Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (320) / 2017

Karol Poręba,

ŚMIERĆ - METODY PRODUKCJI (ALEXANDER KLUGE: 'NALOT NA HALBERSTADT')

A A A
Temat traumatycznych wydarzeń wojennych ma już swoje stałe miejsce w literaturze. Autorzy reportaży i szeroko rozumianej prozy o charakterze wspomnieniowym przerzucają się nawzajem ilością pozyskanych materiałów, mało znanych faktów i relacji. Całość opatrują zgrabnie postawionym pytaniem o etykę czy moralność. Opierając się na utartej konwencji utrzymują, że na nowo definiują sylwetkę bohatera i zbrodniarza wojennego; wreszcie, że odkrywają prawdę. Zgoła odmienną strategię przyjmuje Alexander Kluge w „Nalocie na Halberstadt 8 kwietnia 1945”, gdzie wydarzenia rzeczywiste toną w odmętach fikcji, a na pierwszy plan wysuwają się nie fakty czy cyfry, a po prostu świetna i niezwykle przejmująca literatura.

„Nalot na Halberstadt…” składa się z wielu krótkich, precyzyjnie skomponowanych narracji skupionych wokół tytułowego ataku powietrznego, który miał miejsce na cztery tygodnie przed zakończeniem II wojny światowej. Kilka dywizjonów alianckich bombowców zostało wysłanych, by zniszczyć najważniejsze strategicznie cele na terenie Niemiec. Z powodu niekorzystnych warunków pogodowych ponad dwieście maszyn skierowano na jeden z „awaryjnych” punktów zrzutu, na Halberstadt – niewielkie miasteczko przemysłowe bez większego znaczenia militarnego, które właściwie zrównano z ziemią. Książka, będąca swoistym literackim kolarzem czy palimpsestem „wyklejonym” z relacji świadków, fragmentów wywiadów, wierszy, przedwojennych szlagierów i filmowych niemalże scen, została dopełniona z ogromną dbałością przez zamieszczone w niej fotografie, ilustracje, schematy. Wszystkie te literackie i nieliterackie elementy mają w „Nalocie…” swoje własne miejsce i stanowią równoprawne środki wyrazu. Precyzyjnie umieszczoną ryciną, obrazującą konstrukcję bomby zapalającej, Kluge w niebywały sposób osiąga ten sam efekt, co celnym, retorycznie zbudowanym akapitem; dygresyjnym zgoła przypisem wywraca myślenie czytelnika o „strategiczności” jako takiej, a opowieść (będąca w gruncie rzeczy ironicznym, pozbawionym dialogów komiksem) zatytułowana „Co wiąże ochotnicze czyny?” staje się studium przypadkowości ludzkich działań. Temu niewielkiemu dziełku zdaje się przyświecać myśl, którą Kluge wygłosił przy innej okazji, a która może być odczytana jako swoisty manifest twórczy autora: „Nie dostrzegamy różnicy między pisaniem książek, tworzeniem filmów czy produkowaniem programów telewizyjnych. Dziś nie można już wybrać sposobu, w jaki chce się wyrażać siebie”. Kluge nie „wybiera sposobu”, nie ogranicza się do jednej metody twórczej i jednego środka ekspresji, a nawet – jak mi się zdaje – nie szuka miejsc wspólnych między tekstem, a np. fotografią czy schematem. Wreszcie: w „Nalocie na Halberstadt…” Kluge nie tworzy prozy jako takiej, tworzy książkę, co – jeśli chodzi o metodę twórczą – może przywodzić na myśl znacznie bardziej rozpoznaną i komentowaną twórczość W.G. Sebalda, który to – jak się okazuje – za swojego mistrza obrał właśnie Klugego.

