Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (320) / 2017

Dominik Szcześniak,

DOKOPMY PRZESZŁOŚCI! (X-MEN: MORDERCZA GENEZA)

A A A
Historia Eda Brubakera i Trevora Hairsine’a bezpośrednio nawiązuje do komiksu „Giant-size X-Men #1” z 1975 roku. Ma nawiązującą do tego wydawnictwa okładkę, nawiązującą fabułę, nawiązujący tytuł i nienawiązujące rysunki. Według posłowia autorstwa tłumacza komiksu, Kamila Śmiałkowskiego, jest retconem, czyli „dopisywaniem do znanych opowieści dodatkowych elementów, które zmieniają postrzeganie dotychczasowych historii i ich charakter”. Ta cudowna i ponoć niezwykle popularna ostatnio metoda – pozwalająca twórcom wpuszczać w stare historie nowe życie, włodarzom zarabiać zupełnie nowe pieniądze, a czytelnikom robić wodę z mózgu pod pozorem efektu „wow!” – w przypadku „Morderczej genezy” zdała egzamin w stopniu, który zapewne zadowoli kolekcjonera i fanatyka, powodując jednocześnie wzruszenie ramion u laika.

Fabuła komiksu koncentruje się na tym momencie z historii X-Men, który rozegrał się na żyjącej wyspie Krakoa. Wówczas to na pomoc oryginalnemu składowi ekipy wyruszył nowy narybek, z Wolverinem, Colossusem, Nightcrawlerem i całą resztą znanych postaci. Polscy czytelnicy mogą kojarzyć tę opowieść: to od jej epilogu rozpoczął się w 1992 roku cykl wydawniczy semikowej edycji serialu. Czy jednak wersja zdarzeń, którą wówczas poznaliśmy, była prawdziwa? Otóż nie. Autorzy, przywołując tę historię, dobudowują jej kolejną warstwę.

Ed Brubaker „Morderczą genezą” udowadnia, że poza byciem świetnym artystą (odpowiedzialnym chociażby za znakomite „Fatale” i „Gotham Central”), potrafi również udzielać się w świecie komiksu jako sprawny rzemieślnik. Wszystko jest tutaj odpowiednio rozplanowane. Co prawda brakuje finezji i oryginalności, ale są za to niezbędne zawieszenia akcji, zrealizowane z matematyczną precyzją „momenty emocjonalne” oraz pisane z automatu dialogi. Jednak mnóstwo wytrzeszczy oczu zdziwionych bohaterów i równie dużo tragicznych twistów może wywołać niestrawność nawet u najbardziej leciwych wielbicieli superbohaterów. Fakt: po nudnym oraz przesadzonym początku opowieść przyspiesza i zaczyna wciągać, jednak cały czas czuć, że mamy do czynienia z utworem wyprodukowanym, mogącym pochodzić z Generatora Komiksów (gdyby taka maszyna istniała).

Rysunki Tomasza Kleszcza są tu całkiem niezłe, ale… O, przepraszam, zasugerowałem się stroną tytułową „Morderczej genezy”, która wygląda tak, jakby wyszła spod sprawnych i wręcz stworzonych do marvelowskiej korpo dłoni autora „Kamienia przeznaczenia”. Trevor Hairsine mógłby spokojnie zostać zastąpiony przez rodzimego rysownika. Może gdyby tak się stało, polska edycja albumu miałaby nieco wyższą wartość.

We wspomnianym posłowiu do recenzowanego tomu, zatytułowanym „X-Men i ich tragiczna historia”, Kamil Śmiałkowski stwierdza, że „Mordercza geneza” jest „jedną z najciekawszych i najbardziej reprezentatywnych historii o X-Men, jakie powstały w XXI wieku”. Jeśli rzeczywiście tak jest, to bardzo źle świadczy to o poziomie tych „reprezentatywnych historii”.
Ed Brubaker, Trevor Hairsine, Scott Hanna: „X-Men: Mordercza geneza” („X-Men: Deadly Genesis”). Tłumaczenie: Kamil Śmiałkowski. Wydawnictwo Egmont Polska. Warszawa 2017.