15 kwietnia 8 (320) / 2017

Andrzej Juchniewicz,

DESTRUKCJA WEWNĘTRZNEGO HORYZONTU CZASU (WOLFGANG SOFSKY: 'USTRÓJ TERRORU :OBÓZ KONCENTRACYJNY')

A A A
„Bo siniak, obrzęk, ślad po pobiciu – jest jak piętno. (…)

Więźniarka raz uderzona musiała w końcu umrzeć”.

(Posmysz 2017: 98)



„Znikanie bez śladu”

Pierwsze polskie wydanie habilitacji Wolfganga Sofsky’ego (prwdr. Frankfurt nad Menem 2008) dzięki Żydowskiemu Instytutowi Historycznemu wypełnia na polskim rynku wydawniczym niszę związaną z brakiem całościowych i rzetelnych monografii życia obozowego oraz systemu funkcjonowania i filiacji obozów śmierci i koncentracyjnych w ramach „akcji Reinhard”. Autor prezentowanej publikacji, będącej podstawą habilitacji uzyskanej w sierpniu 1992 roku, skłania się ku tezie funkcjonalistów, dla których Zagłada Żydów była sprawnie działającym, dobrze udokumentowanym oraz misternie przeprowadzanym od strony propagandowej działaniem, którego charakter określało kilka parametrów: planowość, trwanie, celowość, rzeczowość, rutyna, a także przestrzenne scentralizowanie, standaryzacja przebiegu, funkcjonalne rozczłonkowanie i ograniczona technicyzacja (s. 39). Dzięki rzetelnej kwerendzie i dostępowi do nieobecnych na polskim rynku wydawniczym prac Eugena Kogona, Toniego Siegerta, Hansa Marsalka oraz syntetycznej lekturze wspomnień więźniów obozów koncentracyjnych (m.in. Tadeusza Borowskiego, Krystyny Żywulskiej, Richarda Glazara, Primo Leviego, Aleksandra Peczerskiego, Jankiela Wiernika, Elie Wiesela) powstało studium określające społeczne ramy więźniarskich zależności, międzyludzkich więzi sytuacyjnych wytwarzających warunki sprzyjające śmierci lub ocaleniu oraz predyspozycje kadry zarządzającej obydwoma typami obozów. Książka Sofsky’ego zawiera także szczegółowy wykaz funkcji zapewniających przetrwanie oraz podział i omówienie oznakowania więźniów ze względu na rasę, ideologię, orientację seksualną, wyznanie oraz predyspozycje antyspołeczne, które w nadzwyczajnych warunkach działały na korzyść lub szkodę więźniów.

Podstawową koncepcją kształtującą układ treści, jaka spaja kolejne świetnie napisane i udokumentowane rozdziały publikacji Sofsky’ego, jest dotarcie do istoty władzy absolutnej, której emanacja rozciąga się na wszystkie dziedziny życia więźniów oraz sposób ich śmierci; kolejne kręgi obozowej rzeczywistości ujawniają bowiem brak możliwości logicznego działania w obliczu tytułowego „ustroju terroru”. Wszelka aktywność mająca ukoić ból, powstrzymać władzę przed absolutystycznymi zapędami lub zapewniająca chwilowe lub długoterminowe bezpieczeństwo okazuje się niewystarczająca oraz odczytywana à rebours; w sytuacji skrajnego terroru, który paraliżuje, nie można wykazać się zdroworozsądkową reakcją, ujawnić podmiotowości lub człowieczeństwa. Dyktatura, o jakiej pisze Sofsky, godzi we wszelkie przejawy myśli racjonalnej: jej sprzymierzeńcami okazują się naga przemoc, systemowa nienawiść i biologiczno-społeczna destrukcja woli życia.

Produktem Auschwitz (modelowego „ustroju terroru”) ma być muzułman – odpad (jeden z terminów Giorgia Agambena) i nieokreślona istota, której status (podobnie jak status terroru) pozostaje amorficzny, ale definitywny. Muzułman nie może sobie pomóc, gdyż jako „człowiek w upadku” (s. 38) utracił wolę i chęć życia oraz stał się wizualizacją losu pozostałych towarzyszy, pragnących wyeliminować go i usunąć z pola widzenia. Sofsky pisze: „Muzułman ucieleśnia nie punkt w czasie, ale pełzającą śmierć, proces i przejście. Choć nadal wśród żywych, był już martwy. Choć był już trupem, jeszcze się poruszał. Żadne tabu nie uwalniało od dwuznaczności tego progowego stadium. Tak więc społeczeństwo broniło się mechanizmami śmierci społecznej: deklasacją, prześladowaniem, ignorowaniem. Starało się zakreślić nową linię demarkacyjną. Traktowało półżywych jak uciążliwe istoty, wykluczało ich z obszaru społecznej komunikacji i w ten sposób antycypowało ich koniec. Toteż fizycznej śmierci muzułmana ostatecznie właściwie nie zauważano” (s. 269). „Muzułman, stale naruszający przepisy porządku i czystości, stawał się kozłem ofiarnym” (s. 267). Konstatacja ta wiąże się z niechęcią (i fascynacją) władzy, dla której „bierność muzułmana była obrazą” (tamże), oraz współwięźniów relegujących go poza obszar wspólnoty. Obozowy los muzułmana kreślony przez Sofsky’ego nie podlega wertykalnym przesunięciom w obrębie drabiny społecznej: to wyrok wydany przez „ustrój terroru” na tych, którzy poddali się potędze biowładzy i skupili na zaspokajaniu wciąż niezaspokojonych potrzeb.

