Wydanie bieżące

1 maja 9 (321) / 2017

Józef Jaskulski,

BYĆ JAK DAVID SIMON, CZYLI MCNULTY W HIPERGETTCIE L.A. (JILL LEOVY: 'WSZYSCY WIEDZĄ. O ZABÓJSTWACH CZARNYCH W AMERYCE)

A A A
Lektura „Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce” przypomina ponowne odczytanie tekstu zapoznanego (i w dużej mierze zapomnianego). Postępujące rozwarstwienie ekonomiczne, zawoalowana segregacja, wysokie wskaźniki przestępczości w bieda-dzielnicach, nieudolność wymiaru sprawiedliwości, korupcja systemu politycznego, społeczna znieczulica w obliczu szumu informacyjnego – czytając Jill Leovy, miałem wrażenie, że gdzieś już to wszystko słyszałem. Najwyraźniej chyba w „The Wire” Davida Simona, w którym frapującej fabule towarzyszy błyskotliwa analiza dysfunkcji liberalnego kapitalizmu. Jednak jak na dobrą reinterpretację przystało, książka Leovy rzuca nowe światło na opisany problem, stawia wyczerpująco udokumentowaną tezę oraz proponuje skuteczne (w przekonaniu autorki i jej rozmówców) remedium, konfrontując czytelnika z niewygodną wiedzą.

Ponadgatunkowe paralele między twórczością Simona a książką Leovy można dostrzec choćby na poziomie metodologii. „The Wire” to serial w dużej mierze reporterski, będący owocem wieloletniej pracy Simona jako dziennikarza kryminalnego „The Baltimore Sun” (współscenarzystą serialu był Ed Burns, detektyw w wydziale zabójstw BPD). To projekt głęboko zakorzeniony w życiu lokalnej społeczności, której poszczególne warstwy reprezentowane są w kolejnych sezonach (przestępczy półświatek, podupadające związki zawodowe, system szkolnictwa, powiązania polityków z wymiarem sprawiedliwości, dryfujące w stronę clickbaitu media). Pracując nad „Wszyscy wiedzą”, Jill Leovy spędziła ponad dekadę jako dziennikarka śledcza „Los Angeles Times”, gdzie opisywała zjawisko tzw. black-on-black homicides z perspektywy obserwatorki towarzyszącej detektywom LAPD w codziennej pracy. Oprócz tego redagowała stronę internetową-kronikę czarnych mężczyzn zabitych przez innych czarnych Amerykanów na terenie hrabstwa Los Angeles. Podobną strategię narracyjną zastosował Simon w swoim mini-serialu HBO o drugiej wojnie w Iraku. „Generation Kill” to krytyczna wobec oficjalnej narracji neoconów historia kompanii US Marines w pierwszych dniach konfliktu, napisana na podstawie reportażu uczestniczącego autorstwa Evana Wrighta, reportera magazynu „Rolling Stone”.

Wróćmy jednak do powinowactw między „Wszyscy wiedzą” i „The Wire”. W jednym z odcinków drugiego sezonu serialu ma miejsce ostra wymiana zdań między Maurice’m Levym – adwokatem reprezentującym lokalny gang narkotykowy – oraz Omarem Little’m – RobinHoodowskim tricksterem, który skutecznie utrudnia funkcjonowanie kartelu. Adwokat (biały) próbuje zdyskredytować świadka (Afroamerykanina), odwołując się do uprzedzeń rasowych ławy przysięgłych. Ukazuje Little’a jako amoralnego przestępcę, beneficjenta handlu narkotykami, pasożyta okradającego dealerów, którzy „wysysają zdrową krew naszego miasta”. „To zupełnie jak ty,” przerywa skonsternowanemu prawnikowi Little. „Ja mam śrutówkę, ty masz aktówkę – każdy gra, jak potrafi, ziom”. Grą jest tu oczywiście porządek symboliczny, w którym sprawczość uczestników określają (i reglamentują) odgrywane przez nich oraz z góry przypisane im kategorie, utrwalające umowę społeczną i nadające jej pozory wiarygodności. Gra narzuca wykluczonym model funkcjonowania równoległy wobec obiegu oficjalnego, ustanowionego przez, i dla, jego interesariuszy. By the people and for the people – z zastrzeżeniem, że obywatela można w zgodzie z konstytucją zdehumanizować, o czym przypomina choćby ubiegłoroczna „XIII poprawka” Avy DuVernay. Mamy więc do czynienia z dwoma równoległymi wobec siebie systemami, z których każdy oparty jest na skodyfikowanych procedurach („A Man got to have a code”, powiedziałby Omar Little).

