywa metafizycznego charakteru ofiary.

Łukasz Musiał w swojej pracy „O bólu. Pięć rozważań w poszukiwaniu autora” pokazuje nam ścieżkę, którą nowoczesna kultura odchodziła od tego religijnego i metafizycznego sposobu rozumienia cierpienia. Zatrzymując się w kolejnych tekstach nad propozycjami intelektualnymi Guya de Maupassanta, Artura Schopenhauera, Friedricha Nietzschego, Paula Valéry’ego, Ernesta Jüngera, Franza Kafki i Witolda Gombrowicza, autor stara się pokazać, jak metafizyczne cierpienie stopniowo przegrywa z ludzkim, fizycznym bólem, ogołoconym z sensu i wartości. Cierpienie odsyła zawsze do czegoś, jest „wobec czegoś”, może być „dla czegoś”. Ból jest „w sobie” i „dla siebie”. Nie oznacza to jednak końca namysłu, przeciwnie – ta nieredukowalność bólu prowadzi ostatecznie do tego, że staje się on przedmiotem intensywnego namysłu intelektualnego, zarówno na polu filozofii, jak i literatury. Ta ostatnia, jak pisze Musiał, fikcjonalizuje ból, a więc w pewnym sensie odsuwa go od człowieka. Pozwala się zdystansować. Budowa „teorii bólu” jest zawsze ucieczką od bólu samego.

Wróćmy jeszcze na chwilę do religii. Tylna okładka książki zapowiada, że rozważania prowadzone są „w kontekście dwudziestowiecznych procesów sekularyzacyjnych”. Twierdzenie to – nie wiem czy pochodzi od autora, od redaktora czy z innego źródła – „leksykalnie” i „metodologicznie” mija się z zawartością publikacji, w której pojęcie sekularyzacji nie występuje. Brak w niej odwołań do koncepcji filozoficznych czy socjologicznych dotyczących zeświecczenia (w ogólne niewiele tam teorii, co zdecydowanie wychodzi książce na korzyść – o czym za chwilę). Nie ma też dużego nacisku na związane z sekularyzacją poczucie straty albo wyzwolenia. Niewiele mówi się także o procesach społecznych, raczej o odczuciach jednostki. A jednak to pojęcie jest tu jak najbardziej na miejscu, ponieważ omawiane w książce teorie i konstrukcje intelektualne w zasadniczy sposób obrazują to, jak metafizyka w XIX i XX wieku wycofuje się z wyobrażenia o świecie, z ludzkich emocji i tego, jak człowiek próbuje oswoić sobie trudy napotykających go doświadczeń, które wcześniej oswajała za niego wiara w konieczność i sensowność tych doświadczeń.

Zarówno samo zjawisko, jak i sposób jego prezentacji przez Musiała dalekie są od prostej, linearnej tezy wyartykułowanej na początku rozprawy. W całej książce widać interesującą dwoistość. W zasadzie podąża się pewną linią „rozwojową” od cierpienia do bólu, ale wyraźne jest to tylko na poziomie głównych kategorii charakterystycznych dla kolejnych omawianych autorów. Kiedy jednak oko literaturoznawcy zwraca się ku teksom, które często są zapisem doświadczenia bólu albo zewnętrznym spojrzeniem na człowieka w bólu pogrążonego, ujawnia się chwiejność i nieostateczność zmian, nawroty do tego, co było wcześniej, ciągłe ucieczki w bezpieczne rejony sensu. Tak jakby ból nie pozwalał o sobie myśleć, zmuszał nas do zwrotu w pojmowane łatwiej cierpienie.

„Linię rozwojową” rozpoczyna Schopenhauer z jego „filozofią cierpienia”. Cierpienie, zdaniem Musiała, leży w samym centrum ontologii tego filozofa, ponieważ opisuje ono sposób bycia w świecie człowieka, który nie odkrył jeszcze dwoistości świata i nie uwolnił się od jego „przedstawieniowej” formy. Szczęście to tylko negatywność, uwolnienie. Naszym głównym nakazem etycznym jest współczucie. Nietzsche z kolei rzuca cierpieniu wyzwanie. Nowa świadomość to świadomość nadczłowieka, który stanąć ma „nagi na krawędzi przepaści i nauczyć [się] żyć bez lęku” (s. 48). Życie na krawędzi polega na ciągłym zanurzaniu się w cierpieniu i bólu, by odrzucić je i wrócić jeszcze silniejszym. Nietzsche odrzuca także współczucie, które prowadzić ma jedynie do pomnażania niepotrzebnych cierpień i do krzywdzącej obie strony litości. Schopenhauer i Nietzsche, dwaj dziewiętnastowieczni filozofowie, nie rozróżniają właściwie – przynajmniej na ogólnym poziomie – fizycznego bólu i duchowego cierpienia. Kolejni bohaterowie książki Musiała są już ludźmi wieku dwudziestego, który co prawda nie zawarł w sobie mniej cierpienia, ale znacznie więcej przyniósł zwykłego, straszliwego swą zwykłością bólu. Dlatego trzech najważniejszych dla Musiała myślicieli – Valéry’ego, Jüngera i Kafkę – łączy pewien „chłód świadomości”, bezemocjonalny, lekarski wręcz dystans do zagadnienia bólu, któremu przyglądają się na różne sposoby.