Formą ucieczki, ratunku była determinacja przejawiająca się w codziennym krzątactwie (Jolanta Brach-Czaina), stowarzyszanie się w substytutywne grupy rodzinne lub przyjacielskie (Nechama Tec) albo kontemplacyjny stosunek wobec zjawisk przyrody (wschody i zachody słońca), które w kontinuum Zagłady zostały wyłączone z opresji „ustroju terroru” (Zofia Posmysz). Antoni Kępiński pisze: „Imperatyw biologiczny jest niesłychanie silny i niemałego trzeba wysiłku woli, by nie myśleć o chlebie, gdy jest się głodnym, o wodzie, gdy się chce pić, lub o bolącym miejscu, gdy boli. Wysiłek ten jednak był konieczny dla zachowania wewnętrznej swobody – wolnej przestrzeni, w której by można było swobodnie myśleć, marzyć, planować, powziąć decyzję, uwolnić się od koszmaru chwili obecnej” (Kępiński 1994: 10). Ewa Domańska, komentując słowa Kępińskiego, stwierdzi: „(…) z badań autora »Refleksji oświęcimskich« wynika, iż kierowanie się biologicznymi instynktami nie zwiększało szansy przetrwania, a wręcz przeciwnie – prowadziło do muzułmaństwa, tj. stania się automatem, który nie posiada świadomości wolnej woli i wynikającej z niej możliwości podejmowania decyzji” (Domańska 2010: 243). Postępowanie procesu zmuzułmanienia zaczynało się więc z chwilą porzucenia wszystkich nadziei i zaprzestania projektowania przyszłości niezależnie od obozowej sytuacji. Na los muzułmana skazywali się ci, którzy dowiedzieli się o śmierci bliskich – bestialsko zamordowanych w komorach gazowych lub na rampie. Ich chęć przeżycia diametralnie spadała, a wszelkie plany ulegały dezaktualizacji ze względu na postępującą i destruującą siłę żałoby. Każdy muzułman pozbawiony był „wewnętrznego horyzontu zdarzeń” i możliwości snucia obozowych planów oraz przekonania o celowości przedsiębrania jakichkolwiek kroków do uwolnienia się spod „pręgierza pogardy” i biowładzy regulującej w obozie podstawowe procesy życiowe: seksualność, rozrodczość, umieralność. Sofsky z bogatej listy wspomnień obozowych wybiera te, które wskazują na nieodwracalność zmian biopsychicznych muzułmanów i ich redukcję w systemie obozowej współzależności. Jednak wiele świadectw skupionych jest na potrzebie gruntowania wiary w możliwość uwolnienia się ze stanu otępienia i całkowitej podległości wobec nagiej przemocy i szykan (casus Posmysz) lub przeciwnie: los muzułmana to jedno z wcieleń, którym dana jest cała wiedza o „ustroju terroru” (casus Imre Kertésza – autor „Losu utraconego” zataił śmierć współwięźnia, by móc posilić się jego posiłkiem; sam zdawał sobie sprawę z postępującego muzułmanienia, a z obozu wraca jako człowiek zmieniony wewnętrznie i zniszczony zewnętrznie [zob. Kertész 2002: 174, 242]).

Sofsky nie uwzględnia możliwości przekroczenia stygmatyzującej granicy bycia muzułmanem; dla badacza stan ten (w swym jednostajnym trwaniu w horyzoncie nagłej, niegodnej śmierci) pozostaje trwałą figurą opresji systemu, który niszczył nawet swój jedyny produkt/surowiec – ciało pozbawione możliwości godnego pochówku i odprawienia żałobnego nabożeństwa. Muzułman stawał się więc figurą transgresyjną w dwóch wymiarach: lawirował między stanem życia i śmierci oraz tym, co wspólnotowe i indywidualne, niszcząc wszelkie wyobrażenia o indywidualnej śmierci, którą można racjonalizować. Śmierć muzułmana zaprzeczała idei principium individuationis: „Śmierć masowa niszczy wyobrażenie o dalszym niezakłóconym istnieniu społeczeństwa, idealizację społeczeństwa nieśmiertelnego. Skoro może dotyczyć każdego, przeżycie staje się prowizoryczne. Społeczeństwo obozowe istniało tylko do odwołania” (s. 269). Żywy czy umarły – muzułman gwałcił spokój współtowarzyszy i niepokoił, najpierw jako symbol nieuchronnej anonimowej agonii, a następnie takiejże śmierci i fizycznej eliminacji prochów.

Rozdział poświęcony muzułmanowi (a więc kresowi „ustroju terroru”) okazuje się niezwykle ważny ze względu na skalę zjawiska, ale Sofsky popełnia zasadniczy błąd. Podobnie jak Agamben staje się zakładnikiem „fałszywego” Auschwitz, które „efekt realności” uzyskuje dzięki bogatej egzemplifikacji i przemyślanej bibliografii naukowej. Obaj badacze mierzą się z Auschwitz jako świadkowie drugiego pokolenia, bazujący na świadectwach tych, którzy przeżyli (a więc pokonali ustrój terroru). Prawdziwym świadkiem Holokaustu (wedle słów Jeana-Français Lyotarda) mógłby być tylko więzień oglądający wnętrze komory gazowej w trakcie procesu eksterminacji. Byłby on najwiarygodniejszym świadkiem (podobnie jak umarły w koncepcji francuskich tanatologów), który widział na własne oczy (wielopłaszczyznową) destrukcję człowieka i może o niej opowiedzieć innym (choć jak wiemy ze świetnego studium Jacka Leociaka, groza śmierci i jej bliskość doprowadzały ofiary do afazji, która wiązała się z przekonaniem o niemożności przekazania doświadczenia symbolicznego zmartwychwstania, lub logorei fundującej świadectwa zaskakująco przenikliwe i zaspokajające proces absorpcji cudzego doświadczenia). Obraz muzułmana kreślony przez Agambena „staje się figurą dyskursu i heurystycznym modelem wspierającym jego filozoficzne koncepcje obozu jako biopolitycznego paradygmatu Zachodu” (Domańska 2010: 236), zaś ten, który (re)konstruuje Sofsky, potwierdza przemianę człowieka w poddanego „ustroju terroru”; jest ona poręczeniem sprawności maszyny wykluczająco-eksterminującej. Katarzyna Liszka, polemizując z koncepcją obozu jako materializacji stanu wyjątkowego, który niwelował wszelką aktywność więźniów, wskazuje na istnienie warunków decyzyjnych, wspomagających działania ratowania/zachowania życia (zob. Liszka 2016: 109). Aprobuje więc tezę Hannah Arendt, akcentującą zasadę ruchu, która sprzyja ustrojowi totalitarnemu, ale gwarantuje także minimalną suwerenność w obliczu legislacyjnego chaosu (zob. tamże, s. 91). Agamben rozpatruje obóz jako sytuację, której nie mogą zmienić czynniki niepodlegające władzy suwerena i „ustroju terroru”; jej stałość przeraża, ale pozostaje sztucznie wykoncypowana i egzemplifikuje teorię o dużo szerszym zasięgu, ponieważ dla włoskiego filozofa obóz staje się paradygmatem nowoczesności, zaś metafora Auschwitz obejmuje wszystkie opresyjne sytuacje XX wieku.