Pokrewną konstatację odnajdziemy w książce Leovy – kronice śmierci, często niezawinionych, wynikających ze spiętrzenia fałszywych przesłanek, na jakich oparta jest Gra. Z opowieści o etnicznych gettach w Los Angeles wyłania się obraz legislacyjnego mirażu, któremu pozory wiarygodności nadają statystyki przekształcające go w samonapędzającą się machinę stygmatyzacji. Leovy słusznie przestrzega, że podtrzymywanie prawnych miraży sprzyja wzrostowi przestępczości bardziej, niż całkowite bezprawie. Miraż sprawiedliwości roztoczony przed wspólnotą pariasów, nieufną wobec niewydajnego systemu prawa, skutkuje powstaniem quasi-legislacji, w której wymiennikiem pustych paragrafów staje się przemoc, a narzędziem wymierzania sprawiedliwości – zabójstwo. Taki system interakcji opartej na przemocy retrybutywnej Leovy nazywa, nieco afektowanie, Potworem, przytaczając historyczne przykłady sytuacji, kiedy podnosił on głowę – najczęściej w wyniku niewydolności państwowego aparatu penalizacji. Trudno nie zadać sobie w tym miejscu pytania, czy nie na retrybucji właśnie zasadza się popularne rozumienie systemu karnego w kraju, w którym przyszły prezydent podczas wiecu wyborczego zachęca do samosądu na aktywistach, a gubernator jednego ze stanów pochwala nielegalny zakup zastrzyków z trucizną, by przyspieszyć wykonanie egzekucji na skazanych, otwarcie przy tym przyznając, że w procesie penalizacyjnym najważniejsze jest „ulżenie rodzinom ofiar”.

Jednocześnie, jakby na przekór tej emocjonalnej nomenklaturze, Leovy konsekwentnie sprzeciwia się lukratywnym medialnie i nacechowanym uprzedzeniami etykietom, przypominając czytelnikowi, że Potwór to kwestia raczej klasowa niż rasowa. Naturalnym ekosystemem Potwora, dowodzi Leovy, jest pogranicze, zarówno to jeszcze nieudomowione (za sztandarowy przykład mogą posłużyć społeczności Dzikiego Zachodu), czy już opuszczone przez prawo (centra amerykańskich metropolii w erze postindustrialnej, Południe USA w czasach Rekonstrukcji). Potworowi służy nieobecność bądź bierna postawa państwa – pustkę po nim wypełniają reguły oparte na prawie zwyczajowym (patrz: książka Leovy) i ekstremalnym wariancie gospodarki wolnorynkowej (patrz: serial Simona). Pisząc o ofiarach przemocy w społecznościach afroamerykańskich, Leovy przypomina, że gang violence – dyżurny straszak amerykańskiej konserwy – to nie przyczyna, lecz konsekwencja bezprawia; to wypadkowa permisywizmu prawnego, systemowej indolencji organów ścigania wobec black-on-black homicides, wreszcie obojętności mieszkającej w good neighborhoods części społeczeństwa, która nie wywiera presji na rządzących, ponieważ na co dzień mierzy się z własnymi problemami ekonomicznymi.

Zainspirowana publikacjami badaczy analizujących korelację pomiędzy przemocą w miejskich społecznościach afroamerykańskich oraz niskim współczynnikiem penalizacji przestępców wywodzących się z tych społeczności (m.in. William J. Stuntz, Eric Monkkonen), Leovy wysnuwa tezę, że głównym powodem niewspółmiernie wysokiego odsetka morderstw wśród czarnych Amerykanów jest nieudolność państwa w ściganiu i karaniu morderców z czarnych dzielnic (o ile ofiara nie jest biała). Bierność państwa wobec zabójców, argumentują rozmówcy Leovy – od Afroamerykanów po angloamerykańskich policjantów, którym reporterka towarzyszy w pracy – ośmiela przestępców i utwierdza społeczeństwo w przekonaniu, że życie spauperyzowanych, czarnych obywateli jest bezwartościowe. Mocna i pozornie uproszczona, teza Leovy poparta jest jednak kompleksowym opisem zjawiska oraz kształtujących je procesów: politycznych, ekonomicznych, społecznych i językowych.

