Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (323) / 2017

Wiktoria Klera,

W SAM CZAS (RAFAŁ WOJACZEK: 'NIE TE CZASY')

A A A
Najważniejsze pytanie – towarzyszące publikacji „nowych” tekstów autorów nieżyjących od lat i nurtujące czytelników – brzmi za każdym razem tak samo: jak doszło do fatalnego przeoczenia i dlaczego nikt wcześniej do tych tekstów nie dotarł? W przypadku spuścizny po Rafale Wojaczku, sprawa ta dziwić może jeszcze bardziej. Mamy wszak do czynienia z twórczością niemalże kanoniczną i wyróżniającą się nawet na tle najmłodszej współczesnej polskiej poezji. Zdawać by się mogło, że dobrze opisaną i rozpoznaną, czego dowodem jest recepcja (zdolna przełamać w ostatniej dekadzie legendotwórczy impas), jak i wciąż cieszącą się zainteresowaniem czytelników.

Książce „Nie te czasy” należy się przyjrzeć z dwóch perspektyw. Pierwsza z nich oczywiście obejmie refleksję nad nieznanymi tekstami mikołowskiego poety; druga powinna dotyczyć skomplikowanych zagadnień składających się na powstanie odrębnego dzieła, które musi w sposób znaczący wpłynąć na czytanie Wojaczka w przyszłości. Jedna rzecz jest pewna – należy ostrożniej używać kategorii całościowych, zamykających (nawet nieżyjących już) autorów w klatkach tego, co inni zdążyli znaleźć. Z czasem będzie o to coraz trudniej, szkice, projekty, warianty będą umierały razem z twardymi dyskami autorskich komputerów, dlatego przypadek tekstów Wojaczka powinniśmy zapamiętać i straszyć nim krytyków marzących o zdobyciu wiedzy absolutnej. Żeby zrozumieć to, co się wydarzyło, warto przyjrzeć się reakcjom środowiska na pojawienie się „Nie tych czasów”. Marcin Sendecki podkreślał: „Najbardziej może zadziwiające jest to, że odnalezione przez Meleckiego i Wojtyłę utwory spoczywały w Ossolineum od lat i z pewnością były dostępne w chwili przygotowywania przez Biuro Literackie najpełniejszego obecnie wydania dzieł Wojaczka, czyli «Wierszy i prozy 1964–1971» z 2014 roku, co uwidacznia znamienny rozdźwięk między rangą, zasięgiem i siłą rażenia twórczości poety a niedostateczną pieczołowitością edycji jego spuścizny. Rzecz jest tym bardziej jaskrawa, iż znaczna część tekstów Wojaczka, także tych od lat kanonicznych, to utwory podawane do druku już po śmierci autora. A że Wojaczek pisał obficie i obficie kreślił, wariantywność i szkicowość wielu części jego dzieła powinna skłaniać do tym większej edytorskiej staranności”.

