Wydanie bieżące

15 maja 10 (322) / 2017

Sabina Strózik,

POLSKI OBRAZ NIE CAŁKIEM WŁASNY (TOKIMASA SEKIGUCHI: 'ESEJE NIE CAŁKIEM POLSKIE')

A A A
„Eseje nie całkiem polskie”, profesora Tokimasy Sekiguchiego, japońskiego polonisty, to zbiór impresji na temat szeroko pojętego doświadczania Polski i jej kultury. Już to pierwsze zdanie recenzji wymaga doprecyzowania – mówiąc o impresjach, bynajmniej nie zarzucam wywodom lakoniczności. Wręcz przeciwnie – podziwiam ich wnikliwość i imponującą wprost zdolność autora do możliwie dogłębnego potraktowania tematu, jeśli wziąć pod uwagę niewielkie rozmiary tomu, a równocześnie różnorodność podejmowanych tematów. Mówiąc „kultura”, myślę głównie o literaturze, ale nie należy pomijać innych dziedzin, o których autor pisze w „Esejach…”. Pojawiają się tu także teksty dotyczące teatru („Mój Kantor”) i muzyki („Refleksje tłumacza nowej »Korespondencji Fryderyka Chopina (2009)«”).

W zbiorze znajduje się również arcyważny tekst „Azja nie istnieje”, wygłoszony do tej pory w Polsce aż czterokrotnie, co uświadamia skalę problemu i konieczność ciągłego przypominania o tej kwestii. Esej stanowi interesujące studium na temat nieistnienia tworu o nazwie „Azja”, do którego my (nie tylko Polacy – w piersi powinni uderzyć się właściwie wszyscy, którzy są spoza kontynentu, z którego pochodzi autor tomu) niefrasobliwie uciekamy się, ignorując spektakularną wprost różnorodność tego obszaru. Sekiguchi z wielką cierpliwością, strona po stronie, tłumaczy, wyłuszcza różnice dotyczące geografii, klimatu, ludności, języków, kuchni, religii i filozofii omawianego regionu. Aż dziw, że poprzez skrótowe, niedbałe myślenie mogliśmy kiedykolwiek uznać, że przymiotnik „azjatycki” rzeczywiście coś określa, niesie ze sobą jakąkolwiek treść. Tekst daje także prztyczka w nos Europejczykom, którzy pomimo tak niewielkiego obszaru, jaki zajmują na kontynencie, megalomańsko go zawłaszczają i dopominając się o uznanie swoich jednostkowych, indywidualnych, narodowych kultur, całą resztę (porażającą większość!) sprowadzają do czteroliterowego słowa i uważają, że jakoś ją określili, że ukazali jakąś wspólną właściwość.

Jacy jesteśmy?

Tylko spojrzenie z oddali umożliwia ujrzenie całego obrazu. To truizm, a jednak jest w czytelniku jakieś nieprzygotowanie na zderzenie się z obrazem Polski wyłaniającym się z tekstów Sekiguchiego. Wizerunek ten nie został przedstawiony natrętnie, nie został nawet podany wprost, ale istnieje, ukazuje się z każdą przeczytaną stroną mocniej i dobitniej, nie można się od niego opędzić. W czasie czytania uświadamiamy sobie, że książka, owszem, mówi o naszej literaturze, ale mówi też o Polakach. I o ile autor nie czyni przytyków, jedynie dzieli się obserwacjami, o tyle czytający musi zmierzyć się z tym, co zostaje nam tak boleśnie ukazane.

Najwyraźniej widać to w rozdziale o Czesławie Miłoszu. Zapewne wynika to z podjętego tematu, czyli bolesnej historii sporów dotyczących pochówku Noblisty. Trudno nie poczuć dyskomfortu, czytając, jak osoba będąca równocześnie wewnątrz i na zewnątrz konfliktu ukazuje nam naszą małość i przedstawia na nią niezbite dowody. Czytelnik musi zmierzyć się z obiektywnymi dowodami na istnienie w nas czegoś, co raczej chcielibyśmy ukryć. Profesor zauważa: „(…) niemal wszyscy jego [sporu – S.S.] uczestnicy – i atakujący Miłosza, i jego obrońcy – operują podobnym językiem emocji i retoryką pamfletu: (…) naród, profanacja, wieszcz, polskość, klakier, prawica, lewica, lewak, patriotyzm, kpina, wielkość, (…) nienawiść, (…) Żyd/żyd, gej, homoseksualista, pedał, (…) ojczyzna, (…) antykatolik, anty-Polak…” (s. 72).