Skomplikowanie formalne recenzowanej publikacji sprawia, że zarówno historia, jak i problem etyczny przedstawione w poszczególnych fragmentach stają się bardzo niejednoznaczne. Kluge – który jako trzynastolatek był przecież świadkiem relacjonowanych wydarzeń – nie piętnuje, nie ocenia, nie rozpacza. Milczy jako bohater i jako autor. Pozbawia pocięte opowieści autorskiego komentarza, oddaje odbiorcy tylko poszarpane mury i ostre krawędzie ironii, po których przyzwyczajony do rodzimego reportażu czytelnik może ostrożnie dreptać, z nadzieją spoglądając na pustą przestrzeń kartki, gdzie spodziewałby się zgrabnie nakreślonej puenty. Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że „Nalot na Halberstadt…”, wbrew „faktograficznemu” tytułowi, nie jest książką wspomnieniową czy reportażem. Metodę pisarską Klugego trafnie komentuje w posłowiu autor przekładu, Arkadiusz Żychliński, odwołując się do ukutego przez Danilo Kiša terminu „faction” – „niemożliwego do rozplątania […] splotu fikcji i faktów” (s. 151). Jednak największą „fikcją”, pojawiającą się w tej publikacji, jest wojna sama w sobie, która – rozumiana jako starcie dwóch równorzędnych form – właściwie nie istnieje. „Tu nie walczą przeciw sobie klasy […]. Raczej w zawiły sposób mieszają się ze sobą, zarówno »w górze«, jak i »w dole«, siła robocza i stosunek produkcji [wyróżnienia odautorskie]” (s. 47). „Forma” nie jest tu po stronie człowieka czy „klasy” – „formą” jest „widoczność” (która zresztą doprowadziła do zbombardowania nieistotnego strategicznie Halberstadt), „celowość formacji w nalocie” czy „wyeksploatowane położenie tych, którzy w dole wystawieni są na stosunek produkcji w postaci ataku lotniczego” (tamże). Tak właśnie przedstawiony jest tu tytułowy atak bombowy – jako akt wynikającej z oczywistych cech przedmiotowych, nieludzkości maszyn-fabryk (w innym miejscu książki mówi się o nich jako o „zakładach przemysłowych”) oraz produktu, którym jest zrzut ponad pięciuset ton materiałów wybuchowych i zapalających na miasto (chciałoby się rzec – na target). „Produkt musiał pójść na miasto. To są drogie rzeczy. Po prostu nie można tego ot tak sobie zrzucić na góry czy szczere pole, skoro wyprodukowano to w kraju znacznym nakładem pracy” (s. 63) – mówi jeden z uczestników nalotu.

Ta oschła, ironiczna metafora produkcyjna, staje się o tyle wyrazistsza, że Kluge miesza ją z narracją zgoła odmienną, jednak nie mniej pozbawioną pierwiastka „ludzkiego”. W „Nalocie na Halberstadt…” znaleźć można wiele fragmentów, które swoje źródło mają w reżyserskiej (zrodzonej choćby ze współpracy z Fritzem Langem) wyobraźni Klugego: mocne, dramatyczne dialogi, wyczulenie na szczegóły czy opisy, które zdają się ogrywać konwencję kina wojennego: „»Kościół się pali. Schodzimy«. Kiedy zbiegają, podstawa schodów obsuwa im się spod nóg, przechodzi przez słup ognia i z hukiem uderza o fundament. Leżąca pod płonącą belką pani Arnold nie rusza się, nie odpowiada na wołania pani Zacke, która ma złamaną kość udową. Leży poniżej ognia, w pobliżu małych drzwi do nawy kościelnej, ku którym »pełznie«, przemieszczając (»wlekąc«) za sobą dolną część ciała z całym jej bólem. Podciąga się na kamiennej podporze, tak że ręce i głowa sięgają dolnej części zamkniętych drzwi. Woła o pomoc…” (s. 21).

Gdyby fragment ten opatrzyć odpowiednim nagłówkiem, śmiało mógłby uchodzić za część scenariusza filmowego odwołującego się do doskonale znanej wszystkim konwencji. Właśnie to wykorzystanie modelu heroiny czy herosa, jak w przytoczonym wyżej cytacie, wpisane w pewien schemat opowieści na stałe zakorzeniony w popkulturze, sprawia że bohaterowie książki Klugego zdają się być ludzcy tylko wtedy, gdy liczą ciężar kamieni, jaki dzieli ich od szalejącej w mieście pożogi.

„Nalot na Halberstadt 8 kwietnia 1945” nie jest tylko kolejną publikacją poruszającą temat wojny powietrznej, ale prozą doskonale skomponowaną i przemyślaną. Literalna prostota przekazu czyni recenzowaną książkę przystępną dla każdego – także spragnionego „faktów” – odbiorcy, jednak prawdziwa (i – w moim odczuciu – niekwestionowalna) wartość tej twórczości leży w niezwykłej umiejętności autora do ciągłego „rozpraszania” środków przekazu, z których buduje swoją książkę. Wszystko to, co pomiędzy owymi „rozproszonymi” elementami zawarte, sprawia, że twórczość Klugego wdziera się w umysł odbiorcy na podobieństwo powietrznej armady. A nieświadomy niczego czytelnik postanawia „w czystym odruchu paniki robić dalej swoje, jak gdyby nigdy nic” (W. G. Sebald: „Wojna powietrzna i literatura”).
Alexander Kluge: „Nalot na Halberstadt 8 kwietnia 1945”. Tłum. i posł. Arkadiusz Żychliński. Wydawnictwo Ossolineum. Wrocław 2016.