Taki stan rzeczy umocniły publikacje z ostatnich lat. Przypomnieć można książkę Bogusława Kierca „Rafał Wojaczek: prawdziwe życie bohatera”, której tytuł nie tylko kieruje czytelniczą uwagę na postać poety-bohatera, ale też uwydatnia, iż to właśnie tam znajdziemy wersję „prawdziwą” jego biografii, w przeciwieństwie do innych (z pewnością – nieprawdziwych). Na fali popularności filmu „Wojaczek” Lecha Majewskiego i jego komercyjnego sukcesu (w skali odpowiedniej do zainteresowania ogółu literaturą), Biuro Literackie wydało też zbiór wspomnień, rozmów i relacji o poecie – „Wojaczek wielokrotny” w opracowaniu Stanisława Beresia i Katarzyny Batorowicz-Wołowiec. Wspominam te książki, by podkreślić, że Wojaczkiem zajmowano się w zasadzie nieustannie, ze sporym natężeniem, uważniej nawet niż innymi poetami. Nikt jednak nie brał pod uwagę, że archiwa nie zostały przejrzane dokładnie i istnieją w nich jeszcze utwory, których wcześniej nie opublikowano. Czy to przeoczenie? Ignorancja? Nadmiar zaufania, a może lenistwo – zwyczajnie? Łatwo, oczywiście, stwierdzić, że skoro autor nie chciał czegoś wydać, to nie powinno się działać wbrew jego woli. W przypadku Wojaczka to jednak chyba nie jest trafiony argument. Możemy ulegać filmowej wizji bohatera wiecznie zanurzonego w oparach alkoholu, każdy jednak w chwili namysłu, ze świadomością, ile czasu zajmuje pisanie (a szczególnie ręczne), dojdzie do wniosku, że Wojaczek musiał całkiem dużo pracować. Liczne warianty, skreślenia, próby, przekształcenia są dowodem na to, iż był świadom tego, do czego dąży. Miał cel, a nie tylko pisał pod wpływem uniesień powodowanych używkami, choć trzeba mieć ten fakt w pamięci. Ponadto był twórcą na początku drogi, młodym poetą (miał zaledwie 26 lat, dzisiaj nawet twórców po czterdziestce nazywa się „młodymi”). Dlatego punktowanie mu uchybień nie jest zajęciem owocnym, często prowadzi do kompromitujących konkluzji. Tak stało się w przypadku omówienia „Nie tych czasów” Aldony Kopkiewicz w „Dwutygodniku” – gdzie „Sezon” nazywa tomem „zadłużonym w wierszu różewiczowskim”, po czym tłumaczy „to jest wierszu wolnym, a jednak sensownym” i dodaje, że „Wojaczek w PRL-u był świeży”, skupia się głównie na tym, dlaczego niedobrze się stało, że nieopublikowane wcześniej wiersze zobaczyły światło dzienne i zamyka swój tekst akapitem poświęconym urodzie „Dziennika” dedykowanego Teresie: „Lecz jest w «Nieznanych» także moment wzruszający. W «Dzienniku do Teresy» Wojaczek jest tkliwy, liryczny. W notatkach znajdziemy zalążki najpiękniejszych wierszy miłosnych, które napisał. Kiedy więc tworzył, mając na uwadze rzeczywistą ukochaną, miłość istniejącą, a nie wyobrażoną – stawał się także utalentowanym poetą. To dzięki tej szczególnej relacji doświadczał pierwszych poetyckich wzlotów”. Autorka omówienia dała wyraz swoim czytelniczym sympatiom zbyt wyraźnie, co można pominąć milczeniem, szkoda jednak, iż nie wspomniała o obszernym fragmencie zawierającym prozę Wojaczka, a swoje negatywne refleksje skonstruowała na podstawie lektury nielicznych (dwa, trzy?) tekstów poetyckich.

Piotr Bratkowski z kolei, w recenzji na łamach „Newsweeka”, poświęcił sporo miejsca wierszom, zamykając swoje rozważania wnioskiem, iż: „Nie rewolucjonizują one naszej wiedzy o poecie, lecz wzbogacają nas o to, co Wojaczek miał do zaoferowania najlepszego”. Bardzo krótko podsumowuje zaś zawartą w książce prozę, pisząc, że to „potrawa dla koneserów”.

W „Utworach nieznanych” znajdziemy w sumie sześćdziesiąt siedem wierszy (na cykl „Źrenica” składa się z siedem tekstów); „Dziennik dla Teresy” (z licznymi fragmentami wierszem) i osiem opowiadań. Teksty opatrzone są posłowiami od redaktorów książki – „Ostatnie ogniwo” Macieja Meleckiego i „P(r)oza, której nie było” Konrada Wojtyły.

Część „Nieznane wiersze z lat 1964–1971” otwiera „Poemat”, na którego szczególną rolę redaktorzy zwracają uwagę podczas spotkań poświęconych „Nie tym czasom”. Pierwszy tekst opatrzony jest Mickiewiczowskim „widzę i opisuję…”, utwór rozpoczyna zdanie: „Wyrok na mnie już zapadł. […]”. Matka święta u Wojaczka nie może być jednak tożsama z występującą w Inwokacji Panną znaną ze świętych obrazów. Mikołowski poeta zwraca się do postaci w purpurze, z wieńcem z wydłubanych oczu, na której tronie siedzi cień. Modli się zatem do królowej śmierci, a ona „parzy się głupia z myślą swoją cieniutką”. Następnie padają słowa rzucające cień na wszystkie pisarskie dokonania autora „Którego nie było”: „Bluźnierstwem jest o życie posądzić trupa, / Lecz trup wciąż kochał życie, matko, święta panno.”. Z perspektywy umarłego inaczej mówi się i myśli o ciele, wydaje się, że tego właśnie przeoczyć nie można, gdy przyglądamy się tekstom Wojaczka, które za temat biorą procesy rozkładu – zarówno w rozumieniu procesu biologicznego, jak i fizycznej ingerencji podmiotu w tkankę innej istoty. Tak jest w przypadku „Przyznaję się”, wiersza, który budzi oburzenie przypadkowych czytelników. Interpretacja Piotra Śliwińskiego, udostępniona na stronie internetowej telewizji Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, w znakomity sposób obnaża jednak taki sposób lektury.

