15 czerwca 12 (324) / 2017

Mateusz Demski,

TOBOŁEK BEZ DNA (57. KRAKOWSKI FESTIWAL FILMOWY)

A A A
W „Dum spiro spero” Pero Kvesica, nagrodzonym Złotym Rogiem na zakończonym w pierwszy weekend czerwca Krakowskim Festiwalu Filmowym, trwa skrupulatna rejestracja rzeczywistości. Chałupnicze ujęcia z ręki przechodzą z pokoju do pokoju. Widzimy sterty książek walające się nad, pod i obok łóżka, a także ślepego jak kret psa Balola. „Spójrzcie, to istota rozumna” – mówi reżyser. Mówi też, że już niedługo będzie się tym wszystkim cieszyć, że w jego ciele tyka bomba z opóźnionym zapłonem rozmiarów ananasa. Ale mimo że wskazówki zegara zdają się wybijać ostatnie sekundy, bohater tej historii nie chce czekać na eksplozję. Wolałby już chyba rzucić się z dachu, powiesić vis a vis pokoju syna albo w zamrażarce przypominającej egipski sarkofag zamienić w sopel. Przed tym mała czarna, rzut oka na komiks Adama Forda i trzy buchy. Trochę „Dzień świra”, trochę „Nic śmiesznego”. Trochę „Wszyscy jesteśmy Kvesicami”.

Film chorwackiego pisarza i poety, wybrany spośród osiemnastu obrazów przez jury pod przewodnictwem Pawła Łozińskiego, to zaskakująco bezpretensjonalna ballada o godzeniu się ze śmiercią. Kvesicowi, który ustawia się w roli operatora i narratora, nie zdarza się lamentować, za to komentuje on świat dokładnie takim, jakim widzi go po raz ostatni. Ale mimo czarnego jak smoła, sardonicznego humoru, wciąż nie wiem, czy wideodziennik śmiertelnie chorego Chorwata można nazwać przepracowaniem wyroku. Nie jestem też pewien, czy jest on rozciągniętym w czasie samobójstwem. Zanim Kvesić zdecyduje się pociągnąć za spust, chciałby mieć wszystko uporządkowane. Wyśle ostatnią książkę do wydawcy, położy na wannie deskę do krojenia, tak aby w czasie kąpieli móc swobodnie poczytać, zawiesi też papierowy żyrandol wokół żarówki, która przez osiem lat zwisała z sufitu. Zresztą od tej żarówki wszystko się zaczyna i na niej też się kończy. Zaczyna i kończy się dodatkowo na enigmatycznym tytule, łacińskiej sentencji, która w wolnym tłumaczeniu oznacza: „Póki oddycham, mam nadzieję”. Opis doświadczeń bliskich śmierci oparty na dychotomii – między potrzebą bycia a nieuchronnością kresu, między dogasającą determinacją a rozpalonym nastrojem Weltschmerzu – był obecny na dwunastu ekranach w całym Krakowie. Genialnie spostrzegawcze obrazy o implodującym świecie stały się ich chlebem powszednim.