W wywiadzie udzielonym Tavisovi Smiley’owi z PBS Leovy wyznała, że chciała napisać książkę, którą przeczytają Angloamerykanie, bo – tu autorka zacytowała asystenta komisarza nowojorskiej policji – zabójstwa czarnych w Ameryce to problem nie tylko czarnych, lecz także białych obywateli. (Tego typu wniosek nie uchodzi w Stanach za rewolucyjny – w innych słowach wyraził go jakiś czas temu Newt Gingrich, niedoszły kandydat prezydencki Partii Republikańskiej, który w „XIII poprawce” stwierdza, że „obiektywna rzeczywistość jest taka, że żaden biały nie zrozumie trudności związanych z byciem czarnym w Ameryce”). Książka o zabijających się nawzajem czarnych to niezła przynęta w erze zdominowanej przez clickbait, jednak biali czytelnicy, którzy połkną haczyk, otrzymują lekturę daleką od praktyk z gatunku exploitation. Leovy z uwagą i zrozumieniem spisała opowieści tych, którzy znaleźli się na pierwszej linii czarno-czarnej wojny – ofiar i ich rodzin, policji oraz zabójców. Black-on-black crime to zjawisko tyleż powszechnie znane, co zatuszowane. Poprawność polityczna podpowiada milczenie, które nakręca błędne koło. Konserwatyści milczą w obawie przed posądzeniem o rasizm; liberałowie mówią okrągłymi zdaniami, by nie dostarczać amunicji rasistom; postępowcy skupiają się na problemach podupadłej klasy średniej; aktywiści koncentrują się na brutalności policji.

Wszyscy wiedzą. Większość milczy. Impas trwa, czarni nadal się zabijają. O ofiarach mało kto pamięta. Jill Leovy napisała książkę o tych, o których wygodnie się zapomina. Problemowi przemocy w społecznościach urban blacks towarzyszy zmowa milczenia, tak jak kwestii hipergett w Europie Zachodniej. To temat, który odzywa się jak odruch kolanowy. O przemocy dotykającej czarnych mężczyzn robi się głośno wyłącznie w przypadku zabójstw międzyrasowych zarejestrowanych przez świadków i udostępnianych w mediach społecznościowych. Dyskusja poprzedzona jest zazwyczaj zamieszkami, więc rozmawia się w atmosferze rozemocjonowania, co z kolei sprzyja ferowaniu podszytych uprzedzeniami sądów (sprawy Oscara Granta, Trayvona Martina, Erica Garnera, Tamira Rice’a i innych). Leovy wabi tematem podszytym voyeurystyczną Schadenfreude, jednak zamiast pikantnego katalogu zabójstw biały czytelnik dostaje do ręki księgę pamięci, świadectwo policyjnej frustracji, opis bezduszności systemu, wreszcie słownik nowomowy służącej eufemizacji zjawiska, w sugestywnym przekładzie Janusza Ochaba.