Los muzułmana był antycypacją losu całego obozu (Sofsky), jednak, jak stwierdza Domańska w introdukcji świetnego studium poświęconego figurze muzułmana: „Zestawienie [różnych przedstawień muzułmana – dop. A.J.] ukazuje, jak świadectwa i figuracje muzułmana wzajemnie się uzupełniają, podważają i weryfikują. Identyfikacja i opis pojawiających się w tych książkach [Agambena, Kępińskiego, Sempruna, Gawalewicza – dop. A.J.] przedstawień muzułmana (muzułman aktywny, muzułman jako automat, muzułman jako nie-człowiek, muzułman jako Gorgona), pozwalają wyprowadzić dwa modele człowieczeństwa: esencjalizujący model wertykalny (głębia z dnem, na którym mieści się to, co nie-ludzkie) oraz płynny model horyzontalny (continuum, w którym ma miejsce przechodzenie od ludzkiego do nie-ludzkiego poprzez różne procesy przeczłowieczania), który ukazuje elastyczność istoty ludzkiej i sugeruje, by widzieć ją raczej w kategoriach potencjalności i stawania się niż w perspektywie esencjalistycznych poszukiwań ludzkiej natury” (Domańska 2010: 236). Właśnie takich typologii, które w swym studium ustanawia Domańska, zabrakło w pracy Sofsky’ego, dla którego muzułman stanowi niezmienną figurę człowieka niemogącego ujść z sytuacji, w której się znalazł, oraz chwilowy przystanek w drodze ku rychłej eksterminacji: „Muzułman ucieleśnia nie punkt w czasie, ale pełzającą śmierć, proces i przejście” (podkr. A.J., s. 269). Przejście, o którym wspomina Sofsky, nie jest tożsame z przejściem, o którym w swym finezyjnym studium pisze Domańska. Dla Sofsky’ego muzułman to już odpad, który nie ma potencjału i uwewnętrznionej mocy zniszczenia obozowej władzy, dla poznańskiej badaczki to figura w ruchu, którą interpretuje na trzy różne sposoby: „1. muzułman w masce Gorgony staje się symbolem innego, który jest sobowtórem i bratem; możnością przemiany w to, co martwe symbolem śmierci; 2. twarz/maska to swoisty Gorgoneion – apotropaiczny symbol, który chroni przed śmiercią (narrator u Sempruna po śmierci muzułmana podszywa się pod jego numer i w ten sposób uchodzi z życiem); 3. Muzułman sam jest wcieleniem Gorgony-Meduzy i uosabia niewinną ofiarę terroru” (Domańska 2010: 255).

Sofsky podkreśla fizyczne przepoczwarzanie się muzułmana i jego psychiczną degradację, Domańska zaś (za Agambenem) w figurze tej upatruje nową formę przeciwdziałania możliwym, kolejnym holokaustom (opartym na kategoriach biologicznych). Badaczka wskazuje, jak to, co wyparte ze starego, staje się podstawą nowego systemu politycznego, a ulokowane na marginesie ustroju nagie życie (wegetatywne, skoncentrowane na zaspokojeniu potrzeb) staje się regułą obowiązującą wszędzie. W tej sytuacji figura muzułmana ujawnia „chęć przynależności do gatunku ludzkiego z jednej strony, a z drugiej chęć powstrzymania antropologicznej maszyny, która tworzy w nim podziały” (tamże, s. 259). W studium Domańskiej muzułman to stan pośredni – przeczłowieczenie, charakterystyczne dla ludzkiej kondycji, zaś w pracy Sofsky’ego to kolejna opresyjna figura destrukcyjnego systemu, dla którego nie-ludzkość zasadza się na idei izolacji i podziału (dla Domańskiej – na akcie ujrzenia w muzułmanie pewnej intencjonalności oraz potencjalnej możliwości stania się ludzką bestią i nie-ludzko potraktowaną ofiarą). Sofsky buduje swą koncepcję w oparciu o świadectwa, których siłą jest większościowa reprezentacja muzułmana, który dogorywa, oraz relacje zapośredniczone i skoncentrowane na procesie upadku (a nie możliwym przezwyciężeniu piętna). Stąd jednoznaczny status muzułmana, jaki wyłania się ze studium „Ustrój terroru”.

Badacz zapomina (albo nie chce komplikować obrazu, dając pierwszeństwo wypracowanej przez siebie konstelacji problemów), że o Auschwitz można mówić tylko w oparciu o aporie. Dopiero ich dostrzeżenie i próba zrozumienia, że w świecie obwarowanym regułami, a jednocześnie pozbawionym reguł możliwy był wysiłek awansu z muzułmana na więźnia (nawet uprzywilejowanego) w wyniku zbiegu okoliczności, dają pełny obrazu obozu zagłady. Regulatywna polityka nazistów znosiła się sama, stąd wyrwy, płynne przejścia, które umożliwiały przeżycie (a nawet awans w obozowej hierarchii) i gwarantowały wyczerpanym do tej pory więźniom pracę w dobrych komandach (casus Posmysz i Josefa Kohouta) i świadomość odzyskiwania władzy nad swym życiem. Kwestią bodaj najważniejszą okazuje się wskazanie przez Sofsky’ego pokładów niechęci, jaką więźniowie żywili wobec muzułmanów, wykluczając ich ze społeczności i pozbawiając wspólnotowych praw; ten mechanizm wykluczający zbliżał ich do nazistów, odpowiedzialnych za wewnętrzne podziały i antagonizmy ułatwiające sterowanie tłumem: „W wielu relacjach więźniów muzułman wspominany jest tylko mimochodem. Chociaż był typową społeczną figurą masowej śmierci w obozach, wygląda, że w licznych relacjach powtarza się ta sama pogarda i obojętność, jakich doznawał w obozie” (s. 262). Sofsky wyraźnie zakreśla więc imperatyw etyczny, którego przekroczenie wiązało się z przyzwoleniem na śmierć muzułmana i upadkiem idei wspólnoty sytuacyjnej. To chyba największy sukces nazistów, jaki osiągnęli w trakcie procesu gettoizacji oraz eksterminacji; Sofsky nie dość mocno podkreśla jednak labilność człowieka w sytuacji ekstremalnej i jego możliwie skrajne zachowania ocalające i destruujące drugiego człowieka (co wiąże się z przyjętą przez badacza koncepcją uśredniania i „gęstego opisu”).

