Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (323) / 2017

Maciej D. Woźniak,

PROSTOTA, OBRAZ, PRAWDA (14. FF MILLENIUM DOCS AGAINST GRAVITY)

A A A
Moglibyśmy wyrecytować litanię pokrótce przedstawiającą najciekawsze pozycje z festiwalu, jednak potok istotnych i godnych polecenia tytułów szybko przemieniłby się w bezkształtną masę. Moglibyśmy analizować te realizacje, które zyskały największy poklask i zdobyły najwięcej laurów (na czele z poruszającym filmem Firasa Fayyada „Ostatni w Aleppo”), jednak nad tymi dziełami pochylają się wszyscy. Zamiast tego zdecydujmy się na odmienną formę i spójrzmy na cztery realizacje nieco pominięte, jednak z rozmaitych względów warte uwagi. Co ważniejsze, ich zestawienie prowadzi do istotnych wniosków dotyczących obecnej kondycji kina dokumentalnego i tego, co jest dla niego najważniejsze.

Niewolnicy gadających głów

„Zdobywca Oscara Alex Gibney odkrywa przed nami fenomen Stuxnet – samoreplikującego się wirusa komputerowego odkrytego w 2010 roku. Wirus skutecznie zainfekował komputery w Iranie, a następnie wymknął się spod kontroli i zaczął swobodnie się rozprzestrzeniać” – krótki opis filmu „Zero Days” rozpala wyobraźnię do czerwoności. Czy temat, który nadawałby się na powieść Johna Le Carré albo serial, prawdopodobnie lepszy niż „Homeland”, może być nieciekawy? Tajemniczy wirus, rządowe tajemnice, konspiracja, wojna z terroryzmem, pytania o etykę i bezpieczeństwo… Możliwości stojące przed Gibneyem były ogromne.

Twórca głośnej „Drogi do wyzwolenia”, opowiadającej o pułapce scjentologii, a także zdobywca Oscara za „Kurs do Krainy Cienia” podszedł do tematu wirusa Stuxnet wręcz modelowo. Sęk w tym, że zastosowany przez niego model to matryca zużyta dziesiątki razy przez licznych dokumentalistów, z nim samym włącznie, co sprawiło, że fascynujący skądinąd temat został zagłuszony przez nadmiar słów i niedobór ciekawego obrazu, który przykułby oko.

Zderzenie z filmem Gibneya można opisać jednym prostym sformułowaniem: gadające głowy. Tym bowiem w istocie jest jego realizacja, a fakt ten sprawia, że siedząc w kinie, zastanawiamy się, czy nie widzieliśmy już podobnego filmu na Discovery Channel, a przy okazji nieustannie spoglądamy na zegarek, wyczekując zakończenia dwugodzinnego zbioru monologów. Gibney zdecydował się na najprostszą metodę – zebrał świadków, posadził ich przed kamerą i kazał im mówić. Kolejni pracownicy agencji rządowych, eksperci od cyberbezpieczeństwa i ludzie w ten czy inni sposób związani z funkcjonowaniem administracji USA komentują sprawę wirusa, odsłaniając kolejne fakty dotyczące jego powstania i przeznaczenia. Jednocześnie każdy wyraża swoją opinię, snując refleksję na temat trudnych wyborów dotyczących kwestii bezpieczeństwa oraz zagrożeń, jakie mogą stać za technologiami, które łatwo mogą wymknąć się spod kontroli.

Temat ten jest naprawdę fascynujący i na swój sposób przerażający. Chciałoby się zapytać: cóż złego w tym, że Gibney pokazał relacje świadków i ekspertów? Czy nie tak powinien postępować dokumentalista? Wydaje się, że tak, ale spotkanie z „Zero Days” prowokuje nas do postawienia sobie kolejnego pytania: czy naprawdę to chcemy oglądać w kinie? Kluczowe jest tu słowo „oglądać”. Opowieści Gibneya ciekawie się słucha, ale trudno nie ulec wrażeniu, że byłaby lepiej przyswajalna jako audiobook odtwarzany w samochodzie podczas nużącej drogi do pracy. W warstwie wizualnej i kreacyjnej film jest właściwie pusty. Co prawda Gibney stosuje rekonstrukcje zdarzeń, jednak sceny przedstawiające działanie irańskiego reaktora jądrowego atakowanego przez wirusa czy szpiega wykradającego dane z rządowych komputerów w ramach tajnej operacji nie są ani interesujące, ani estetycznie dopracowane. Po prostu stanowią zwykłą ilustrację, niewnoszącą niczego do przekazu.

