Wydanie bieżące

15 maja 10 (322) / 2017

Natalia Kaniak,

NIE DO KOŃCA PRZYDATNY REMONT (OSIEDLE SWOBODA 2)

A A A
„Osiedle Swoboda” to, jak trafnie zaznaczył Piotr Pluciński, chyba jedyny taki polski komiksowy sukces wydawniczy. Rzadko zdarza się, aby jakikolwiek album miał aż tyle dodruków, a sama historia jego powstawania obrosła w legendę, tworząc mitologię na wzór literackiego światka artystycznego. Było to coś zasłużonego i potrzebnego zarówno twórcom i czytelnikom, jak i wydawnictwu. Na rodzimym rynku ostatnią tak swojsko-kumpelską historią z równie mocnym potencjałem na kontynuację było zeszłoroczne „Będziesz smażyć się w piekle” Krzysztofa Owedyka – przyjęte z ogromnym entuzjazmem i szeroko komentowane, m.in. za wyraźne odwołania do istniejących postaci polskiej sceny metalowej. Jak widać, jest to gatunek lubiany i dobrze sprzedawany. Skoro więc scenariusz i rysunki zadowalają krytykę i fanów, najwidoczniej pora na nadwiślańską wariację (nazwijmy to tak na potrzeby recenzji) „noweli kumpelskiej”.

Bardzo nie lubię porównywania polskich wydawnictw do zagranicznych dzieł i uznawania ich za rodzimą wersję konkretnego filmu, książki czy komiksu. Oczywiście, sama często łapię się na takiej strategii, więc zawsze staram się odnaleźć unikatowe cechy danej realizacji. Mam jednak nadzieję, że poniższe odwołanie zostanie mimo wszystko odebrane jako komplement. Otóż sukces „Osiedla Swoboda” oraz jego konstrukcja są niebywale podobne do fenomenu serii Irvine’a Welsha, twórcy „Trainspotting”, „Porno” i „Skagboys” (na fali sukcesu filmowego niewdzięcznie przetłumaczonych jako „Trainspotting Zero”).

W obu przypadkach mamy do czynienia z kumpelską sagą, którą cechują: hermetyczny język, lokalny folklor (u Welsha Edynburg; w polskiej wersji osiedle Swoboda to bydgoskie Szwederowo) i grupa przyjaciół o krótkich, wpadających w ucho ksywkach, trochę już śmiesznych, bo przecież nadanych dawno temu, lecz dalej używanych i wzbudzających nostalgię. I to właśnie na tej nostalgii powstały zarówno „Trainspotting 2” (w tym wypadku bardziej mowa o filmie Danny’ego Boyle’a niż o „Porno” Welsha), jak i „Osiedle Swoboda 2”.

Przygody Szopy, Psotki i przyjaciół mają miejsce kilka lat po zakończeniu pierwszej części komiksu. Interesy na Osiedlu Swoboda ulegają pogorszeniu po tym, jak do miejskiego biznesu narkotykowego dołącza enigmatyczny Boss Drwal – nielubiąca konkurencji szara eminencja, która do walki z drobnymi handlarzami wysyła armię zamaskowanych kiboli i psychopatę, którego marzeniem jest zostać żywą wersją Pana Zagadki. W „Osiedlu Swoboda 2” wykorzystano wszystkie ograne oraz znane z pierwszej części rozwiązania i motywy. Michał Śledziński skorzystał więc z własnego sukcesu i nadmiernie nie wysilając się, po raz drugi opowiedział wszystkim ten sam dowcip. Oczywiście, zarówno bohaterowie, jak i perfekcyjnie skrojone dialogi oraz ogólny projekt „swobodnego” uniwersum rozbawią każdego, kto znajdzie ochotę na powtórkę z rozrywki. I choć osobiście trudno jest mi utożsamić się z którymkolwiek z bohaterów, niektóre żarty wywołują ciarki wstydu, a cała wyssana z palca fabuła to deliryczno-konopna wariacja na Nową Przygodę, to trudno nie pogratulować Michałowi Śledzińskiemu polotu, poczucia humoru i wpisania opowieści w dzisiejszy obraz skłóconej Polski.

Warto jednak dodać, że sequel estetycznie odbiega od pierwszej części osiedlowych przygód. W jej pierwotnej wersji Śledziński postawił na estetyczny, nazwijmy to, minimalizm. Czarno-białe rysunki, wartka kreska, brak cieniowania: wszystko z zamysłem pośpiechu, niczym wrzuty w blokowej windzie czy na szkolnej lamperii. I właśnie takie surowe, monochromatyczne tomisko, zawierające pierwszą część przygód chłopaków ze Swobody, zdawało egzamin. Niestety, druga część to pod względem wizualnym zabójczy koszmar grafika, festiwal gradientu i wspomnienie prostackich gier flashowych, o których wszyscy powinniśmy zapomnieć. Można zrozumieć, że wprowadzenie koloru to artystyczne wywindowanie projektu na wyższy poziom, wydawniczy prestiż i ogólny splendor wizualny. Ale trudno pojąć, dlaczego całość musi wyglądać tak kiczowato i niegodnie, tym bardziej, że można było utrzymać klimat poprzedniego albumu, wprowadzając kolory i stylistykę wykorzystaną na okładce. Jeszcze nigdy tak wspaniale zaprojektowana obwoluta nie okazała się równie ogromnym rozczarowaniem po porównaniu jej z zawartością albumu. Wizualnie „Osiedle Swoboda 2” przypomina pomalowany na seledynowo i ocieplony styropianem stary blok. Scenariuszowo jest tym samym, co wspomniany „Trainspotting 2”: wzrusza, bawi i wywołuje przyjemną nostalgię. Ale wszyscy wiemy, że można było to zrobić lepiej lub nie robić tego wcale.
Michał Śledziński, Bartosz Ślesiński: „Osiedle Swoboda 2”. Wydawnictwo Kultura Gniewu. Warszawa 2017.