Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (323) / 2017

Marta Kalarus,

GROTESKOWY ŚWIAT WEDŁUG DUMONTA (MARTWE WODY)

A A A
Wyprodukowane w 2016 roku „Martwe wody” Bruna Dumonta doczekały się niedawno polskiej premiery. Wielu kinomanów wypatrywało tego momentu z niecierpliwością – chociażby dlatego, że film francuskiego reżysera walczył o Złotą Palmę podczas ubiegłorocznego festiwalu w Cannes, był także nominowany do Cezarów 2017. Niestety, reżyser popełnił ciężki grzech: stworzył film, w czasie którego projekcji widz patrzy na zegarek, zastanawiając się, ile jeszcze potrwa seans.

Wydawałoby się, że „Martwe wody” posiadają wszystko, czego potrzeba dziełu mogącemu bawić różne typy odbiorców. Mamy w tym filmie dużą dawkę humoru, zagadkę kryminalną, cenionych aktorów, piękne widoki, kanibalizm, walkę klas oraz mnóstwo nawiązań intertekstualnych. Niestety, ta mieszanka okazuje się ciężkostrawna i najzwyczajniej nużąca. Zacznijmy od aspektu komediowego. Film obfituje w humor, mający, jak się zdaje, obnażać absurd świata przedstawionego. Misja zostaje poniekąd spełniona – widz bez trudu dostrzega groteskowość zachowania i trybu życia bohaterów. Nie zmienia to jednak faktu, że nawiązujące do slapstickowej tradycji żarty po prostu nie są śmieszne.

Oczywiście, kontrargumentem wobec tej opinii może być stwierdzenie, że poczucie humoru to kwestia indywidualna i nie do każdego trafi typ dowcipów zaprezentowanych w „Martwych wodach”. Trudno z tym polemizować, podobnie jak z poglądem, że stworzenie naprawdę dobrej groteski jest niełatwe. Dumont niestety nie podołał zadaniu. Jedną z funkcji surrealistycznej, przepełnionej groteską konwencji jest obnażenie sztuczności prezentowanego świata. Najbardziej sztuczne zdają się jednak ekranowe żarty – sprawiają wrażenie obmyślonych i wykonywanych z wysiłkiem, co zdecydowanie przekłada się na odbiór filmu. Razić może również brak zastosowania różnych odcieni prezentowanego humoru – wszystkie są bardzo podobne. Tę konsekwencję trudno uznać za zaletę, tym bardziej, że jej wynikiem jest poczucie monotonii i braku polotu. Rzutuje to na wymowę filmu i przyćmiewa zawarte w nim filozoficzne i ideowe konteksty.

Pełna nieznośnej sztuczności jest także postać, w którą wciela się Juliette Binoche. Światowej sławy aktorka, która niejednokrotnie udowodniła, że potrafi stworzyć niezapomniane kreacje, tym razem sprawia wrażenie, jakby rola zwichrowanej, histerycznej arystokratki bardzo ją męczyła. Ów wysiłek, objawiający się w nadmiernej ekspresji, widać w niemal każdym geście aktorki, co skłania do przyjęcia tezy, że być może Binoche lepiej odnajduje się w rolach dramatycznych. Zdecydowanie sprawniej ze swoimi kreacjami radzą sobie Fabrice Luchini i Valeria Bruni Tedeschi.

Uczciwie trzeba przyznać, że film Dumonta ma także zalety. Ogromnym atutem jest strona wizualna – zdjęcia są naprawdę estetyczne i świetnie współgrają z tym, co rozgrywa się na ekranie. Przykładem może być scena makabrycznego posiłku spożywanego przez dzieci z rodziny Brufortów. Zastosowana kolorystyka wyraźnie sygnalizuje rozdźwięk między nimi a wiodącymi próżniaczy tryb życia arystokratami zamieszkującymi elegancką willę. Każdy fragment scenografii został starannie przemyślany i dopasowany do klimatu poszczególnych scen. Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że wymienione elementy to zbyt mało, aby utrzymać zaciekawienie i uwagę widza.
„Martwe wody” („Ma loute”). Reżyseria i scenariusz: Bruno Dumont. Zdjęcia: Guillaume Deffontaines. Obsada: Juliette Binoche, Fabrice Luchini, Valeria Bruni Tedeschi i in. Produkcja: Francja, Niemcy 2016, 122 min.