Nie widziałem chyba w tym roku na Krakowskim Festiwalu Filmowym zbyt wielu prób diagnozowania Europy, która wypada z kolein. Twórcy, niezależnie od kierunku czterech konkursów i jedenastu sekcji pozakonkursowych, obierali raczej inne strategie; trzymali rękę na pulsie nie tyle Starego Kontynentu, co własnych mikroświatów. Tak samo jak Kvesić, po domu z kamerą snuł się stary, poczciwy Zdzisław Beksiński. W „Beksińskich. Albumie wideofonicznym” Marcina Borchardta, filmie wyróżnionym, kamera jest przyjacielem, kochanką, elementem integralnym. Bohaterowie przechodzą przed nią mimochodem i tylko czasem spojrzą we wścibskie oko. Zdzisław opowie o autystycznym stosunku do swojej twórczości. Zdzisław zastrzeże, że dziecka przewijać nie będzie, gówna też oglądać i wąchać nie ma zamiaru. Fantastyczna jest inna scena, w której widzimy, jak jego żona przygotowuje matkę do trumny. Poprawia włosy, dopina guzik pod szyją. Za chwilę przyjdzie jej pewnie podgrzać ogórkową, stojąc jedną nogą w trumnie, drugą w kuchni. A „malarz od straszydeł” zapyta tylko, czy otworzyć okno, bo może wtedy ciało szybciej ostygnie. O śmierci syna marnotrawnego powie zresztą z podobnym uczuciem: „Tomek wypełnił warunki umowy. Brak umiaru, autodestrukcja, groteskowe zachowania, seria ciosów wymierzona w mózg”. U Borchardta nie brakuje świadomie niestosownych wtrąceń, lekcji przybierania obojętnej miny, które dokładają kolejną cegiełkę do portretów Grzebałkowskiej, Matuszyńskiego czy Weissa. Ale Krzysztof Gierat, dyrektor festiwalu, na którego wpadłem w Kinie pod Baranami przy okazji retrospektywy Daniela Szczechury, na kilka minut przed filmem o ludziku ganiającym za czarną kropką, powiedział mi, że wcale nie popłynął na fali „beksinizmu”. Kuszące jest przypuszczenie, że wyczekiwał u brzegu Wisły na coś innego. „Ten obraz to uniwersalny komunikat, który mówi: uważaj, bo jeśli skręcisz w niewłaściwą stronę, to źródło radości stanie się przyczynkiem wzajemnych napięć. Banalne, ale jakże głębokie” – tłumaczył fenomen filmu Borchardta.

Festiwal pod batutą Krzysztofa Gierata bez wątpienia skręcił we właściwą uliczkę od krakowskiego Rynku, gdzie – w dość powierzchownym ujęciu – zatrzymał się pod szyldem układów międzyludzkich: poplątanych, nieprecyzyjnych, pełnych drzazg pod skórą. W nagrodzonym Srebrnym Rogiem „Pakcie Adriany” w reżyserii Lissette Orozco otrzymujemy kolejne „kino familijne” z pogranicza found footage i albumu rodzinnego. Podczas oglądania opowieści o chilijskiej dziewczynie, która mierzy się z tajemnicą ulubionej cioci – asystentki szefa służb specjalnych Augusto Pinocheta, podejrzanej o dołożenie pięciu groszy do przesłuchań i tortur – przez cały czas nie mogłem pozbyć się poczucia wstydu, dyskomfortu, że oto staję się gapiem przesadnie prywatnej historii. Rozszyfrowanie niechlubnej rodzinnej enigmy to jedno, Orozco zatoczyła jednak szersze łuki. Ramiona jej filmowego cyrkla obejmują nie tyle antagonizmy, wsparte świadectwami osobistej próby wiary w najbliższych, co zbiorową traumę, amnezję i uśpione demony Chilijczyków, którzy nie są gotowi na rozliczenie z przeszłością. Nie jest bynajmniej przypadkiem, że „Pakt Adriany” to dokument, który trzyma za głowę i nie pozwala odwrócić wzroku.

Inaczej jest w „Najbrzydszym samochodzie świata” Grzegorza Szczepaniaka, laureata Złotego Lajkonika dla najlepszego polskiego filmu. Tutaj historia nie blokuje, a determinuje; staje się pretekstem do odkurzenia sędziwego wartburga. W samochodzie tym, co ciekawe: najmłodszym bohaterze filmu, obserwujemy starego kalekiego Bogdana. Obok niego na stercie wysłużonych koców siedzi pocieszna Kazimiera, jego 94-letnia matka, która najlepsze lata też ma za sobą. Gdzie tak jeżdżą? Zazwyczaj od warsztatu do warsztatu, pomiędzy Magdeburgiem a Majdankiem, gdzie zginął ojciec Bogdana. Jedni powiedzą: przewrotne kino drogi, drudzy: nieomylnie osobista próba urządzenia sobie przeszłości. Ktoś inny zaniesie się śmiechem i przez łzy określi ten film mianem fantastycznej komedii omyłek, która spuszcza powietrze z polskiego dokumentu. Skrajność reakcji sprawia, że na klawiaturę ciśnie się jeden wniosek – Szczepaniak, mimo niespecjalnie wyrafinowanego i mało krytycznego konceptu, zna potęgę dźwiganej kamery i posługuje się nią bezbłędnie.