Jedyny element kreacyjny wychodzący w tym filmie poza schemat suchego reportażu to postać pracownicy amerykańskich służb, która w finale okazuje się odgrywaną przez aktorkę zbitką rozmaitych osób, które obawiały się ujawnienia tożsamości. Jednak i tu Gibney nie zaskakuje widza, od początku sugerując poprzez załamany obraz towarzyszący wypowiedziom tej postaci, że coś ją odróżnia od pozostałych osób wypowiadających się przed kamerą.

Seans „Zero Days” utwierdza w przekonaniu, że niektóre formy kina dokumentalnego nie sprawdzają się na wielkim ekranie, są zbyt archaiczne i mogą funkcjonować jedynie w telewizji lub w sieci. Pełnoprawne artystyczne dzieła oferują widzowi nie tylko przedstawienie faktów, lecz także przeżycie estetyczne, wejście w inny świat, kontakt z nieznaną mu rzeczywistością, który przychodzi przez obraz i kreację. Tymczasem „Zero Days” to film solidny i poprawny, jednak zostawiający w nas pustkę. Nie jest to zła realizacja, a sama historia jest warta poznania, jednak fakt, że filmy kręcone w tym stylu były w zdecydowanej mniejszości na tegorocznym Millenium Docs Against Gravity, wskazuje, że ich era nieuchronnie się kończy.

Pułapka formalnej awangardy 

Niestety, czasem filmowcy trudniący się kinem dokumentalnym popełniają grzech zgoła odmienny, stosując w swoich dziełach nadmiar kreacji. Taka myśl mogła towarzyszyć festiwalowemu widzowi podczas seansu, który zapowiadał się jako jedna z najbardziej oryginalnych i obiecujących propozycji. „Dzieci nie boją się śmierci, dzieci boją się duchów” to opowieść o filmowcu, który udaje się do małej chińskiej wioski, by zbadać tajemniczą sprawę samobójstw popełnianych przez miejscowe dzieci. Czy to spisek? Czy to zbrodnia? A może odpowiedź leży w zupełnie innej sferze i związana jest ze zjawiskami nadprzyrodzonymi?

Film Ronga Guanga Ronga prezentowany był w sekcji „Fiction. Non Fiction” przedstawiającej quasi-dokumenty i popularne w ostatnim czasie mockumenty, czyli obrazy opowiadające zmyślone historie ubrane w formę kina dokumentalnego. Chińska produkcja już na wstępie wprost informuje widza w stosownym komunikacie, że prezentowane w niej wydarzenia są zmyślone. Wbrew pozorom, wcale nie wyklucza to możliwości analizy tego filmu jako dzieła sztuki dokumentalnej. Zastanawiamy się tu bowiem nad formą, jej wymiarem i znaczeniem, a w tym kontekście mockument to jaskrawy przykład odwrotnej strony skali niż ta, na której znajdowało się „Zero Days”.

Rong Guang Rong robi wszystko, by jego opowieść wyglądała naturalnie, a wręcz naturalistycznie. Większość zdjęć przypomina found footage, oglądamy też wiele fotografii „wykonanych” w wiosce. Wszystko ubarwia narracja reżysera opisującego swoje perypetie związane z próbą odkrycia prawdy o mrożących krew w żyłach samobójstwach. W swoich staraniach twórca niebezpiecznie przechyla jednak szalę na korzyść formy, niemal zapominając o treści. Film to poszatkowana galeria luźno powiązanych ze sobą ujęć, co ma powodować wrażenie realizmu, jednak przede wszystkim wprowadza chaos poznawczy. Akcja nie zmierza w żadnym konkretnym kierunku, obserwujemy wiele scen, które nic nie wnoszą i wyglądają niczym przerywniki. Jako przykład może posłużyć kilkuminutowa scena prezentująca reżysera leżącego w nocy na polu w pobliżu wioski i obserwującego domy, w której nie dzieje się nic.

