15 kwietnia 8 (320) / 2017

Monika Lubińska,

STRYCH LITERATURY (PIOTR WOJCIECHOWSKI: 'STRYCH ŚWIATA')

A A A
Jeśliby opisać najnowszą powieść Piotra Wojciechowskiego w trzech słowach, należałoby powiedzieć, że jest to przede wszystkim satyra na współczesność. Takie zwięzłe wprowadzenie wydaje mi się w przypadku „Strychu świata” o tyle uzasadnione, a nawet konieczne, że tego rodzaju tekst może równie mocno przyciągnąć jednych, co zniechęcić drugich już przed lekturą.

Wojciechowski wydobywa z realiów współczesnej Europy takie elementy jak gospodarcze oszustwa, zatargi religijne, krótkotrwałe trendy, wszelkiego rodzaju spiski i przekręty, przedstawiając je jako dominujące w kulturze Zachodu, jednocześnie czyniąc z nich główne motywy swojej powieści. „Strych świata” demonstruje przede wszystkim chaos i absurd wskazanych wycinków rzeczywistości oraz całokształtu współczesnego życia, co idealnie oddaje poetyka powieści – barwny język, zróżnicowana stylistyka, ale przede wszystkim sama fabuła, równie chaotyczna, co wyśmiane przez autora realia.

Główny wątek powieści rozgrywa się wokół jednego z najbardziej kontrowersyjnych obecnie motywów, z czego zresztą autor spowiada się już w przedmowie swojej „zbójecko-błazeńskiej” książki. Drogi kilku barwnych, różnorodnych postaci prowadzą w końcu na tytułowy Strych Świata, a właściwie do Dżamijabadu – bliskowschodniej krainy położonej w pobliżu Gór Kebabczerskich. Skąd nazwa „Strych Świata”? Otóż młode intrygantki w przebraniach zakonnic czy niezdarni żołnierze zostali wysłani do arabskiego kraju z misją „posprzątania go”. W efekcie Wojciechowski zabawił się w spisanie alternatywnego wyobrażenia współczesnego świata – to na wysprzątanym już Strychu Świata muzułmanie słuchają Mozarta, piją Coca-Colę, czytają Sienkiewicza i formalnie przechodzą na monogamię. Jednak ta fantazja autora wydaje się mieć charakter jedynie zaczepliwy, prześmiewczy, a główna problematyka miesza się dość chaotycznie z wątkami wielu innych, oddalonych od siebie i upchniętych na niespełna 240 stronach postaci – polskiego reżysera, który odmawia odbioru Złotej Palmy, matki jednej z przebieranych zakonnic, generała, rosyjskiego komisarza, a nawet polskiego prezydenta. Takie nagromadzenie postaci z jednej strony przyspiesza akcję powieści, z drugiej jednak czyni fabułę zbyt rozproszoną i niespójną. Jednak to nie ona jest w „Strychu Świata” najważniejsza czy najciekawsza.

Dobre złego początki

Pierwsze kilkadziesiąt stron „Strychu Świata” zapowiada powieść błyskotliwą i bardzo dobrze skrojoną – Wojciechowski umiejętnie przyciąga czytelnika przede wszystkim językiem, którym operuje nad wyraz zgrabnie. Niedorzeczność sytuacji, z którymi mierzą się bohaterowie, oraz bezład otaczającego ich świata idealnie oddaje zróżnicowanie stylistyczne i językowe – autor sprawnie żongluje rozmaitymi odmianami współczesnej polszczyzny, umiejętnie konstruuje zabawne dialogi wprowadzające w świat absurdu i bohaterów zupełnie pozbawionych uzasadnionej motywacji psychologicznej. Polski czytelnik odnajduje się w literackim świecie, którego poetyka może początkowo rodzić skojarzenia z pisarstwem Jacka Podsiadły czy Sławomira Mrożka.

Niestety, zachęcająca zręczność w prowadzeniu zagadkowej fabuły zdaje się tracić na sile wraz z kolejnymi rozdziałami powieści, dosyć szybko czyniąc ją nieczytelną. Można odnieść wrażenie, że chaotyczność, będąca w przypadku „Strychu świata” z pewnością celowym zabiegiem autora w prowadzeniu narracji i przedstawieniu wizji rzeczywistości, w pewnym momencie wymyka mu się spod kontroli, zatruwając świetnie zapowiadającą się powieść. Wizja absurdalności współczesnych realiów zaproponowana przez Wojciechowskiego także szybko traci na atrakcyjności – najciekawsze pomysły wyczerpują się równie prędko, co oryginalne zabiegi językowe. Idealnie skrojone dialogi ustępują opisowi i zbyt mocno zagęszczonym, jakby siłą upchniętym na 236 stronach wydarzeniach, które wkrótce z zabawnych stają się nużące.

Najbardziej kłopotliwa w „Strychu Świata” wydaje się natomiast kontrowersyjna, aczkolwiek dość naiwna wizja alternatywnego rozwoju kultury, w której to nawet nie Europa, a sama Polska zdominowała świat arabski. Prowokujące nazwy i pomysły autora, jak choćby Góry Kebabczerskie czy „wybory miss bazaru”, mimo że konstruowane świadomie, nadające powieści zaproponowanego przez samego Wojciechowskiego „zbójecko-błazeńskiego” charakteru, odwołują się do najbardziej ogranych stereotypów. A to, trzeba przyznać, zabieg wyjątkowo ryzykowny.