Konkurs konkursem, jednak w Krakowie zdarzało się czasem zbaczać z jego szlaków, zapuszczać w ciemne zaułki tego najstarszego festiwalu filmowego w Polsce. Kiedy przechodziłem do Agrafki oddalonej kilkanaście minut od centrum prasowego, czułem się niczym Kolumb kina, który przeciera białe plamy na mapie festiwalowego świata. To chyba właśnie tam, na sali, w której w porywach przewijało się dwadzieścia osób, zobaczyłem realizacje najciekawsze kompozycyjnie, ociekające tematami niemieszczącymi się w głowie. Czymś niepojętym było spotkanie z egzorcystą Cataldo, na którego homiliach opętani wyłażą na czworakach z co drugiej ławki i plują na hostię („Uwolnij mnie”); szczęka zatrzymywała się na wysokości kolan, kiedy grupa Japonek schodziła kilkaset metrów pod wodę bez specjalistycznego sprzętu w poszukiwaniu muli („Poławiaczki”).

Największy dziw brał jednak, kiedy drobni rosyjscy kanciarze, dilerzy, a także bezwzględni mordercy wyśpiewywali przepustkę na wolność. Nie było w nich ani jednej fałszywej nuty, za to całe partytury szczerej tęsknoty za wolnością. Dokument Stefana Eberleina „Opowieści śpiewaków i morderców” to bezprecedensowa perła reportażu, której nie powstydziłby się Andrzej Stasiuk i Wydawnictwo Czarne. Kolonia Karna nr 7 w środkowej Rosji staje się polem castingów do więziennego „Idola” – dwunastej edycji konkursu „Kaliny czerwonej” (od tytułu filmu Wasilija Szukszyna), będącego szansą na skrócenie wyroku trzydziestu skazanych z całego kraju. Wśród nich jest Maxim, który kilka lat wcześniej w wyniku wypadku samochodowego zgubił dziesiąty kręg w kręgosłupie i usiadł na wózku. Teraz odsiaduje wyrok za przemyt narkotyków, którym miał opłacić operację w Izraelu, i robi karierę zza krat – jego piosenki do Kaliny klikają się na YouTubie niczym świeże bułeczki. Kilka zasieków dalej siedzi Elena, której życie zboczyło z kursu po zabójstwie męża; jest też kolega po fachu, którego gitara, motocykl i obrzyn zapędziły w kozi róg. Widać w tym filmie fascynację tematem, nie widać pretensji – autorzy na każdym kroku przepływają przez ocean emocji, łapią widzów za serca, ale nie starają się tłumaczyć czy ważyć wyborów swoich bohaterów, nie dają ich też wprzęgnąć w ideologię bloku radzieckiego. „Opowieści śpiewaków i morderców” to dokument zrobiony „po bożemu”, nie wykraczający poza kanon z cyklu „Ewa Ewart poleca”, ale swoją psychiczną intymnością oddziałujący niczym dźwięki delikatnie trącanych strun. Podnoszący na duchu, a zarazem dodający energii. Zachwycający głębią spojrzenia i współodczuwaniem z człowiekiem na klęczkach.

Co jeszcze zasługuje na uwagę? Na pewno „Zwyczajny film autystyczny” Miroslava Janka, bez cienia wątpliwości „Sąsiedzi z Santoallii” Andrew Beckera. Ten pierwszy to niespotykanie wrażliwa próba spojrzenia na autyzm oczami dziecka. Reżyser dostrzega nie tyle jednostki chorobowe, co osobliwe sposoby widzenia świata i funkcjonowania w nim. I tak Lukas, który z nerwów żuje styropian i chce wystrzelać plastikowym AK-47 na kulki pół szkoły, ma wyjątkową rękę do płótna; Dennis, który raz za razem sypie z rękawa cytatami z „Małego Księcia”, okazuje się pianistą przez duże P, a Marjam, która swoje życie postrzega jako „jedno wielkie gówno”, daje upust złym emocjom w nieszablonowych rymach i tłustych bitach. Reżyser konsekwentnie filtruje zakotwiczenie w rzeczywistości poprzez sawantyzm, jednocześnie skłaniając do namysłu nad tym, co zwykliśmy nazywać „normalnym” czy „nienormalnym”. Innymi słowy: tworzy remedium na stygmatyzację ich trzaśniętej wrażliwości. A może to za duże słowa. Może wystarczy powtórzyć za Gieratem, któremu przed seansem powtórnie zaszedłem drogę, że to film najzwyczajniej… piękny.