Paul Valéry, pisząc opowiadania o panu Teste, przeprowadza literacki eksperyment redukcji egzystencji do czystej, w jakimś sensie nieludzkiej, świadomości. Teste nie ma emocji, nie kieruje się społecznymi automatyzmami, wszystko analizuje i wszystkim stara się sterować. Zatrzymuje go dopiero ból, jego własny, bardzo silny ból choroby. Najpierw widzimy bohatera milknącego – ból przerywa proces intelektualny. Później wraca analiza, ale pozostaje ona bezradna wobec faktu, że w momencie, kiedy ból przychodzi, wszystko inne musi ustąpić. Nie ma więc, pokazuje autor „Wieczoru z panem Teste”, świadomości absolutnej, która potrafiła by zignorować, powstrzymać ból.

Jeszcze dalej w analizę bólu wejść próbuje Ernst Jünger, pisarz i myśliciel, a przy tym żołnierz przerażająco nieheroicznej pierwszej wojny światowej. Musiał pisze o „projekcie przebadania czystego cierpienia” (s. 91). Chodzi o tworzenie katalogu ludzkich zachowań wobec bólu, o beznamiętną kronikę bólu. Ma to być reakcja obronna niemieckiego pisarza na postępującą mechanizację cywilizacji. Pełno tam jednak wątpliwości – przychodzących od pisarza, od autora pracy i od nas, czytelników. Dlatego jednak, moim zdaniem, to najciekawsza część całej książki, chociaż dopiero kolejny, ostatni pełny rozdział, koncentrujący się przede wszystkim na „Kolonii karnej”, jest prawdziwym popisem interpretacyjnych umiejętności Musiała.

Kafka w swoich cielesnych wiwisekcjach okazuje się drobiazgowy niczym medyczny eksperymentator, pozbawiony jakiejkolwiek emocji, sadystyczny. Jego bohaterowie są manekinami – nie mają w sobie nic z człowieka, stanowią czysty produkt – eksperyment bólu i cierpienia albo mechaniczny obiekt dla pisarskiej odrazy wobec ciała. Musiał wybiera spośród tekstów Kafki właśnie „Kolonię karną”, ponieważ analiza bólu i cierpienia jest tam przeprowadzona najdokładniej, a przy tym utwór okazuje się opowiadaniem o tym, jak metafizyczny sens cierpienia zostaje skompromitowany i odchodzi w niepamięć, razem ze starym komendantem, jego wiernym oficerem i ich przedziwną maszyną. W zakończeniu pojawia się jeszcze Gombrowicz – bardziej jako podsumowanie niż kolejny autor. Chociaż jego pojawienie się w książce jest całkiem dobrze uzasadnione, to rozbudza, w moim odczuciu, pewien wyraźny brak – jeśli już wprowadzać polskiego autora, to dlaczego nie Aleksandra Wata, dla którego ból staje się na końcowym etapie twórczości i biografii sprawą zupełnie zasadniczą?

„O bólu” nie jest właściwie rozprawą naukową – chociaż zawiera wszystkie konieczne do tego elementy. Celniej byłoby nazwać ten tekst esejem, co w pewnym sensie sugeruje jego podtytuł (skądinąd nie do końca wiem, jaki ma on związek z całością) i co znacznie podnosi poprzeczkę (intelektualną, estetyczną) dla całej pracy. Wbrew bowiem postawionym na początku jasnym tezom i wbrew zakończeniu, które stanowi w zasadzie tylko podsumowanie, są to sprawnie i interesująco prowadzone rozmyślania – raczej notatki do przyszłej (nie wiem, czy jest takie zamierzenie) monografii bólu i cierpienia niż ostateczne konstrukcje. I nie chodzi tu o jakieś osłabienie rozstrzygnięć czy też niedopracowanie szczegółów. Musiał jako literaturoznawca bardzo sprawnie operuje fragmentem, cytatem i komentarzem. Zawsze stara się być w obrębie jakiegoś tekstu, a nie w ogólnych rozważaniach nad „dziełem”. Dzięki temu tak trafnie – czasem błyskotliwie – dostrzega nieścisłości i/lub nieostateczności różnych rozstrzygnięć.

Książka przypomina też, dodajmy, dobrze skonstruowany wykład. Musiał nie rozpoczyna od środka, jak czasem mają w zwyczaju hermetyczni naukowcy, ani od punktu, w którym zamknięto stan badań. Zamiast tego każdy kolejny rozdział zaczyna od wprowadzenia w myśl omawianego autora. Zaznaczmy – wprowadzenia prostego i celnego. Niezależnie, czy mowa o myśli filozoficznej czy o tekście literackim, Musiał w bardzo przystępny i atrakcyjny sposób w kilku akapitach włącza nas w krąg „oczytanych”. Zasadniczy dla rozważań problem bólu wprowadza dopiero wtedy, kiedy oświetli dla czytelnika jego intelektualny kontekst.

Na koniec pewna wątpliwość, które odnosi się tyle do książki Łukasza Musiała, co do wielu innych tekstów problematyzujących tak poważne zagadnienia. Chodzi o to, na ile powinien się angażować podmiot tego typu pracy. Widząc beznamiętne spojrzenie Jüngera na ból, autor publikacji pyta o etyczny status takiego podejścia do cierpienia. To ciekawe, bo przecież sam zdaje się w ogóle nie stawiać przed sobą – jako twórcą książki o bólu – podobnego dylematu. Nic nie wiem o doświadczeniach samego autora, ale wiem, że nie prześwitują one przez tekst. Widać raczej pewną niefrasobliwość, którą powiela jeszcze umieszczone na czwartej stronie okładki beztroskie zdjęcie Musiała, uśmiechniętego, leżącego na trawie i wyraźnie szczęśliwego (czyżby po napisaniu książki o bólu?).
Łukasz Musiał: „O bólu. Pięć rozważań w poszukiwaniu autora”. Wydawnictwo Naukowe UAM. Poznań 2016.