Życie muzułmana zależy od zmiennych nastrojów władzy, którą ucieleśniają wszyscy obozowi prominenci i dygnitarze. Kępiński w swych rozważaniach nad dwoma postawami manifestującymi odmienny stosunek do reżimu (potępienie i aprobata idei) zauważa: „Między wyznawcami tej samej ideologii wytwarza się swoiste współzawodnictwo: nie być gorszym od innych, gdyż grozi to wyłączeniem z grupy. Zależnie od charakteru ideologii można się licytować w cnotach lub zbrodniach” (Kępiński 1994: 8). Ten sam mechanizm gorliwości wobec rozkazów i grup uprzywilejowanych wykazał Sofsky. Kępiński kontynuuje: „Ludzie owładnięci tą samą ideą stają się do siebie bliźniaczo podobni; zróżnicowanie społeczeństwa maleje, wzrasta natomiast jego efektywność, w tym sensie, że wszyscy dążą do tego samego celu, niczego poza nim nie widząc. Człowiek, który nie ma znamienia tej samej idei, stoi wskutek tego na przeszkodzie jej realizacji, staje się wrogiem, zawadzającym przedmiotem, który trzeba usunąć z drogi” (tamże, s. 7). O tej samodyscyplinującej regule wspomina także Sofsky i uznaje ją za modus operandi „ustroju terroru”.

W strukturze organizacyjnej obozu dominowały symbiotycznie dwie instancje: indywidualizacja oraz ścisła współpraca personelu SS. Główną siłą terroru był eksces określany przez Sofsky’ego jako „akt nieposkromionej autoekspansji” (s. 36). System uśmiercania więźniów w obozach zagłady i koncentracyjnych nabiera dla autora „Ustroju terroru” znamion stechnicyzowanego procesu, który co prawda ma ograniczoną wydolność, lecz w długoterminowej perspektywie spełnia swoje zadania, stąd określenia „przemysłowe ludobójstwo” oraz „fabryki śmierci”, które w dyskursie badacza nie tyle utraciły metaforyczny potencjał i stały się dobrem wspólnym teoretycznego dyskursu i języka opisu zjawiska eksterminacji Żydów, ile doprowadziły do wykrystalizowania nowego badawczego idiomu bazującego na operacjach metaforycznych. Język, który wybrał Sofsky, wskazuje na własną pustkę i niewyrażalność w obliczu zjawisk, wobec których pozostaje tylko ruch metafory wzmocniony sylogistycznym wywodem: „Najmocniejszym dowodem władzy jest masowy grób, obóz jako pole śmierci. Ale w ten sposób totalna władza uśmiercania nigdy zatem nie mogłaby być totalna. Aby uniknąć tego dylematu, stale szuka sobie nowych ofiar, definiuje coraz to nowe grupy przeciwników. Na listę proskrypcyjną terroru trafiają wszyscy, w końcu – cała ludzkość” (s. 39). Hiperbola okazuje się jednym z ulubionych środków Sofsky’ego, nadaje omawianemu zjawisku znamiona katastrofy niemal kosmicznej, ale pozostaje tylko narzędziem interpretującym system rekonstruowany spoza drutów; obóz diagnozuje człowiek, który nie doświadczył „ustroju terroru”, więc musi go językowo opracować, sproblematyzować i opisać.

Język Sofsky’ego przypomina Blanchotowski mechanizm „pisania katastrofy”, który wskazuje na własną niemożliwość artykulacji, przy całej mocy i chęci nazywania. Spotykają się w nim chęć wysłowienia terroru w najbardziej obiektywnych ramach, które niepostrzeżenie zawłaszcza metafora, podatna na nadużycia i odkształcenia, oraz precyzyjny, poparty wyliczeniami i diagramami język naukowy. Władza absolutna osiąga więc niespotykane rozmiary, zagarnia coraz szersze kręgi; jej potęgę wyrazić może tylko zestaw środków zarezerwowanych dla języka poetyckiego. To, co zostaje uchwycone przez Sofsky’ego z niemal „chirurgiczną precyzją” za pomocą metafory, ulega jednocześnie dekonstrukcji, bo metafora uwiarygodnia, ale i zaciera sens wywodu: „Obóz był niczym laboratorium przemocy” (s. 35). Wizja kreślona przez autora przeraża, bo jej ramy nie są ustabilizowane, a sama władza absolutna działa według praw znoszących się i pozostających w rażącym konflikcie. Skłonność badacza do językowej ekwilibrystyki, która opisać ma fenomen „ustroju terroru”, równoważy inna tendencja, pozostająca w stałej współzależności z opisanym mechanizmem wyostrzania sensu. Jest nią predylekcja do krótkich, sentencjonalnych formuł charakteryzujących badane zjawisko: „Władza absolutna to władza ustopniowana” (s. 30), „Władza absolutna to władza absolutnego etykietowania” (tamże), „Władza absolutna powoduje absolutną bezsilność” (s. 36), „Władza absolutna dąży do potęgowania samej siebie” (s. 38). Po tak wyprofilowanych paragrafach władzy następuje rzetelne omówienie zagadnień, uszczegółowienie badań i zbliżenie na rzeczywistość koncentracyjną. Sofsky w swej analizie ustroju terroru ujawnia znoszące się siły: karność i podległość kadry obozowej oraz kumoterstwo i niesubordynację, których pożądaną w obozie formą był eksces – stąd konstatacja: „Eksces zmieniał akt uśmiercania w proces. Nic prostszego, jak uśmiercić ofiarę jednym strzałem. Eksces eksperymentuje z czasem i zmienia tempo okrucieństwa” (s. 309).