Śmierć bohatera wierszy obejmuje z wielu stron, czasami jest on tym, któremu „ktoś strzelił w tył głowy” („Druga pewna sytuacja”), częściej jest „żywym trupem”, ale podejmuje próby znalezienia swojego miejsca – odnajduje je niekiedy w kobiecych ciałach. Wiele wskazuje na to, że chciał wskrzesić swojego bohatera, poza Chrystusowa jednak nie do końca mu odpowiadała. Stąd być może próby opisania porodu, utożsamianie się z figurą syna i poruszające słowa z „Eklogi II”: „Kto mógłby śmiać się z rodzącej, że wyje ludzkim głosem […] Kto śmiałby się nie rozpłakać widząc jak z jabłka ciała / – gdy do warg sromowej rany atmosfera swe wargi / z bólem przyszła – syn sunie robaczkowym odruchem?”. Warto przyjrzeć się także tytułowi, wszak ekloga powinna być raczej pogodnym utworem. O ile w „Eklodze” wyczuwalny jest jakiś powiew optymizmu, o tyle już w cytowanym fragmencie „Eklogi II” Wojaczek wygrywa zupełnie inną nutę. W wierszu „Melancolia” czytamy: „[…] zwracam Tobie i Ziemię / I śmierć // I odtąd jestem poemat […] A Tobie krew powstaje i dziecko […]”. W innym miejscu Wojaczek pisze: „Ja jestem światło, rozedrgany / Należy mnie objaśniać, ścinać głowę […]” („Ja jestem światło”), lub inaczej: „Ja stary księżyc / niezawodny żałobnik / gdy na stypie podają alkohol” („Czwarta kwadra”). Nie brakuje wśród odkrytych wierszy poetyckich obrazów, które za temat biorą przynależność ciała do świata natury; w nich to nie podmiot jest martwy za życia, lecz obce ciało uzyskuje status ożywionego w procesie zachodzącym w nim dopiero po śmierci: „Wodorostami zarzygana plaża / puszczającymi z siebie zgniłą limfę / sfermentowanych soków […] i wargi dziewczyny oślizłe jak warga / sromowa słońce wrasta korzeniami” („Utopiona”). Jeszcze bardziej rozbudowana wizja przedstawiona jest w „Ogrodzie”, podzielonym na dwie części, z których każda dzieli się na dwie czterowersowe strofy: „Tam leżą nasze ciała, liśćmi cienia zakryte / Od słońca, już nieważne niechże leżą odkryte / Dla planety łaskawie żywiącej się ich krwią. / Niech sobie gnije skoro nawet kobiecym snom // Już nie przydatne, kiedyś wydatne genitalia / Już skurczone, ostatnia łza spermy już spleśniała” („I”).

Na osobną uwagę zasługują z pewnością dystans, ironia i poczucie humoru mikołowskiego poety, szczególnie dlatego, iż przeplatają się z absolutną powagą i megalomanią. Taka dwubiegunowość charakterystyczna jest dla wielu twórców, którzy obficie piszą o używaniu alkoholu; tym tłumaczyć można zapewne wielokrotne poprawki na tekstach, tworzenie alternatywnych wersji utworów, skreślenia, częstokroć na pewno wywoływane impulsem, który byłby nie do zrekonstruowania po czasie nawet dla samego twórcy. Budzi się w nim czasami: „[…] drugie serce / mięsień konieczny / bo ironiczny” (***).

Trudno się zgodzić z uwagą Bratkowskiego, iż proza Wojaczka przedstawiona w zbiorze „Nie te czasy” wymaga szczególnych upodobań czytelniczych. Jest to teza o tyle prawdziwa, o ile można ją odnieść do każdej książki. Prawdą jest zaś, iż lektura, podczas której czytelnik nie ma w pamięci wydanego przez Biuro Literackie „Sanatorium”, będzie z pewnością uboższa. Niuanse przynależności poszczególnych fragmentów prozy rozjaśnia w swojej części posłowia Konrad Wojtyła. Zwraca tam uwagę, na kwestię widoczną – brak znaczącej różnicy jakościowej tekstów niedrukowanych w stosunku do tych, które zmieściły się w „Sanatorium” oraz podstawową – proza Wojaczka jest nadal niedoczytana i niedointerpretowana.