Rzeczywiście, słownik to niezwykle o nas świadczący. Nie da się z nim jednak polemizować. Nie przytaczam tu kolejnych, wymienionych w tekście, części mowy (Sekiguchi podaje oprócz rzeczowników przymiotniki i czasowniki), bo lektura tych kilku jest już wystarczająco przykra. Nie możemy usprawiedliwiać się wyrwaniem z kontekstu – słowa te świadczą same o sobie, obarczone są wiadomym ciężarem i piętnem. Pozostaje tylko zrobienie rachunku sumienia i poczucie zażenowania, że okazuje się to aż nadto ewidentne dla postronnych obserwatorów. Zresztą i tę kwestię podejmuje autor: „Rozumiem i nie rozumiem. Po co więc o tym pisać, jeśli mam tak ambiwalentny stosunek do tych spraw? Otóż uważam za swój obowiązek, by z jednej strony otwarcie powiedzieć polskiej publiczności o tym, że niemała część postronnych obserwatorów niechybnie zdziwi się, jeśli zetknie się z relacjami o tym, co działo się wokół pochówku, ba, nawet może się z tego zaśmiać” (s. 74).

Szczęśliwie, nie brakuje Sekiguchiemu poczucia humoru i często patrzy na polskość z przymrużeniem oka. Cóż lepiej o tym (i o nas) świadczy, jak nie przytoczony poniżej fragment: „Gdy czytam wyniki badań na temat poczytności »Trylogii« i rezultatów jej lektury, dochodzę do wniosku, iż przynajmniej w Japonii nie było i nie ma podobnego fenomenu, i że my, Japończycy, w końcu nie posiadamy Sienkiewicza (co prawda również Mickiewicza nie mieliśmy, bo nikt z poetów japońskich nie dostał tylu pomników” (s. 87).

„Cóż ja z tobą czułości w końcu począć mam”

Tym, co najbardziej uderza podczas lektury pierwszej części tomu, jest ogromna czułość, z jaką Sekiguchi pisze o polskiej literaturze. Sposób, w jaki dotyka twórczości gigantów naszej rodzimej literatury, budzi mój zazdrosny podziw. Oczywiście, mówienie z taką czułością umożliwia autorowi także rozległa wiedza, świadomość, ale jest w tych tekstach coś więcej. Jest jakaś intuicja, która pozwala mu idealnie rozłożyć akcenty, dobrać słowa, dotrzeć do sedna, a nie jedynie musnąć czy prześliznąć się po powierzchni. Jest w tym coś wzruszającego, kiedy wśród filologicznego, erudycyjnego, zwartego wywodu napotykam stwierdzenie: „moja Szymborska” (s. 36). Czy nie chciałoby się, aby więcej polskich czytelników miało swoją Szymborską, swojego Miłosza, a może nade wszystko swojego Gombrowicza?

Człowiek, który deklaruje, że nauczył się języka polskiego po tym, jak przeczytał „Sklepy cynamonowe” Brunona Schulza („Zdumiewający był dla mnie język, który z siebie mógł wydać »Sklepy cynamonowe«” – mówi w wywiadzie udzielonym Grzegorzowi Nurkowi dla Gazety Wyborczej), musi mieć do naszej rodzimej literatury stosunek szczególny.

Dla mnie jednak najbardziej interesujące okazały się proponowane przez Sekiguchiego odczytania liryki. Przedziwne to uczucie czytać słowa kogoś, kto urodził się po drugiej stronie globu, a który tak łagodnie (nie ma tu nic z wydzierania tajemnic poezji) otwiera wiersze, wyłuszcza z nich sedno, ujmuje (nie tylko sens, ale i czytelnika), a w końcu zawstydza. Kilka razy w czasie lektury myślałam: dlaczego tego wcześniej nie dostrzegłam? Badacz szuka w tekstach polskich autorów głównie tropów związanych z Japonią, to fakt. Otwiera nowe konteksty do odczytania sensów kryjących się w utworach Szymborskiej czy Miłosza. Poszerza możliwość interpretacji i ukazuje, jak bardzo uniwersalne są to teksty.

Autor tropi także ślady tego, w jaki sposób obraz jego ojczyzny funkcjonował w literaturze polskiej. Śledzi wizję Japonii wyłaniającą się z tekstów, zastanawia się nad przyczyną takich przedstawień, tłumaczy ich możliwe motywacje, koryguje, poprawia lub uzupełnia. Najlepiej widać to we fragmencie dotyczącym twórczości Bolesława Prusa i wnikliwej lektury jego „Kronik tygodniowych”. Realizuje tym samym postulat, który, jak twierdzi, narzuca mu niejako środowisko: „(…) polonista nie-Polak znajduje się jednocześnie pod działaniem siły odśrodkowej; przede wszystkim oczekuje się, aby on uczynił teksty polskie uniwersalnymi” (s. 143).

Doprawdy trudno wyobrazić sobie lepszego sprzymierzeńca w uniwersalizowaniu kultury polskiej. Od Tokimasy Sekiguchiego należałoby się uczyć patrzenia na polskie teksty i czytania ich w sposób nowy, w szerszym kontekście. A nade wszystko – czytania ich z prawdziwą, ponadnarodową miłością i dumą.

LITERATURA:      

Nurek G.: „Ten zdumiewający język polski”. http://krakow.wyborcza.pl/krakow/1,35798,18252023,Prof__Tokimasa_Sekiguchi__Ten_zdumiewajacy_polski.html?disableRedirects=true.
Tokimasa Sekiguchi: „Eseje nie całkiem polskie”. Wydawnictwo Universitas. Kraków 2016.