„Ludzkie bestialstwo jest pomysłowe” (s. 292)

Chaos panujący w szeregach SS-manów był śmiertelnie niebezpieczny dla więźniów, bo nie chroniła ich żadna zasada krępująca obozową kadrę. Więzień mógł zginąć, bo tego żądał strażnik lub SS-man; przemoc nie stanowiła narzędzia regulacji pracy w obozie, lecz zawsze wiązała się z patologiczną chęcią zaspokojenia chorych instynktów. Oczywiście Sofsky dekonstruuje w toku kolejnych rozdziałów figurę SS-mana sadysty, który z lubością oddaje się katowaniu więźniów. Badacz dostrzega też wśród kadry zarządzającej ludzi wykonujących swą pracę rzetelnie i z biurokratyczną skrupulatnością w ramach przypisanej im funkcji, jednak wzrok więźniów spisujących swe wspomnienia zatrzymywał się właśnie na katach; to ich sadyzm i lubieżność względem reglamentacji przemocy bez wyraźnych przyczyn czyniła z nich paradygmatycznych przestępców „ustroju terroru”. Ich zachowanie było niebezpieczne, bo dzięki uprzywilejowanej pozycji zajmowanej w obozie sankcjonowali oni prawo przemocy. System premiowy (pochwała, bonifikata pieniężna, papierosy lub dodatkowy urlop) gwarantował podtrzymywanie zaangażowania strażników na odpowiednim poziomie oraz wpływał na nowe formy sadystycznej opresji: „Ale przepisy dostarczały też pretekstu do arbitralnego zabijania. »Zastrzelenie podczas próby ucieczki« było zawsze dozwolone, nawet gdy więzień żadnej takiej próby nie podejmował. Strażnicy wymyślili przeto zabójczą grę. Prowokowali »próbę ucieczki«, zrywając więźniowi czapkę z głowy i rzucając ją na pas śmierci albo za linie straży. Następnie kazali więźniowi natychmiast przynieść czapkę, bo jej utrata będzie zgłoszona jako »sabotaż odzieżowy«. Kto nie znał reguł tej gry i odważał się na skok, dostawał kulę. Niekiedy strażnik zmawiał się ze wspólnikiem, który czatował, aż ofiara przekroczy granicę zakazanej strefy. Następnym razem zamieniano się rolami, tak aby każdemu dostała się premia” (s. 78; por. Heger 2016: 47).

Nawet przestrzeń obozu została sfunkcjonalizowana w ramach opresyjnych działań władzy absolutnej: „W więzieniu panuje zasada indywidualnej izolacji, w obozie koncentracyjnym – zasada zagęszczenia i segmentacji masy. Przestrzeń nie jest podzielona na małe cele, lecz na pola i bloki. Więźniowie pilnowani byli jako zwarte zespoły. Strażnicy niczego nie obawiali się tak bardzo jak zbiorowych zgromadzeń i nieprzejrzystych grup. Ale zamiast rozpraszać ludzi, skupiano ich tak ciasno, że wykluczało to osobistą swobodę działania. Cela poskramia niebezpieczną indywidualność, ucinając kontakty społeczne. Masowy blok likwidował swobodę ruchów przez stłoczenie. Cela łamie więźnia odosobnieniem, obóz obezwładniał więźniów ciasnotą i ustawiczną obecnością innych” (s. 71). Te dwie formy opresji to tylko egzemplifikacja mocy „ustroju terroru”, na który składały się klimat, ukształtowanie terenu i wilgotność Auschwitz oraz zdemoralizowany personel, który podejmował (nie dla wszystkich znaną) grę w „życie/śmierć” niemającą zasad i systemu regulacji; najgorszym uczuciem więźnia obozu koncentracyjnego okazywał się strach wynikający ze świadomości nieuchronności śmierci na skutek nieoczekiwanych okoliczności (znalezienie się w pasie śmierci, spojrzenie w oczy SS-manowi lub próba dyskusji) i oczekiwania na bolesną egzekucję, niemającą precedensu w życiu pozaobozowym. „Seryjnie uporządkowana masa ludzka” (s. 71) stawała się na pozbawionym załomów i skomplikowanego układu przestrzennego terenie obozu łatwym celem brutalnych ataków. Studium Sofsky’ego zawiera także szczegółową mapę obozu, której objaśnienie powiązane jest (niemal symbiotycznie) z losem przebywających w nim więźniów. Relacyjny charakter tych rozważań ujawnia fragment o bramie-granicy obozu: „Granica zmieniała obóz w widoczne, ale utajone siedlisko terroru w obrębie społeczeństwa. Uwięziony na zawsze ginął z publicznego pola widzenia i nie korzystał odtąd z jego ochrony. Władza, raz dostawszy go w swoje ręce, mogła z nim robić, co jej się żywnie podobało. Granica bowiem uwalnia władzę od wszelkich zahamowań. Dozwolone są najbardziej okrutne czyny, najbardziej drastyczne eksperymenty. Za murami władza wyzbywa się krępujących więzów cywilizacji. Szczelna granica jest niezbędna, by władza absolutna miała całkowitą swobodę działania” (s. 75).

Mikroskala makroproblemów

Sofsky sięga po mikrologiczny opis, a punktem odniesienia dla rozważań badacza każdorazowo pozostaje fragment obozowych wspomnień więźniów – rodzaj introdukcji, od której rozpoczyna się ruch myśli i próba zrozumienia aporii, jaką stanowi Auschwitz. Sam Wiesel pisze: „Ci, którzy nie przeszli przez to doświadczenie, nie mają pojęcia; a ci, którzy przez nie przeszli, nic nie ujawnią, a w każdym razie nie ujawnią wszystkiego. Przeszłość należy do zmarłych, a ten, kto przeżył, nie rozpoznaje się w obrazach i wyobrażeniach, przypisywanych jego osobie. Auschwitz oznacza śmierć, totalną, absolutną śmierć – śmierć człowieka, śmierć wszystkich ludzi, śmierć języka i wyobraźni, śmierć czasu i umysłu. (…) Ten, kto przeżył, wie. Wie tylko on i nikt inny” (s. 17). Sofsky podejmuje próbę zrozumienia sytuacji więźniów posługując się diagramami (s. 156, 168) oraz rysując mapę zależności, z której wynika, że między osadzonymi dochodziło do zatargów na tle narodowym. Poza tym w bogatej literaturze obozowej (m.in. w „Dymach nad Birkenau” Szmaglewskiej) odnotowano liczne uwagi na temat walki o władzę pomiędzy czerwonymi winklami (więźniowie polityczni) i winklami czarnymi (więźniowie kryminalni). W zależności od wyniku starcia i okresu trwania hegemonii warunki obozowe diametralnie się zmieniały na korzyść więźniów (władza winkli czerwonych) lub gwarantowały ich zgubę i pogorszenie sytuacji egzystencjalnej (władza winkli kryminalnych).

