ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (323) / 2017

Maciej Libich,

REŻYSER POSZUKUJĄCY SENSU (OBCY: PRZYMIERZE)

A A A
Recenzje najnowszego dzieła Ridleya Scotta przynoszą werdykt właściwie jednoznaczny – „Obcy: Przymierze” to film nieudany. Nie tylko amerykańscy, ale również polscy filmoznawcy kompleksowo wypunktowują wszystkie wady i niedociągnięcia kolejnej odsłony „Obcego”. Nawet Michał Walkiewicz, wcześniej odważnie broniący „Prometeusza”, o „Przymierzu” pisze w nader niepochlebny sposób. Z jego argumentami zresztą trudno się nie zgodzić. Rzeczywiście, „Obcy: Przymierze” to film noszący znamiona nieuporządkowania, zasadniczo niekreatywny i obarczony niezliczonymi błędami wynikającymi zapewne z produkcyjnego pośpiechu i zamieszania, które towarzyszyło powstawaniu filmu (mowa choćby o losach pobocznego projektu Neilla Blomkampa). Jest to szczególnie zadziwiające, gdyż trylogia prequeli „Obcego: Ósmego pasażera Nostromo” zdawała się projektem może nie odkrywczym, ale z pewnością nieszablonowym.

„Prometeusz” jako pierwsza część trylogii Scotta był filmem pod wieloma względami tak nowatorskim, że samo jego powstanie zdawało się w pewnym momencie nieprawdopodobne. Efekt okazał się jednak zaskakujący i ciekawy, jeśli bowiem „Ósmego pasażera Nostromo” można nazwać horrorem science fiction, to „Prometeusz” przybiera postać kina science fiction z co najwyżej szczątkowymi elementami horroru. Scott mniejszą uwagę przykłada do wartkiej akcji czy sprawnego konstruowania dramaturgii – swój film poświęca raczej egzystencjalnym pytaniom o miejsce gatunku ludzkiego we wszechświecie, a podwalinami dla owych pytań stają się relacje człowieka ze stwórcą oraz relacje syntetyków z człowiekiem-kreatorem, który okazuje się intelektualnie rozczarowujący podczas próby przywłaszczenia sobie boskich przymiotów. To właśnie aspekt transhumanizmu konstytuuje wartość „Prometeusza”, przy czym nie jest to transhumanizm technologiczny, znany choćby z „Transcendencji” Pfistera, ale transhumanizm ontologiczny, doszukujący się rozwiązań w zakresie zagadnień fundamentalnych.

Prolog „Obcego”, o czym należy również wspomnieć, jest nie tylko odważny koncepcyjnie, ale też doskonały audiowizualnie, zachwycający pod względem estetycznym, budujący niedopowiedzianą wizję futurystycznego świata w oparciu o rozwiązania techniczne (wspomnieć można o kostce-projektorze tworzącej trójwymiarowy obraz Petera Weylanda). „Prometeusz” zawodzi jednak pod innym względem, a mianowicie na postawione pytania nie proponuje w gruncie rzeczy żadnych odpowiedzi i sugeruje, co gorsza, iż widz powinien oczekiwać ich w nadchodzących częściach sagi. Niestety, „Obcy: Przymierze” w brutalny wręcz sposób weryfikuje owe obietnice. Nie znaczy to wszakże, iż z tego powodu najnowsze dzieło Scotta staje się filmem kategorycznie złym. Jest raczej umiejętnie skomponowanym przez wszechstronnie uzdolnionego reżysera kolażem, którego części składowych nie sposób oceniać jedną miarą.

Niemniej, by uprościć omawianie najnowszego „Obcego”, podzielić go można na dwa fabularnie wiodące epizody. Pierwszy z nich odbywa się na pokładzie kolonizacyjnego statku kosmicznego o nazwie „Przymierze”, którym dowodzi robot Walter (w tej roli doskonały Michael Fassbender). Statek ulega nagłej awarii, jego załoga zostaje wybudzona, a kapitan (epizodyczna rola Jamesa Franco) na oczach swojej żony płonie żywcem w kapsule hibernacyjnej. To scena bez wątpienia poruszająca emocjonalnie – Ridley Scott posługuje się nią w pełni świadomie i tym samym daje odbiorcy do zrozumienia, że rozgrywający się na jego oczach horror będzie nie tylko horrorem niszczejącego ciała, ale również horrorem „interpersonalnym”, w którym uśmiercenie wybranych członków załogi silnie oddziałuje na pozostających przy życiu bohaterów. Nie bez powodu w filmie pojawiają się aż cztery (!) małżeństwa, co stanowi nie tylko nawiązanie do relacji dwóch postaci z „Prometeusza” – doktor Elizabeth Shaw (Noomi Rapace) i Charliego Hallowaya (Logan Marshall-Green) – ale jest również jego nieprzypadkowym rozwinięciem.