Strych czy szczyt?

Mimo jaskrawych wad, powieść Wojciechowskiego zdecydowanie nie jest pozbawiona intrygującej metaforyki i znakomitego potencjału interpretacyjnego, który zapewnia przede wszystkim pomysłowy tytuł. To głównie perspektywa rozszyfrowania go utrzymuje czytelnika przy lekturze, a rozwiązanie zagadki może być na poziomie dosłownym dużym zaskoczeniem. Dlaczego arabska kraina nazwana została Strychem Świata? Wojciechowski sugeruje wprost dość prostą konotację, wysyłając swoich bohaterów na misję, której celem jest wspomniane „zrobienie w Dżamijabadzie porządku”.

Jednak ta gra na skojarzeniu nie wyczerpuje metaforyki tytułu. Strych bezsprzecznie przywodzi na myśl miejsce zagracone, nieuporządkowane, które rzadko się odwiedza. Do tego momentu powiązanie z powieścią wydaje się czytelne. Metaforyka nieporządku idealnie współgra z chaotycznością przedstawianej przez Wojciechowskiego współczesnej rzeczywistości, a także stylem samej powieści. Ale strych jest również skupiskiem staroci, rodzinnych pamiątek i miejscem rozmyślań – skąd zatem pomysł uczynienia go ośrodkiem najbardziej bodaj kontrowersyjnego i gorącego problemu dzisiejszych czasów? Wojciechowski tym bardziej kłopocze czytelnika symbolem strychu, jeśli pomyśleć o oczywistym ulokowaniu tego pomieszczenia – mimo że zapomniane i najrzadziej odwiedzane, ulokowane jest przecież na samym szczycie, zatem poprzez skojarzenie może być uznane także za najważniejsze, kluczowe.

Być może zatem problematyka muzułmańska stanowi według Wojciechowskiego swoiste apogeum chaotyczności dzisiejszych realiów, skupiając zarazem największe absurdy współczesności? Poprzez symbolikę strychu autor prowadzi nieustającą, mocno angażującą zabawę z czytelnikiem, grając na jego utartych skojarzeniach i zestawiając je z kwestiami jeszcze nieoswojonymi w świadomości. W związku z pomysłowym motywem kolejne strony powieści rodzą następne pytania – czy konstrukcja zaproponowana przez autora składa się jedynie z pozbawionego fundamentów strychu? Gdzie pozostałe piętra budowli? Czy to z nich, równie zabałaganionych, docierają na szczyt kolejni bohaterowie? Jeśli ta kuriozalna konstrukcja z zagraconym strychem na najwyższym piętrze, będąca metaforą współczesnego świata, miała zgodnie z projektem autora przypominać dom, jest to z pewnością dom wariatów.

Raz pod koniem, raz pod wozem

„Strych Świata” Piotra Wojciechowskiego wymyka się jednoznacznej ocenie, każdemu swojemu atutowi rzucając pod nogi kłody kolejnej skazy. I tak za ujmującą stylistyką, sprawnie skrojonymi dialogami czy zróżnicowanym językiem postępuje bezład i irytujące rozproszenie fabuły; błyskotliwe, wierne oddanie kondycji współczesnego, zdominowanego przez absurd świata traci na wartości oraz atrakcyjności z powodu odwołania do pospolitych stereotypów, co z kolei potęguje wrażenie, jakby powieść z założenia miała być przede wszystkim kontrowersyjna, a jednak pozostała niezauważona. Słowem, „raz pod koniem, raz pod wozem” – jak mówi jeden z bohaterów powieści (s. 90).

Zdaje mi się jednak, że największym problemem powieści Wojciechowskiego jest to, że trudno wskazać czołową jej cechę, przyciągającą i czyniącą ją godną polecenia lekturą. Z pewnością takim wyróżnikiem nie jest w przypadku „Strychu Świata” fabuła. Przyciągająca, nawiązująca do znanej w literaturze polskiej poetyki absurdu fraza zaciera się z kolei już po kilkudziesięciu stronach, a bazująca w gruncie rzeczy na współczesnym lęku przed kolonializmem wizja dzisiejszego świata może jednych odbiorców tak samo zachęcić, jak innych zirytować swoją naiwnością. Co jednak bez wątpienia należałoby uznać za walor powieści, to pomysłowy tytuł, grający na utartych skojarzeniach bogatą metaforyką, otwierający przed czytelnikiem wiele możliwości interpretacji.

Ostatecznie jednak uznałabym „Strych Świata” przede wszystkim za tekst wymykający się ocenie o tyle, o ile już po krótkiej charakterystyce problematyki czy przeczytaniu przedmowy może dyskwalifikować sam siebie w oczach dużej grupy odbiorców. I jeśli miałabym umieścić powieść Piotra Wojciechowskiego na konkretnym miejscu w polskiej literaturze współczesnej, z pewnością byłby to strych.
Piotr Wojciechowski: „Strych Świata”. Wielka litera. Warszawa 2016.