Badacz skrupulatnie zaznacza dynamikę przemieszczeń pomiędzy klasami: „U szczytu społeczeństwa więźniarskiego (I) znajdowali się wyłącznie kryminalni BV-erzy i niemieccy więźniowie polityczni. Stanowili najstarsze kategorie i tworzyli górną klasę obozowej »prominencji«. Rywalizowali o pozycje i przywileje. BV-erzy stawiali na oparcie w kierownictwie obozu, polityczni – raczej na wewnętrzną solidarność i dyscyplinę oraz na prestiż wśród niemieckich więźniów z pierwszego rzutu. Walka klasowa między »zielonymi« i »czerwonymi« toczyła się w obrębie klasy najwyższej. Po umiędzynarodowieniu obozów do wyższej klasy średniej (II) zaliczyć trzeba »aspołecznych«, świadków Jehowy, Czechów i narody Europy Północnej, od 1943 r. także republikańskich Hiszpanów. Zawdzięczali swoją pozycję albo długiemu stażowi w obozie, protekcji prominentów i SS, albo zdolności do »organizowania«. Do niższej klasy średniej zaliczali się Polacy, Francuzi i Włosi. Narodowe konflikty między Polakami, Czechami i Francuzami rozgrywały się zatem w obrębie klasy średniej. Walka na dwa fronty, jaką wielu Polaków toczyło z Niemcami, obywatelami sowieckimi i Żydami, przebiegała natomiast na osi pionowej – od góry z niemieckimi funkcyjnymi, od dołu – o to, by odgraniczyć się od niższej klasy Rosjan i Żydów. Konflikt na tle narodowym i rasowym był zarazem społeczną walką obronną przed deklasacją własnej kategorii. Przejście do klasy niższej (III), pariasów systemu, było płynne. Dystans między arystokracją a klasą średnią był szczególnie jaskrawy, natomiast różnica między klasą średnią a pariasami sprowadza się często do kawałka chleba. Niższe kategorie średnie, choć niezagrożone bezpośrednio masową eksterminacją, to jednak, pozbawione wewnętrznej solidarności i pionowej protekcji, skazane były na materialną nędzę. […] Zdarzały się odosobnione przypadki awansu” (s. 169).

Sofsky wspomina też o kategorii „dewiantów”, do której zaliczali się więźniowie z paragrafu 175 – homoseksualiści, w mniemaniu kadry obozowej – „podludzie” wyrzuceni na margines (s. 158), dla których „władza obozowa miała (…) tylko szyderstwo, pogardę i śmierć” (tamże). Ich funkcjonowanie w obozie objęto anatemą i zmową milczenia, jednak przez prominentnych więźniów traktowani byli jako miernik pożądanego/zadowalającego statusu materialnego pozwalającego na utrzymywanie zakazanej relacji i kochanka: „Choć było to surowo zabronione, niektórzy kryminalni funkcyjni Niemcy wykorzystywali swoją pozycję dla utrzymywania homoseksualnych stosunków z młodymi Polakami albo więźniami z różowym winklem, a wynagradzali ich stanowiskiem sztubowych albo gońców. »Piple«, jak nazywano ich w Auschwitz, byli szczególnie uprzywilejowani, ale także szczególnie zagrożeni. Ujawniając skłonności swojego partnera, narażali nie tylko jego, ale i samych siebie. Za materialne korzyści płacili całkowitą bezsilnością” (s. 184). Tezę badacza potwierdza świadectwo Heinza Hegera (pseudonim, pod którym ukrywali się przyjaciele połączeni historią prześladowań jednego z nich: Josef Kohout i Johann Neumann) przyglądającego się kojarzeniu nowoprzybyłych Polaków ze starymi więźniami we Flossenbürgu zimą na przełomie 1940/1941 roku: „Mieli być oni osobistymi służącymi, zwano ich sprzątaczami, lecz przede wszystkim służyli jako »cukierek na dobranoc« – musieli dzielić łoże ze swoimi »szefami« i spełniać wszystkie ich zachcianki. Dla chłopców z Polski, z których wkrótce wszyscy byli zajęci, nie było to tak całkiem nieprzyjemne, gdyż szybko zrozumieli, że bez swoich funkcyjnych przyjaciół i ich paczek żywnościowych musieliby głodować i pracować tak samo ciężko, jak reszta więźniów” (Heger 2016: 58). Kohout wspomina też o podwójnych standardach moralnych, które stosowane były wobec homoseksualistów i obłudzie więźniów utrzymujących kontakty fizyczne z mężczyznami, które rzekomo były tylko substytutem spotkań z kobietami (zob. tamże, s. 15).