Naprawa statku, oprócz kilkudziesięciogodzinnego postoju, pociąga za sobą przypadkowe odkrycie zagubionego w kosmosie sygnału alarmowego. Załoga „Przymierza” niejednogłośnie decyduje się zbadać wiadomość dochodzącą z pobliskiej planety. To część filmu, którą określić można mianem co najmniej bardzo dobrej. Scott stylizuje ów pierwszy epizod na swego rodzaju kosmiczne kino drogi – w szczegółach przedstawia procedury pokładowe i systemowe rządzące statkiem kosmicznym, odkrywa techniczne możliwości pojazdu (na przykład poprzez wprowadzenie pomysłowych żagli słonecznych), a całość futurystycznej, choć jednocześnie wiarygodnej wizji odzwierciedla za pomocą detalicznego obrazowania. Przestrzeń pozaziemska u Scotta natychmiast przywołuje wizualizacje z filmów Cuaróna („Grawitacja”) czy Nolana („Interstellar”) – to kosmos wprawdzie pozbawiony teleologicznej wrogości, ale nieskończenie wielki, przytłaczający swoim ogromem i śmiertelnie niebezpieczny. Nolan zdaje się jednak znacznie lepiej niż Scott operować elementem kosmicznym, a ujęcie statku miarowo „przepływającego” obok księżyców Saturna już w tym momencie określić można mianem kultowego.

Niemniej, efekty specjalne w najnowszym „Obcym” nie pozostawiają właściwie żadnego pola do krytyki. Od dyskomfortu wynikającego z obserwowania nieprzyjaznego kosmosu silniejszy jest tylko zachwyt spowodowany majestatycznymi krajobrazami górzystej planety, na którą przybywa załoga „Przymierza”. Scott wpisuje się w stworzony w „Prometeuszu” klucz estetyczny nie tylko w kwestii scenografii (technologia statku, minimalistyczne białe pokoje siedziby korporacji Weyland-Yutani), ale również w kwestii kolorystyki – dominują tu barwy zielone i bladoniebieskie, równie nieprzyjemne jak szaro-niebieski koloryt „Prometeusza”.

Tu kończy się wszakże pierwszy epizod filmu, a rozpoczyna drugi – w swojej budowie, w gruncie rzeczy, zupełnie odmienny. Scott przeplata w nim segmenty właściwego horroru ze scenami, w których nieudolnie próbuje udzielać powierzchownych odpowiedzi na postawione w pierwszym prequelu pytania. Należy jednak przyznać, iż „Obcy: Przymierze” swoją funkcję spełnia należycie przede wszystkim ze względu na – być może nieoryginalną, ale wciąż intensywnie oddziałującą – eksploatację konwencji wysokobudżetowego gore czy też cielesnego horroru. Brutalne i krwawe sceny „Obcego” przypominają niejako (choć jest to, rzecz jasna, próba zderzenia dwóch odmiennych płaszczyzn) projekcje okrutnych egzekucji z serii gier komputerowych o nazwie „Dead Space”. W tym sensie nowy film Scotta można wręcz nazwać sadystycznym, a przynajmniej lubującym się w bestialstwie – wypadające kręgosłupy, odcięte głowy i zmiażdżone wnętrzności przemawiają o wiele mocniej niż wypowiadane na ekranie słowa. Atmosferę niepewności i przerażenia zdaje się dodatkowo podkreślać nastrojowa ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Jeda Kurzela. Nie tylko w odpowiedni sposób koresponduje ona z akcją filmu, ale również, co ważniejsze, nawiązuje zarówno do motywów pojawiących się w „Obcym: Ósmym pasażerze Nostromo”, jak i „Prometeuszu”, wyraźnie wskazując na to, iż „Obcy: Przymierze” jest bezpośrednim połączeniem oddalonych od siebie o kilkadziesiąt lat filmów.

Mimo iż najnowszy „Obcy” pod względem technicznym jest de facto pozbawiony większych uchybień, a omawiane tu elementy filmu zasługują na słowa uznania, to w zderzeniu z jaskrawymi przykładami błędów stają się one zasadniczo niezauważalne lub wręcz pomijalne, przez co „Obcego: Przymierze” odebrać można wyłącznie jako dzieło nieznośnie chaotyczne, niepotrzebnie enigmatyczne i, jednocześnie, przewidywalne. Scott – jak wspomniano – nie angażuje się w próby odnalezienia odpowiedzi, ale rozmywa i tak nieliczne fakty rozwlekłymi dygresjami na temat ewolucji biologicznej kseno- i neomorfów. Ta quasi-naukowa refleksja prowadzona przez zbuntowanego i niestabilnego emocjonalnie syntetyka Davida (w którego również wcielił się Michael Fassbender w interesującej „podwójnej” roli) przybiera doprawdy kuriozalną formę, w której szczegóły rozwoju patogenu – brzmiące niczym wyimki z podręcznika do anatomii – stają się dla reżysera i scenarzystów ciekawsze od pytań w rodzaju: „Kim jesteśmy?”; „Jaki jest cel naszego życia?”. Z drugiej jednak strony, krótkie fragmenty filmu, w których bohaterowie zdają się przybliżać do rozwiązania dręczących widza zagadek lub chociaż powierzchownie omawiać problematykę zasygnalizowaną w „Prometeuszu”, zbudowane są tak niezręcznie, że ich przedwczesny koniec przynosi raczej ulgę niż zawód. Długa i osobista rozmowa Davida i Waltera posiada przecież niezmierzony wręcz potencjał postaciotwórczy, ograniczony wyłącznie wyobraźnią twórców, tymczasem materializuje się w czterech minutach nieudolnej lekcji gry na flecie.