„Wszyscy wiedzą” to podróż do hipergetta południowego Los Angeles: przysłowiowej złej dzielni, epicentrum zamieszek rasowych i kolebki gangsta rapu. Utopijna architektura zamieniona w getto, w którym krytycznie niski kapitał społeczny przekazywany jest z pokolenia na pokolenie. Miejsce, gdzie rodzice sekundują swoim pociechom w „honorowych” bójkach, by nie dopuścić do eskalacji konfliktów. Służący tu policjanci dojeżdżają do pracy z innych dzielnic, a idealiści, którzy jak Wally Tennelle płyną pod prąd i uparcie wierzą w system, opłakują swoich synów. Hipergetto – skupisko „nadliczbowej, zbędnej, bezproduktywnej i bezużytecznej ludności”, jak określił je Zygmunt Bauman – to miejsce, którego strażnicy i mieszkańcy jednakowo internalizują patologiczne wzorce myślenia. Wally Tennelle od kolegów z komisariatu słyszy, że „sam był sobie winien”. Barbara Pritchett, chorująca na cukrzycę wnuczka zbieraczy bawełny z Luizjany, wiadomości czerpie z telewizji Fox. Objęci wadliwym programem ochrony świadkowie – nierzadko sami figurujący w policyjnych kartotekach – zdobywają na czarnym rynku broń, za której posiadanie często lądują w więzieniu, bo w przeciwieństwie do tych, którzy karabin kupują ze stekiem w Walmarcie, często nie mogą jej nabyć legalnie (wystarczy, że np. skazano ich za posiadanie niewielkiej ilości marihuany).

South Central L.A. w książce Leovy pod wieloma względami przypomina Baltimore z serialu Simona. To dawna metropolia przemysłowa, obecnie oparta na usługach, zobojętniała wobec tych, którzy nie potrafią dostosować się do nowych realiów rynkowych. Postindustrialne dzielnice podupadły lub, poddane gentryfikacji, przekształciły się w ekskluzywne osiedla deweloperskie. Wszystko to przy współudziale słabnącego państwa, które wspomagając inwestorów, zapomniało o rosnącej rzeszy bezrobotnych (problemy te trafnie opisuje Błażej Hrapkowicz w swojej analizie „The Wire”). Podobnie jak Simon, Leovy humanizuje czarnych mężczyzn. O ofiarach pisze z empatią; sprawców słucha, aby zrozumieć ich motywację. Głosy czarnych mężczyzn, pogłębione o relacje policjantów sfrustrowanych niewydajną legislacją, zmuszają czytelnika do refleksji. Skutecznie, bo nawet zatwardziały Republikanin łatwiej strawi „podejrzaną” tezę, że morderstwa wśród czarnych to suma bezczynności etnocentrycznego państwa, ograniczonej mobilności społecznej, ekskluzywnego prawodawstwa, uprzedzeń rasowych oraz całej litanii czynników historycznych – pod warunkiem, że usłyszy to od białego policjanta, który sam od lat głosuje na Republikanów.

Takim policjantem jest (obecnie pięćdziesięcioletni) John Skaggs, detektyw z wydziału zabójstw LAPD. Skaggs to uosobienie cnót detektywa. Krnąbrny, dociekliwy, skuteczny. Pracoholik działający na pograniczu przepisów, w wolnych chwilach surfuje. Krytyczny wobec własnej instytucji, kieruje się własnym zmysłem etycznym i bez ogródek wylicza niedoskonałości systemu. Zatrudniony w niedofinansowanym komisariacie, w którym komendant z własnych pieniędzy kupuje sprzęt biurowy (w rozmowie z Jonem Stewartem autorka wyznała, że pracujący w warunkach chronicznego niedoboru śledczy podkradali również jej prywatne notatniki, których zapas trzymała na „swoim” biurku). Czyta i myśli Steinbeckiem, ale daleko mu do Demokratów. Policja widziana oczami Skaggsa to biurokratyczny, napędzany statystykami moloch, zależny od politycznych decyzji. To również kozioł ofiarny dla społeczeństwa, które obwinia ją za decyzje polityków, którym samo powierzyło władzę. „Dla was to tylko następny pierdolony czarnuch” – to zdanie, którym rodziny ofiar najczęściej witają policjantów w miejscu zbrodni. I kolejny paradoks wpisany w mentalność bohaterów „Wszyscy wiedzą”. Warto tu odnotować, że w ostatnich prawyborach prezydenckich głosujący zwyczajowo na Demokratów Afroamerykanie masowo poparli oportunistyczną w stosunku do nich Hillary Clinton, jednocześnie odrzucając kandydaturę Berniego Sandersa – populisty, ale też zasłużonego w walce o prawa mniejszości postępowca, który w swoim programie postulował m.in. gruntowną reformę systemu więziennictwa.