I zupełnie na koniec, żeby nie być gołosłownym, wspomniani „Sąsiedzi z Santoallii”. Thriller na krańcu świata, „Paweł i Gaweł”, filmu dokumentalnego, a nawet ekwiwalent „Przygody” Antonioniego. W tytułowej galicyjskiej wiosce zapomnianej przez ludzi, schowanej za górami za lasami, jak grom z jasnego nieba pojawia się para Holendrów. Martin i Margo wypisują się z wolnorynkowej rzeczywistości, aby gdzieś na końcu świata hodować kalarepę i paść cztery kozy, w skrócie: stać się inżynierami własnych marzeń i zacząć od nowa w zgodzie z naturą. W zgodzie nie chcą jednak żyć ich sąsiedzi, ostatnia familia Santoallii, która mimo masowej migracji, osiadła na dobre w rodzinnej wiosce. U Beckera do głosu dochodzi szpetna strona wspólnotowości i solidarności, a poszukiwanie idealnego miejsca na ziemi – z dala od krztuszącego się kapitalizmu i z ducha ideologicznego świata – okazuje się nazbyt dosłownie zapierać dech w piersiach. Martin z dnia na dzień przepada jak kamień w wodę, Margo zostaje ze wszystkim sama, a sąsiedzi – jedyni przypuszczalni winowajcy, którzy z dnia na dzień nabawiają się jeszcze większej alergii na ludzi – milczą jak zaklęci. W jednej chwili słoneczne wzgórza Hiszpanii z raju zamieniają się w piekło. Nic więc dziwnego, że podczas dyskusji reżyser co rusz z wypiekami na twarzy wspominał o tym, jak do samego końca ślęczał nad równaniem z kilkoma niewiadomymi. Śledztwo wlekło się na oczach kamery krokiem żółwia, jak w miniserialu „Przeklęty: Życie i śmierć Roberta Dursta”, aż nagle, dzięki zaskakującym kodom interpretacyjnym, zyskało drugie życie. A zarazem drugie dno, kiedy przypięło się do dyskursu wokół Europy żywiącej nienawiść do wszystkiego, co od niej odmienne. Kto po seansie „Sąsiadów z Santoallii” wątpi jeszcze w interwencyjny charakter kina, powinien pierwszy rzucić kamieniem!

*

Bez względu na to, czy tegoroczny „fokus na człowieka” wyda się innym widzom tak samo piekący jak mnie, z pewnością możemy się zgodzić co do tego, że Krakowski Festiwal Filmowy trudno przytulić w całości. W ciągu tygodnia ominął mnie przybyły prosto z Cannes „Koniec widzenia” Grzegorza Mołdy, nie załapałem się na wielce dyskusyjną „Operę o Polsce” Piotra Stasika, który podobno huczał z ekranu o tym, jak było, jest i będzie z tą Polską. Oczywiście, to moja wina, że dostałem tylko ogryzek; że wybór na chybił trafił wskazał takie, a nie inne filmy, ale nie wydaje mi się, żebym opuszczał Kraków niepołechtany. Krakowski Festiwal Filmowy jest workiem św. Mikołaja kinofilii, tobołkiem bez dna, amalgamatem wszystkiego ze wszystkim: 250 profesjonalnymi produkcjami za duże pieniądze i tymi tonącymi w prymitywnych obrazach, które uchwyciła kamera z wyprzedaży w Media Markcie. Filmami koszmarnymi, przeciętnymi i wybitnymi. Opowieściami wielkich i maluczkich. Wychylonymi na prawo i lewo. Co z tym wszystkim zrobić? Ironia widza znalazła receptę. Przedsionek Małopolskiego Ogrodu Sztuki. Przed salą starsze małżeństwo, wzrok zawieszony w programie. Na rozkładówce szokujące karykatury Sowińskiego i De Barbaro, na twarzach podobne pokrzywione miny. „Człowiek musiałby się rozerwać, żeby wszystko zobaczyć, jak pragnę zdrowia!” – mruczy ze złości kobieta. Mężczyzna tylko czule się uśmiecha, łapie pod ramię i odpowiada: „Trzeba będzie, to się rozerwiemy”. Albo zapytamy Krzysztofa Gierata ganiającego od jednego kina do drugiego, co banalne, co głębokie, a co tak po ludzku… piękne.