Marnotrawienie potencjału najnowszego „Obcego” objawia się jednak nie tylko w obraniu nietrafionego kierunku artystycznego, ale również w systematycznie powracających w scenariuszu logicznych nieścisłościach spowodowanych narracją Scotta, której brakuje precyzji. Po dwóch filmach wciąż nieodgadnione jest, czy Inżynierowie stworzyli człowieka, czy też nie. Być może – jak sugeruje reżyser – stworzyli nawet całe życie na Ziemi? W końcu na ich planecie rośnie pszenica, a zgłębiający przez dziesięć lat historię Inżynierów David w jednej ze scen opowiada Walterowi historię neandertalczyków tworzących cywilizację. Czy w takim razie gatunek filmowych antagonistów odpowiada wyłącznie za powstanie pierwotnych, jednokomórkowych form życia? W tym sensie trudno byłoby zaprzeczyć kreacjonistycznemu stworzeniu człowieka, ale przecież stworzeniu niebezpośrednim. Spektakularność idei Scotta przy takich założeniach maleje diametralnie, a budowana przez długie lata saga przybiera formę rozwlekłej próby udowodnienia teorii panspermii.

W „Obcym: Przymierze” zawodzą również aktorzy, chociaż wina leży raczej po stronie scenarzystów niepotrafiących wykorzystać możliwości, jakie oferuje skupienie rozległej obsady w zamkniętej przestrzeni statku kosmicznego. Scottowi nie udało się zatem pozbyć błędów tak drażniących w „Prometeuszu” ani powtórzyć sukcesu „Ósmego pasażera Nostromo”. Bohaterowie stworzeni są na wzór klisz zaczerpniętych z Cameronowskiego „Avatara”, a ich osobowościom zwykle odpowiada właściwie wyłącznie jedna cecha (na przykład agresywność, niezdecydowanie, delikatność, determinacja). Większość postaci napisana jest zresztą wyłącznie po to, by w odpowiednich partiach filmu stopniowo się ich pozbywać, a scenarzyści zdają się wyznawać pragmatyczną doktrynę, wedle której nie warto rozwijać osobowości predestynowanych do śmierci bohaterów. Wyraźniej zarysowane są jedynie postaci mające pojawić się w sequelu „Obcego: Przymierze”. Z tego też powodu znacznie więcej czasu niż pozostałym bohaterom poświęca Scott parze robotów (Davidowi i Walterowi), choć należy przyznać, iż wcielający się w nie Michael Fassbender ze swojej roli wywiązuje się ponadprzeciętnie dobrze. Fassbender wszak wielokrotnie udowadniał, że jest aktorem uniwersalnym („Makbet”, seria „X- men”, „Wstyd”, niedawny „Song to Song”), dlatego też jego kreacja w filmie Scotta zdaje się przejmować ciężar prowadzenia fabuły. Jednostkowa rola Fassbendera nie jest jednakże wystarczająco przekonywająca, by uratować dzieło Scotta.

„Obcy: Przymierze”, co należy ponownie podkreślić, jest wprawdzie filmem niemalże doskonałym na płaszczyźnie technicznej oraz audiowizualnej, lecz pozostaje produktem taśmowego i nużąco schematycznego fabrykowania. Pod tym względem wpisuje się w nurt wybrakowanego kina hollywoodzkiego spod znaku Marvela, które bazuje nie na jakości przedstawienia, ale na regularnych datach premier. Tym bardziej niepokojący wydaje się fakt, iż Ridley Scott – jak zapewniał w jednym z wywiadów – posiada skończony scenariusz sequela „Obcego: Przymierze”, a zdjęcia mają rozpocząć się już w 2018 roku. Wiernym fanom serii pozostaje jedynie mieć nadzieję, iż reżyser, wraz ze scenarzystami, w kolejnej odsłonie kultowej sagi odkryje środki wyrazu umożliwiające stworzenie nowej jakości – filmu odnajdującego równowagę między sprawnie konstruowaną akcją a egzystencjalnymi dylematami. Obecnie jednak Ridley Scott, choć jest bez wątpienia jednym z najważniejszych przedstawicieli kina science fiction XX wieku, wciąż czeka, by znaleźć się w gronie reżyserów takich jak Nolan, Cuarón, Jonze i Villeneuve, którzy tworzą kanon filmów fantastyczno-naukowych wieku XXI.
„Obcy: Przymierze” („Alien: Covenant”). Reżyseria: Ridley Scott. Scenariusz: John Logan, Dante Harper. Zdjęcia: Dariusz Wolski. Obsada: Michael Fassbender, Katherine Waterston, Billy Crudup i in. Produkcja: USA, Australia, Nowa Zelandia 2017, 122 min.