W tyradach Skaggsa pobrzmiewają echa antybohatera „The Wire”, Jimmy’ego McNulty’ego. „Gdyby choć połowa z was, sukinsynów, nie chciała zostać sędziami albo partnerami w dużej kancelarii, gdybyście mieli na tyle jaj, żeby rozwiązać powierzoną wam sprawę... Wiesz, co by się stało? Facet jego pokroju zostałby oskarżony i skazany. Pozostali wystraszyliby się i zaczęlibyśmy z nimi wygrywać w sądzie. A tak, ręka rękę myje, każdy zgarnia swoją dolę i ma przed sobą zajebistą przyszłość”. To słowa McNulty’ego z pierwszego sezonu „The Wire”, ale równie dobrze mógłby je wypowiedzieć Skaggs (wyjąwszy przekleństwa, bo Skaggs, podobnie jak Tennelle, w pracy nie przeklina). Na przekór politykom, którzy zjawisko przemocy w gettach postrzegają w kategoriach choroby społecznej: groźnej, nieuleczalnej, wyrastającej z kryzysu moralnego lub patologii kulturowej, Skaggs i Leovy sugerują coś wprost przeciwnego: odchylenia od normy są relatywne, a zaprowadzenie porządku to kwestia przywrócenia państwu monopolu na przemoc.

Łatwo uznać receptę przedstawioną w reportażu Leovy za nadmiernie uproszczoną – książka swoje tezy pałuje z wytrwałością godną jej głównego bohatera. Drażni również typowy dla amerykańskiego reportażu interwencyjnego patos, np. kiedy Leovy, za Monkonnenem, określa problem przemocy w gettach „najważniejszym problemem XXI wieku”. Żarliwą wiarę autorki w skuteczność postulowanego rozwiązania łatwiej jednak zrozumieć po zapoznaniu się z bibliografią „Wszyscy wiedzą”. Choćby z bestsellerem Michelle Alexander („The New Jim Crow: Mass Incarceration in the Age of Color Blindness”), w którym badaczka przeanalizowała ewolucję mechanizmów kryminalizacji mniejszości etnicznych w USA w ostatnim półwieczu. Albo obejrzeć dokument DuVernay. Łatwiej dostrzec stopień potencjalnych korzyści płynących z reformy prawa karnego i systemu więziennictwa, mając w świadomości, że 97% spraw karnych dotyczących Afroamerykanów rozstrzyganych jest bez procesu, na podstawie ugody z prokuratorem. Że 95% prokuratorów to Angloamerykanie. Że więziennictwo ze służby przekształcono w lukratywny biznes, gdzie zarządzające placówkami korekcyjnymi korporacje otrzymują od rządów stanowych gwarancje ich regularnego zapełnienia, jednocześnie zarządzając systemem zwolnień warunkowych. Że rezultatem „wojny z narkotykami”, prowadzonej przez prezydentów (tych z prawa, i tych z lewa) jest kryminalizacja wykroczeń o niskiej szkodliwości społecznej, geometryczny przyrost populacji więźniów oraz trwałe pozbawienie ich istotnych praw obywatelskich. Leovy dodałaby, że ostatnim ogniwem tego łańcucha są nieufność czarnych społeczności wobec instytucji państwa oraz powiązane z nią bezsilność policji w egzekwowaniu prawa i poczucie bezkarności wśród gangów terroryzujących getta. Warto książkę Jill Leovy przeczytać, bo autorka „mówi, jak jest” – pytanie tylko, czy w czasach post-prawdy kogoś to jeszcze obchodzi?

LITERATURA:

Alexander M.: „The New Jim Crow: Mass Incarceration in the Age of Color Blindness”. New York 2010.

Bauman Z.: „Życie na przemiał. Przeł. Tomasz Kunz. Kraków 2005.

DuVernay A.: „XIII poprawka”. Netflix, 2016.

Hrapkowicz B.: „The Wire. Ocalić musimy się sami”. W: „Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej”. Warszawa 2011.

Leovy J.: „Wszyscy wiedza. O zabójstwach czarnych w Ameryce”. Wołowiec 2017.

Simon D.: „The Wire” [Prawo ulicy]. HBO: 2002-2008.
Jill Leovy: „Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce”. Przeł. Janusz Ochab. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2017 [seria: Amerykańska].