Próby spotkań z dziećmi, strzępki informacji o dziwnych wydarzeniach, jakie rozgrywają się w wiosce, miały powodować wzrost napięcia, ale głównie nużą przedłużonymi statycznymi ujęciami. Jednak nie zawsze. Niektóre z pomysłów są dość interesujące, na przykład prezentacja dziecięcej zabawy pluszakami reprezentująca wycieczkę dzieci w góry, gdzie spotykają duchy. Ostatecznie jednak półtorej godziny seansu nie daje nam odpowiedzi na postawioną w filmie zagadkę dotyczącą samobójstw, nie wzbogaca nas w wiedzę o filmowej wiosce i pozostawia z poczuciem irytacji. Ambitny chiński twórca tak bardzo chciał być oryginalny, że zaniedbał tę stronę dokumentu, bez której nie mogą istnieć nawet mockumenty – informację. Bez wiarygodnego i interesującego przekazania wiedzy na temat świata i omawianego problemu sama zabawa formą w niczym nie pomoże.

Niepozorny pokaz slajdów

Dokument potrzebuje więc równowagi. Forma i fakty muszą w nim współgrać, ciekawić musi tak sama historia, jak i sposób jej ukazania (swoją drogą, słowa te stosują się również do kina fabularnego). Tę równowagę odnalazł przy użyciu bardzo prostych środków Bill Morrison, twórca najbardziej niedocenionego filmu tegorocznego Millenium Docs Against Gravity. Jego „Dawson City: Czas zatrzymany” to fascynująca i niepodobna do żadnej innej podróż do zamierzchłych czasów w pewnym kanadyjskim miasteczku, przywołująca to, co dawno odeszło i niosąca głęboką myśl o życiu, rozwoju cywilizacji i przemijaniu. Morrison prezentuje zestaw archiwalnych filmów i fotografii związanych z różnymi aspektami życia w Dawson City pod koniec XIX i na początku XX wieku.

Materiały wykorzystane przez reżysera zostały odnalezione przypadkiem przez jednego z mieszkańców miasteczka wiele lat temu, po czym je zarchiwizowano i poddano odpowiedniej konserwacji. Morrison w swoim dość długim, bo trwającym dwie godziny filmie w kilku słowach przedstawia człowieka, który owe filmy odnalazł, by następnie przejść do ich prezentacji. Tak, „Dawson City: czas zatrzymany” to dwugodzinny pokaz krótkich filmików kręconych na przełomie wieków oraz fotografii z tamtego okresu. Właściwie nic więcej. A jednak ten „pokaz slajdów” fascynuje i hipnotyzuje bardziej niż szpiegowskie opowieści o cyberwirusach.

Morrison prezentuje kolejne filmy ukazujące rzesze imigrantów przybywających do Dawson, gorączkę złota przez lata trawiącą miasto, trud i znój codzienności u zarania nowego wieku. Istotne dla miasteczka wydarzenia, takie jak pożary czy inne katastrofy są też opisywane za pomocą innych materiałów archiwalnych, np. wycinków z gazet. Nie ma tu żadnych przerywników ani wysilonego poetyckiego komentarza. Poezja tworzy się sama na naszych oczach, a przywołany przez twórcę tak odległy świat ożywa na nowo z wydatną pomocą cudownej, melodyjnej, wprowadzającej w trans muzyki Alexa Somersa. Czas zatrzymany w tych prostych kadrach stawia nas przed fundamentalnymi pytaniami o trud i piękno życia, o doświadczenia minionych pokoleń budujących krok po kroku współczesną cywilizację, a także o nieuchronne przemijanie otaczającej nas rzeczywistości.