Sofsky w swym studium nie uwzględnia sytuacji więźniarek (wprawdzie cytuje kobiece relacje, jednak jako egzemplifikacje tez dotyczących męskiej egzystencji). Badacz nie wprowadza wyraźnej różnicy płciowej, która determinuje odmienną percepcję obozu. Kategoria ciała została w tych badaniach całkowicie pominięta. Kwestia orientacji seksualnej zostaje przedstawiona marginalnie i pobieżnie. Tymczasem status więźniarek okazywał się podwójnie wiktymizacyjny: opresja wynikała ze stosowanej wobec nich przemocy seksualnej, werbunków do domów publicznych (kobiet jako przymusowych pracownic), homoseksualistów jako klientów, którzy mieli zostać w ten sposób wyleczeni ze swojej przypadłości (zob. tamże, s. 104), oraz przemocy fizjologicznej. Świadectwo Hegera ma więc (podobnie jak zapiski więźniarek) unikatowy charakter, bo ujawnia podwójne standardy męskich części obozów koncentracyjnych, skalę problemu wykorzystywania seksualnego homoseksualistów oraz piętna utrzymanków kapo, z jakim wielu młodych mężczyzn musiało się borykać po wojnie; powojenny ostracyzm wobec homoseksualistów był tak silny jak ten, który obejmował muzyków z orkiestr męskiej i kobiecej działających pod auspicjami SS-manów w Auschwitz i obozach koncentracyjnych. Sofsky wśród wymienianych z niemałą pedanterią upokorzeń nie plasuje szykan, gwałtów i przemocy seksualnej wobec homoseksualnych więźniów. Świadectwo Kohouta okazuje się w wielu miejscach zbieżne z teoretycznymi rozważaniami Sofsky’ego, szczególnie mocno widoczne jest to w rozdziale zatytułowanym „Obóz udręki” (tamże, s. 31), w którym Kohout skrupulatnie wymienia i opisuje skutki i przyczyny ekscesów „ustroju terroru”. Zjawisko terroryzowania i zastraszania homoseksualistów zmuszanych do stosunków seksualnych z innymi więźniami wiąże się z próbą dominacji heteronormatywnego ładu i próbą psychicznego złamania więźniów, których orientacja seksualna była w „ustroju terroru” nie tyle problemem, co wyzwaniem rzuconym władzy próbującej ją zmienić lub pozbawić jej przedstawicieli wszelkich praw (łącznie z prawem do życia). Seksualna inność skazywała homoseksualistów na wyrugowanie z systemu obozowego oraz podwójne piętno (Żydów i homoseksualistów).

Sofsky pisze: „Obóz nie był polem bitwy, lecz rzeźnią, zabijanie nie było zwycięstwem nad niebezpiecznymi wrogami, lecz szlachtowaniem bezsilnych ofiar. Więźniowie stali daleko poniżej statusu wroga” (s. 307). To tu dochodzi do zrównania losu ofiar obozów koncentracyjnych i zwierzęcych ubojni (miejsc śmierci zinstytucjonalizowanej) oraz rozciągnięcia katastrofy, jaką był Holokaust, na wszystkie żywe stworzenia. Sofsky wykorzystuje jedną z najpopularniejszych metafor zwierzęcych (obok polowania) i podkreśla los nie-ludzko traktowanych więźniów, wykorzystując esencjalizujący model wertykalny (studnia i jej progi) dla zaakcentowania nowych opozycji, które w przyszłości zastąpią stare rozróżnienia (wróg-przyjaciel) i wygenerują nową katastrofę opartą na walce o biowładzę w oparciu o relegowanie poza prawo do życia Innego – stanowiącego dla gatunku (podobnie jak Żydzi lub Romowie) lub populacji zagrożenie. Badacz, antycypując koleje katastrofy, umieszcza je w nowym kontekście, który nie przewiduje honorowej walki i tradycyjnego kodeksu. Obóz zagłady jest więc prefiguracją wszelkich konfliktów i antycypacją nowej formy brutalnej rewolty wobec wszelkiej inności. Obóz stanowi też w studium Sofsky’ego ostatnią formę regulacji władzy przez stosowanie jawnej masakry i ekscesów bez precedensu.

Autor wspomina o egzekucjach, których forma i brak honorowego kodeksu dodatkowo upokarzały ofiarę. Glazar był świadkiem jednej z takich egzekucji, która zmieniła się w spektakl, podczas którego „życie przemienia się w śmierć” (Glazar 2011: 84): „Opalony młody Ukrainiec robi jeszcze kilka kroków do tyłu, potem krok do przodu, a teraz staje, szukając zarazem pewnego oparcia dla nóg. Chłopak pociera raz po raz ręce, patrzy w wylot lufy i mruży jeszcze bardziej lewe oko, brew nad prawym podciąga w górę, głowę i całe ciało odwraca w bok, jakby chciał zrobić unik przed tym, co za moment zostanie w jego stronę odpalone, jeszcze raz troszeczkę się cofa… Strzał – na piersi pokazuje się czerwona plamka, a jednocześnie ciało wzlatuje w górę, trzepocząc rękami, i spada plecami na ziemię. Wyciągnięte nogi powalonych zwłok rozwierają się i zamykają w skurczach. Miete pochyla się nad nim, przykłada pistolet do skroni i dwoma strzałami uspokaja uderzające o siebie kończyny” (tamże). Somatyczne dolegliwości skazańca są czytelnym sygnałem strachu przed nieznanym doświadczeniem. Proces zadawania śmierci trwa w świadectwie Glazara bez końca – to kolejna forma ekscesu, który dodatkowo paraliżuje ofiarę stającą twarzą w twarz z napastnikiem (inaczej niż w Auschwitz, gdzie zasłaniano skazańcom twarze i ustawiano tyłem do plutonu egzekucyjnego). Biodetale dostrzeżone przez więźnia świadczą o bliskiej odległości, z jakiej Glazar obserwował pokazową egzekucję, która miała zniechęcić kolejnych spekulantów przed kradzieżami bogactw zgromadzonych w Treblince.

Eksces przybiera więc formę ostrzeżenia i zapowiedzi nieuchronności losu tych, których życie zależało od częstotliwości transportów Żydów skazanych na eksterminację; „ustrój terroru” wytwarzał więc symbiotyczne zależności między komandami specjalnymi a ofiarami obozów; im więcej (bogatych) transportów, tym większa pewność, że praca uchroni Sonderkommando przed zmianą statusu (z więźnia uprzywilejowanego na ofiarę systemu). Pojemność obozu koncentracyjnego sterowana była przez mechanizm selekcji i chorób, które próbowano regulować tak, by ofiarami nie padały rodziny kadry, jak i sami zarządzający obozem. „Im większa śmiertelność w obozie – pisze Sofsky – tym więcej szans dla nowo przybyłych, że na razie unikną komory gazowej. Śmierć w obozie ograniczała śmierć na rampie. Zachodziła jednak również odwrotna zależność: im lepsze warunki życia w obozie i im mniej obozowych selekcji, tym mniejsza pojemność obozu i tym więcej ludzi natychmiast wysyłanych na śmierć” (s. 329). W takiej sytuacji o zdolności człowieka do pracy (i życia) decydował organizacyjny przypadek. Jeśli transport został przywieziony w chwili, gdy w obozie zmarło lub zostało zamordowanych wyjątkowo dużo więźniów, a tylko niewielu przyjęto, jego przedstawiciele mieli więcej szans, że uznani zostaną za zdolnych do pracy. Gdy obóz był przepełniony, bo poprzedniego dnia zarejestrowano większą liczbę więźniów, nowoprzybyli nie mieli szans na przeżycie. Jedynym prawem obozu pozostawał przypadek i stowarzyszony z nim łut szczęścia.

