15 maja 10 (322) / 2017

Bartosz Marzec,

O OSTATNIEJ TARNOWSKIEJ NAGRODZIE FILMOWEJ

A A A
Tarnowska Nagroda Filmowa jest, obok MFF w Gdyni, najstarszym festiwalem, w którego ramach prezentowane są dokonania polskich twórców kina – w tym roku odbyła się już 31. edycja tej imprezy. Jury, tym razem pod przewodnictwem Feliksa Falka, przyznało Grand Prix Maciejowi Pieprzycy za film „Jestem mordercą”, a nagrodą specjalną uhonorowało „Fale” Grzegorza Zaricznego. Jury Młodzieżowe wyróżniło natomiast „Pokot” Agnieszki Holland, z kolei Jury Dziecięce – „Fasolową zupę”, bajkę z serii „Kuba i Śruba”, wyprodukowaną przez bielskie Studio Filmów Rysunkowych.

Tarnów ma swój klimat. Do otoczonego urokliwymi kamienicami i oplecionego wąskimi ulicami Rynku od zachodu prowadzi ulica Krakowska, od wschodu – Lwowska. Choć miasto leży w województwie małopolskim, a do granicy z Ukrainą trzeba przebyć jeszcze 167 kilometrów, to daje się tu wyczuć fascynującą atmosfera pogranicza. Ważna jest również historia – turystom proponuje się spacery szlakami generała Józefa Bema, wynalazcy Jana Szczepanika, tarnowskich Żydów czy szlakiem architektury renesansowej. Z punktu widzenia kinomana szczególnie atrakcyjnym miejscem jest jednak kino Marzenie. Instytucja to niezwykle szacowna, licząca przeszło sto lat, a poddana efektownej renowacji, wciąż zachowuje ducha starego kina. To właśnie w Marzeniu odbywały się wszystkie projekcje festiwalowe. W Konkursie Głównym rywalizowało dwanaście filmów i mimo że niemal wszystkie z nich trafiły wcześniej do polskich kin (wyjątkiem było „Wspomnienia lata” Adama Guzińskiego), to sala Marzenia regularnie wypełniała się po same brzegi. Frekwencja dopisała także na spotkaniach z artystami, którzy licznie odwiedzili Tarnowską Nagrodę Filmową, walnie przyczyniając się do stworzenia atmosfery święta kina.

W moim odczuciu najbardziej atrakcyjnym punktem programu była sekcja „Wajda – portret zwielokrotniony”, w której ramach można było obejrzeć zapis legendarnej „Umarłej klasy” (1976) Tadeusza Kantora. Dość często zapomina się, że jest on dziełem Andrzeja Wajdy, który niegdyś zachwycił się spektaklem krakowskiego reżysera. Teatr to oczywiście inna forma wyrazu niż kino; operuje odmiennym językiem, a przedstawienie opiera się na interakcji aktorzy-publiczność, niezachodzącej podczas seansu filmowego. Mimo wszystko zapis przedstawienia Kantora –  dokonany w dodatku przez Wajdę i oglądany w sali kinowej – był wspaniałym przeżyciem. Jeśli więc oglądać „Umarłą klasę”, to przynajmniej na dużym ekranie.

W programie znalazł się też pokaz specjalny „Powidoków” (2016) oraz sześć filmów dokumentalnych, w tym cztery samego bohatera sekcji. „Wróblewski według Wajdy” (2015) to relacja z prac nad wystawą dzieł Andrzeja Wróblewskiego, przy okazji której reżyser opowiedział o swojej relacji z malarzem. To właśnie po spotkaniu z twórczością Wróblewskiego, kolegą z tużpowojennej krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, Wajda postanowił porzucić dotychczasowe studia i przenieść się do łódzkiej filmówki. Uznał po prostu, że nie namaluje lepiej tego, co przedstawił Wróblewski. Z dokumentu dowiadujemy się, że taki wpływ miała na niego praca zatytułowana „Rozstrzelany” (1949). Malarz w cyklu „Rozstrzelania” oddał głos poległym w czasie wojny, a więc wyraził to, co było pierwszym celem generacji Wajdy. On sam dokonał tego później w „Pokoleniu” (1955), „Kanale” (1957) oraz „Popiele i diamencie” (1958).

