Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (323) / 2017

Mateusz Demski,

ŚWIAT POKAZAŁ KŁY (BUTTERFLY KISSES)

A A A
„Butterfly Kisses”, kinowy debiut Rafała Kapelińskiego, który za sprawą prestiżowego Kryształowego Niedźwiedzia zyskał status nowego rozdania w kinie młodych, może wprowadzić niejednego widza w stan dezorientacji. Po wieloletnim mariażu z krótkim metrażem – „Emilka płacze” (2006), „Fundacja Kultura” (2009) i „Konfident” (2011) – otrzymujemy twórczość poddaną zaskakującej obróbce. Wielu zapewne na pierwszy rzut oka uzna nowy rozdział w twórczości Kapelińskiego za głos w sprawie pedofilii uważanej powszechnie za seksualne zwyrodnienie. Ale ten zrealizowany za niewielkie pieniądze film jest czymś więcej niż przełamaniem tabu. Tuż pod jego zewnętrzną skorupą kryje się próba zwrócenia uwagi na upiorne oblicze dojrzewania, które pasożytuje na swoim dobrotliwym rewersie – świecie niewinnych namiętności. To już zatem nie to samo surowo zainscenizowane love story, które oglądaliśmy u początków twórczości Polaka na saksach, a stylowa opowieść o trudnych do sprecyzowania pokusach młodości. „Butterfly Kisses” to epitafia do wiosny życia, jakich w polskim, jak zresztą i w europejskim kinie można ze świecą szukać.

W przypadku debiutującego na dużym ekranie w wieku 46 lat Kapelińskiego, wykładowcy prestiżowej London Film School, roztrząsanie problemu utraty niewinności od początku pozostawało w kręgu istotnych zainteresowań. Wybór nieprzypadkowo ponownie padł na podmiejską psychodramę, tyle że tym razem rozpisaną na trzy aktorskie głosy. Jej echo rozciąga się ponad zaplutym blokowiskiem w londyńskiej dzielnicy Stockwell, gdzie mieszkają Jake (Theo Stevenson), Kyle (Liam Whiting) i Jarred (Byron Lyons) – trzej nastoletni koledzy od kołyski aż po grób. Ich szarą codzienność wypełniają partyjki bilardu, zoofilska pornografia, kupowanie jointów po kątach, boks i dyskusje o dziewczynach, wieczne seksualne fantazje o „zaliczaniu” panienek z osiedla. Choć wydaje się, że znają się jak łyse konie i trwonią razem całe dnie na poszukiwaniu „mocnych wrażeń”, to w rzeczywistości nie wiedzą o sobie niczego szczególnego. W tym także tego, że ich bujający w obłokach kumpel Jake, do którego impulsy zdają się docierać wyłącznie przez filtr melancholii, nie radzi sobie z pożądaniem wobec nieletniej dziewczynki.

Mimo czytelnego klucza obyczajowego, wedle którego pedofil to seksualny pomyleniec, od którego należy trzymać się z daleka, Kapeliński nie stawia konkretnej tezy; nie wytyka nikogo palcem, nie ucieka się do ferowania fałszywych wyroków, ale też nie rozgrzesza. W wizji reżysera najbardziej zaskakuje zatem to – co niezwykle istotne – że nie dopatruje się winy po stronie swojego młodego bohatera. Zadaje za to prowokacyjne pytanie: czy po napaści na dziewczynkę chłopak stał się oprawcą, czy może ofiarą? Ktoś powie: postawa Jake’a to ni mniej, ni więcej plugawy produkt dzisiejszych czasów, determinujący mocną i jednolitą reakcję. I może mieć w tym trochę racji, ponieważ chyba nietrudno wyobrazić sobie, w jakim świetle podobną historię ukazaliby zafiksowani na punkcie społecznego komentarza Brytyjczycy. U Kapelińskiego próżno jednak szukać takich uproszczeń i zrzucania niesprawiedliwości świata na barki jakiejkolwiek ideologii, która ograbia społeczeństwo z godności. Jego film skutecznie unika podążania za linią społecznego realizmu brytyjskiego; ustawia się wobec niego w kontrze.

W rezultacie poziom samego scenariusza „Butterfly Kisses” odstaje nieco od wyrazistego warsztatu. Autor „Konfidenta” nie ucieka się bowiem do zainteresowania problemami pokolenia, które boi się miłości, nie stawia pytań o motywacje jego postaw, po macoszemu traktuje też kwestię rozbitej rodziny i braku ojcowskiego autorytetu. Usiłuje za to wypatrzeć na horyzoncie coś niedefiniowalnego. Tym samym, za pośrednictwem zuchwałej formy, Kapeliński tworzy metaforę hormonalnej burzy, przez którą przebijają się wyraźne echa kina dresiarskiego i ekspresjonistycznego imaginarium Fritza Langa. O podobny – nie bójmy się tego słowa –  geniusz w łączeniu skrajnych konwencji ociera się zresztą wygrana na organach partytura Nathana W. Kleina zestawiona z agresywnym brzmieniem Die Antwoord, które tworzą artystyczną nadwyżkę tego filmu. Los brytyjskich blokersów zdaje się zatem ciekawić reżysera o tyle, o ile zawiera w sobie mgliste, nieprzejrzyste punkty, które może przekuć na modłę swej autorskiej fantazji – jak w hipnotyzującej scenie domówki, gdzie portret zamaskowanych pijanych nastolatków uwodzi widza semantycznym charakterem. Kapeliński widocznie woli poruszać się w kręgu wizualnej iluzji i fabularnej nieprzejrzystości. A zatopiony w czarno-białej tonacji i gęstej atmosferze czuje się wręcz jak ryba w wodzie.

Sztuka tuszowania rzeczy istotnych pod niekonkluzywnym entourage w finale „Butterfly Kisses” zyskuje jednak inny wymiar, który tylko uwypukla traumę bohaterów. Ale finałowe sceny wciąż nie przekraczają granicy pornografii przemocy, nie próbują wyściubić nosa przez cienką linię inscenizacyjnej przyzwoitości. Ich okrutna logika zawiera się za to daleko poza kadrem, w statycznym ujęciu klatki schodowej i na wpół uchylonych drzwi. Jake wchodzi do mieszkania, dziewczynka krzyczy, a świat – jak twierdzi sam reżyser – obnaża swoje kły. Chwilę później widzimy, jak jego przyjaciele wyglądają przez okno na innym korytarzu, gdzie ich kumpel codziennie podglądał swoich sąsiadów, zatapiał się w ich codziennych sprawach, drobnych rytuałach. Kiedy do bohaterów, a także do widza dotrze już znaczenie tego, co się wydarzyło, nadwerężone emocje zaczynają działać niczym czerwona pigułka Morfeusza. Kapeliński jednym nienarzucającym się epizodem wyrywa widza z błogiego letargu, stawiając go na baczność między młotem a kowadłem, między rozżarzoną bezsilnością a ledwie tlącą się nadzieją.
„Butterfly Kisses”. Reżyseria: Rafał Kapeliński. Scenariusz: Greer Ellison. Zdjęcia: Nick Cooke. Obsada: Theo Stevenson, Elliot Cowan, Rosie Day, Charlotte Beaumont i in. Produkcja: Wielka Brytania 2017, 89 min.