Praca Sofsky’ego jest unikatowa pod względem opracowania tematu życia w obozie koncentracyjnym we wszystkich aspektach. Z pola widzenia badacza nie znika problem technicyzacji śmierci oraz sposób reglamentowania obowiązków i dóbr między poszczególne komanda biorące udział (z własnej woli lub pod przymusem) w akcji eksterminacyjnej oraz różnice metodologiczne związane z uśmiercaniem więźniów w obozach koncentracyjnych na terenach Trzeciej Rzeszy i Polski. Ostatnie rozdziały studium budzą jednak opór etyczny czytelnika, ponieważ Sofsky obficie cytuje relacje związane ze śmiercią, męczarniami i torturami więźniów. Metodą, którą wybiera Sofsky, jest „gęsty opis” (s. 25) mający charakter mikroskopowy i interpretatywny. Okazuje się on udany w tej mierze, w jakiej poszerza zrozumienie obcego świata. Jego mistrzostwo (ale i skaza) polega na drobiazgowym studiowaniu opisów bestialstwa. Ta mikroperspektywa powoduje, że w planie etycznym bestialskie czyny nazistów zostają po wtóre przywołane i niejako zajmują kluczowe miejsce w wywodzie badacza. W tym miejscu warto zadać pytanie: czy opisy kaźni dokonywane przez SS-manów nie powinny zostać objęte anatemą? Ich drobiazgowość i biodetale skutkują zjawiskiem, które Georges Didi-Huberman określił za Agambenem „jako mistyczną adorację,lub wręcz nieświadomą powtórkę nazistowskiego arcanum” (Didi-Huberman 2008: 33).

Sofsky, zgłębiając nazistowskie zło, skupia się na pozostaniu wiernym faktom, za cenę naruszenia sfery tabu (wyliczenie rodzajów śmierci i ich szczegółowe opisy), której przekroczenie było w koncepcji jego pracy niezbędne. Jeśli rozdziały te miałyby wskazać kierunek dalszych studiów ekocydalnych i genocydalnych, to jedynie ten, który w swym artykule „Necropolitics” sugeruje Achille Mbembe (cytowana przez Domańską), zdająca sobie sprawę z limitów, jakie wynikają z zagarniania dyskursu polityczności przez język biowładzy, który okazuje się niewystarczający do ujęcia „współczesnych sposobów, w jakich polityczność pod przykrywką wojny, oporu czy walki z terroryzmem robi z zamordowania wroga swój główny i nadrzędny cel. Wyobrażając więc sobie politykę jako formę wojny musimy zapytać: jakie miejsce zajmuje w niej życie, śmierć i ludzkie ciało (zwłaszcza ciało zranione i martwe)? Jak wpisują się one w porządek władzy?” (Domańska 2010: 235). Sama Domańska sugeruje podjęcie uważnych studiów nad statusem martwego ciała, szczątków i prochów jako punktów odniesienia do rozważań o podporządkowującej życie władzy śmierci nekro- (czy tanato-) polityce (cenne okażą się również rozważania Domańskiej będące zalążkiem „zwrotu forensycznego” – koncepcji autorstwa Domańskiej). Ostatnie rozdziały studium Sofsky’ego pozostają więc komplementarne wobec nakreślonych badawczych planów i zwrotów humanistycznych. Sam pomysł i koncepcja książki wynikają z potrzeby unieśmiertelnienia ofiar, które nazizm zmiażdżył, oraz wiążą się z ocalającym gestem skryptora obozowej rzeczywistości: „W przeciwieństwie do wszystkich wcześniejszych form władzy, absolutny terror niczego nie wytwarza. Jego praca to proceder na wskroś negatywny, dziełem jest znikanie bez śladu. Wolność terroru urzeczywistnia się w całkowitym unicestwieniu człowieka” (s. 363). Sofsky, dostrzegając aporię (dotyczącą niemożności przedstawienia Auschwitz), którą stale podkreślał Wiesel, robi gest niezwykle wymowny: każe przemówić przeżywcom w imieniu tych, którzy zginęli, by zaświadczyć o sile kruchej pamięci i możliwości dostrzeżenia Auschwitz „mimo wszystko”; jest więc po części dłużnikiem myśli Didi-Hubermana, dla którego gest zbliżenia się do Auschwitz przez medium (obraz, świadectwo) jest zawsze gestem ocalającym.

LITERATURA:      

Domańska E.: „Muzułman: świadectwo i figura”. W: „W sprawie Agambena. Konteksty krytyki”. Red. Ł. Musiał, M. Ratajczak, K. Szadkowski, A. Żychliński. Poznań 2010.          

Didi-Huberman G.: „Obrazy mimo wszystko”. Przeł. M. Kubiak Ho-Chi. Kraków 2008.

Glazar R.: „Stacja Treblinka”. Przeł. E. Czerwiakowska. Warszawa 2011.

Heger H.: „Mężczyźni z różowym trójkątem. Świadectwo homoseksualnego więźnia obozu koncentracyjnego z lat 1939-1945. Przeł. A. Rosenau. Warszawa 2016.     

Kertesz I.: „Los utracony”. Przeł. K. Pisarska. Warszawa 2002.    

Kępiński A.: „Rytm życia”. Kraków 1994.  

Liszka K.: „Etyka i pamięć o Zagładzie”. Warszawa 2016.            

Posmysz Z.: „Królestwo za mgłą. Z autorką »Pasażerki« rozmawia Michał Wójcik”. Kraków 2017.
Wolfgang Sofsky: „Ustrój terroru: obóz koncentracyjny”. Przeł. Małgorzata Łukasiewicz. Żydowski Instytut Historyczny im. Emanuela Ringelbluma. Warszawa 2016.