Twórczość Wróblewskiego jest też jednym z wątków dokumentu „Andrzej Wajda: moje inspiracje” (2016), wyreżyserowanego wspólnie z Markiem Brodzkim. Mistrz opowiada tu o subtelnym wpływie i dosłownych cytatach z dzieł Grottgera, Matejki czy Malczewskiego. Choć twórczość Wróblewskiego odgrywa ważną rolę we „Wszystko na sprzedaż” (1969), to właśnie dzieła XIX-wiecznych i młodopolskich malarzy stanowią dla Wajdy najistotniejsze źródło malarskich inspiracji. Ciekawie wypadło też „Zaproszenie do wnętrza” (1978), czyli dokument o imponującej kolekcji sztuki naiwnej, którą zebrał w swoim domu Ludwig Zimmer. Był on niegdyś korespondentem zachodnioniemieckiego radia w Polsce, od 1956 roku mieszka w Warszawie. Jego talent gawędziarski i specyficzny zmysł kuratorski, w połączeniu z okiem kamery Witolda Sobocińskiego, przydają dziełom twórców naiwnych specjalnego blasku, a dokument jawi się jako pasjonujący portret czułego marszanda o antropologicznym zacięciu. W programie sekcji znalazł się też „Kredyt i debet. Andrzej Wajda o sobie” (1999), film Joanny Ronikier, stanowiący próbę podsumowania działań artystycznych reżysera, a także dokument „Marzenia są ciekawsze” (1999), w którym Wajda opowiada Stanisławowi Janickiemu o filmach, jakie pragnął nakręcić, ale ostatecznie nie zdołał ich zrealizować (o dwóch z nich, jednym dotyczącym zamachu w Sarajewie, drugim – ekranizacji „Jądra ciemności”, można przeczytać w artykule Janickiego opublikowanym w grudniowym „Kinie”).

Wartościowym uzupełnieniem sekcji były wystawy „Film Andrzeja Wajdy w plakacie światowym” i „Andrzej Wajda. Szkicownik”. Pierwsza z nich stanowi prezentację zbiorów łódzkiego Muzeum Kinematografii. W Tarnowie pokazano m.in. dzieła twórców polskiej szkoły plakatu: Wojciecha Zamecznika („Pokolenie”, 1955), Jana Lenicy („Kanał”, 1957), Wojciecha Fangora („Popiół i diament”, 1958 i „Niewinni czarodzieje”, 1960), Franciszka Starowieyskiego („Samson”, 1961 i „Wszystko na sprzedaż”, 1969), Romana Cieślewicza („Popioły”, 1965 i „Panny z Wilka”, 1979), Waldemara Świerzego („Ziemia obiecana”, 1975 i „Człowiek z marmuru”, 1977). Poza ilustracjami polskich artystów zaprezentowano także szeroki przekrój prac zagranicznych twórców. Niezwykle ciekawe wydało mi się to, że plakaciści z tak odległych krajów, jak Brazylia i Wielka Brytania wpadli na bardzo podobny pomysł, pracując nad obrazem promującym „Dyrygenta” (1980). Otóż przedstawili oni tytułowego bohatera jako figurę bez głowy, co wydaje się dobrze uzasadnione: wszak postać ta zostaje dosłownie pożarta przez pychę i chorą ambicję. Drugą wystawę zorganizowano natomiast we współpracy z krakowskim Muzeum Manggha, którego powstanie zainicjował sam Andrzej Wajda tuż po odebraniu prestiżowej Nagrody Kioto. W Tarnowie można było zobaczyć rysunki abstrakcyjne z drugiej połowy lat 40., szkice z prac nad przedstawieniem „Hamleta” (1989) oraz szkice wykonane w czasie podróży do Japonii (lata 80. i 90.), przedstawiające ludzi, ogrody czy świątynie.

Na koniec warto wspomnieć, że uhonorowanie zmarłego w ubiegłym roku Mistrza osobną sekcją miało dodatkowe, specjalne znaczenie. Otóż pierwszą Tarnowską Nagrodę Filmową, a był to rok 1987, wygrała „Kronika wypadków miłosnych” (1986). 31. edycja festiwalu stanowiła więc pewną ważną klamrę, być może nawet cezurę w historii tej imprezy. Historii oby jak najdłuższej.
31. Tarnowska Nagroda Filmowa. Festiwal Wybranych Polskich Filmów Fabularnych. 21-29.04.2017, Tarnów.