Morrisonowi udało się zawrzeć w „Dawson City” wiele głębi i treści poprzez umiejętne dobranie części składowych. Twórca zdecydował się na minimalizm, ale feeria czarno-białych ujęć przeszłości, tworzących mozaikę odsłaniającą minuta po minucie całościowy obraz kanadyjskiego miasteczka, przekazuje więcej prawdy o świecie niż tysiąc wypowiedzianych słów. Tych ostatnich w filmie jest bowiem bardzo mało, padają głównie na początku i w zakończeniu. Większość czasu to podróż przez uliczki Dawson City, przez żywoty jego mieszkańców. Prostota i mówienie obrazem – to przepis Morrisona na sukces.

Credo dokumentalisty

Tę prawdę o współczesnym kinie dokumentalnym zostawił nam też uznany twórca, którego ostatni film zaprezentowano na Millenium Docs Against Gravity. Michael Glawogger odszedł w 2014 roku w wyniku komplikacji związanych z malarią, na którą zapadł podczas podróży do Afryki. Twórca tak słynnych dokumentów, jak „Chwała dziwkom” czy „Śmierć człowieka pracy” pozostawił po sobie ostatni nieukończony film będący zapisem jego spontanicznej wędrówki przez Włochy, Bałkany, a wreszcie północną Afrykę i Saharę. Nie miał z góry założonego planu, po prostu jechał dalej i dalej na południe, odwiedzając miejsca, o których zazwyczaj słyszymy, gdy mowa jest o wojnach lub klęskach żywiołowych.

Po śmierci reżysera jego montażystka Monika Willi zebrała nakręcone przez niego fragmenty i na podstawie notatek Glawoggera dokończyła film, który pojawił się na festiwalu jako „Bez tytułu”. Nadawanie takowego rzeczywiście nie było w tym przypadku konieczne, jako że podróż austriackiego twórcy jest na tyle otwarta na interpretacje, że każdy przemierzający wraz z nim Bałkany i Afrykę sam nada jej odpowiedni tytuł.

Widać, że jest to produkcja bardzo osobista, rodzaj intymnego spotkania filmowca z terenami i ludźmi. Pojawia się tu narracja, ale bardzo oszczędna. Przy tym nigdy nie są to skomplikowane opisy czy analizy problemów społecznych, raczej krótkie myśli zapisane w notatniku, spostrzeżenia powstałe przy zetknięciu z obcą kulturą, rozmyślania o wolności, życiu, świecie, śmierci… W „Bez tytułu” widzimy Afrykańczyków pracujących w skwarze, by zdobyć kęs chleba, afrykańskie miasta nocą skąpane w świetle latarek i lamp samochodowych, mieszkańców Bałkanów chodzących po pustych domach w kraju przetrawionym przez wojnę. Świat. W pełnej krasie. W najrozmaitszych przejawach. Obrazy niby spontaniczne, niby bez założonego planu, a jednak często aż chciałoby się je spiąć klamrą – wiara, bieda, walka.

Zarówno te, jak i wiele innych haseł pasowałoby do „Bez tytułu”. Glawogger filmuje to, co widzi, w planach dalekich i bliskich, dynamicznie i statycznie. Zdjęcia są tu skomponowane perfekcyjnie, do tego stopnia, że można by z filmu wyjmować pojedyncze kadry i zachwycać się nimi jak fotografiami. Prostota. Obraz. Prawda. To jest testament, który austriacki reżyser pozostawił po sobie. Nie nadmiar słów, nie szalone eksperymenty formalne, ale prawda przedstawiona w obrazie. Tylko tyle i aż tyle. Jeżeli dokument posiada te cechy, jest wybitny; jeżeli nie, może być co najwyżej poprawny.

Prostota. Obraz. Prawda. Oto wniosek, jaki można wysnuć z projekcji dokumentów na Millenium Docs Against Gravity. To jest właśnie to, czym winien się kierować dokumentalista. Bo w końcu co pokazywać, jeśli nie prawdę? Jak, jeśli nie wprost – obrazem? A przecież jeśli coś można powiedzieć (pokazać), to można to uczynić w prostocie.
14. Festiwal Filmowy Millenium Docs Against Gravity. Warszawa, 12-21.05.2017.