Nowe fragmenty pogrupować można wedle narracji; część z nich jest pisana w pierwszej osobie, są także teksty, których bohaterem jest Piotr Sobecki – z tego względu, pozwalają o sobie myśleć jako fragmentach, które nie weszły z różnych powodów w obręb „Sanatorium”. Warto dodać, że i tutaj pojawia się postać „Wojaczka”, którego narrator niekiedy obserwuje z ubocza, czasami komentuje jego wyczyny. W „Martwym sezonie” bohater udaje się do Zakopanego, tam tłumaczy: „Ja jeszcze jadę, […] jeszcze jestem w podróży.” – a tą deklaracją nazywa stan, który towarzyszy mu nie tylko przy dosłownym przemieszczaniu się z miejsca na miejsce. Jest podróżnym, ponieważ nie podkreśla nigdzie „bycia u siebie”, inaczej: „na miejscu”. Sformułowanie „być nie na miejscu” wskazuje zaś na niekompatybilność ze światem zewnętrznym.

W opublikowanych w „Nie tych czasach” fragmentach prozy pojawiają się także wątki, które mogły być podstawą do ich ocenzurowania: trójkąt miłosny, aborcja i koprofagia – ta ostatnia we fragmencie rozpoczynającym się zdaniem: „Piotr jadł gówno.”, który jak sądzę, również pomieściłoby „Sanatorium”. Przecież ten fragment dotyczy pisania; warto przypomnieć sobie zmagania Piotra z „kupą” zapisanych kartek. „Kupa” pod wpływem frustracji dość łatwo mogła zamienić się w „gówno” w słowniku udręczonego obowiązkiem pisarza. Zainteresowanych odsyłam jeszcze do zabaw z wyrazem „odkupienie”.

Wniosków z pewnością można wysnuć wiele po lekturze niepublikowanych wcześniej tekstów Wojaczka. Ani wiersze, ani fragmenty prozy nie zmieniają diametralnie tego, co można powiedzieć o twórczości poety z Mikołowa. Poszerzają jednak zakres materiału, po którym można się poruszać w trakcie lektur, a to powinno umożliwić wnikliwsze przyjrzenie się tym tekstom – tym razem jako całości. A jest to istotne tym bardziej, gdy weźmiemy pod uwagę cechy tej twórczości, pozwalające czytać ją jako jedno, rozrastające się dzieło. Wariantywność, różne wersje tych samych pomysłów, autocytaty osadzone zarówno w poezji, jak i prozie, prowokować powinny do ponownego krytycznego namysłu nad nimi. Szczególnie, jeśli weźmiemy pod uwagę, jak mocno inspiruje on współczesnych twórców. O wpływie twórczości Rafała Wojaczka na obecnie tworzących poetów można by przecież napisać wiele. Fascynacja Wojaczkiem jest szczególnie widoczna choćby w twórczości Marcina Świetlickiego, który układał (prawdopodobnie nieświadomie, co tym bardziej interesujące) niemal dokładnie tak samo brzmiące wersy, powtórzył tytuł („Pięć wierszy religijnych”). Sympatia ta jest przecież nieskryta, Świetlicki wraz z zespołem Julia i Nieprzyjemni skończył właśnie pracę nad albumem, na którym nagrali piosenki z tekstami Wojaczka. Analogii można doszukiwać się w ich działaniach twórczych również w obrębie mechanizmów powstawania prozy, w której zawierają się wersy z publikowanych wierszy i odniesienia do „zewnętrznej” wobec tekstu prozatorskiego postaci poety.

Pozostaje jedynie żałować, że śmierć Rafała Wojaczka przerwała ten niezwykle intensywny proces powstawania tekstów. Można jedynie domniemywać z dziełem, jakiego kalibru mielibyśmy do czynienia, gdyby żył nieco dłużej.
Rafał Wojaczek: „Nie te czasy. Utwory nieznane”. Instytut Mikołowski. Mikołów 2016.