Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (324) / 2017

Krzysztof Grudnik,

W OPARACH ABSURDU (IWONA KIENZLER: 'W OPARACH ABSYNTU')

A A A
Dorobek literacki Józefa Ignacego Kraszewskiego liczy około 600 tomów. Pani Iwona Kienzler, choć nie dogania jeszcze zacnego rekordzisty ani pod względem liczby, ani – jak zaraz zobaczymy – jakości swych książek, nie ustaje w staraniach, a internetowa księgarnia wydawnictwa Bellona proponuje 74 pozycje tej autorki. Fakt, że ze względu na różnorodność formatów liczba ta jest nieco zawyżona, ale nawet podzielona na pół daje dorobek imponujący.

Jeśli zerkniemy na tytuły książek Kienzler, zauważymy pewną tendencję. „Romanse żon polskich królów elekcyjnych”, „Poczet kochanek i matres władców Polski”, „Król Kazimierz wielki bigamista”, „Życie miłosne królów z dynastii Wazów” i tak dalej. Można by mówić o jakiejś monarszo-erotycznej manii, ale przed tym monarszym zarzutem ratują autorkę inne jej prace: „Uwodzicielki, skandalistki i seksbomby PRL”, „Słynni playboye PRL”, „Kobiety w życiu Marszałka Piłsudskiego”, „Ignacy Paderewski – ulubieniec kobiet” oraz moja faworytka, „Maria Skłodowska-Curie. Złodziejka mężów – życie i miłości”. Mania jest zatem monomanią, ograniczającą się do Erosa, odzianego w rozmaite kostiumy historyczne, zawsze jednak niosącego sztandar skandalu. Erotyczne skandale sprzedają się bowiem najlepiej i stanowią jakość same w sobie, to znaczy temat jest tak chwytliwy, że sposób jego przedstawiania wydaje się schodzić na dalszy plan. Efektem – książki takie jak „W oparach absyntu. Skandale Młodej Polski”.

Książka pełna jest błędów i to błędów różnego rodzaju. Zacznijmy od tych najprostszych, często całkiem zabawnych. Autorka przekonuje nas między innymi, że Włodzimierz Tetmajer doczekał się ze swoją żoną „dziewięciorga dzieci, dwóch córek i sześciu synów” (s. 151) albo że rewolucjoniści próbowali pozbyć się Skałona „w taki sam sposób, w jaki od zarania świata pozbywano się tyranów i ciemiężycieli wszelkiej maści – organizując na niego zamach bombowy” (s. 48). Jeśli wydaje wam się, że obraz Brutusa z trotylem jest dość komiczny, to zaczekajcie na fragment o Marii Komornickiej, u której „nastąpił nawrót choroby psychicznej i Marynię wysłano do zakładu dla obłąkanych [podkr. – K.G.]. Nieszczęsna kobieta błąkała się [podkr. – K.G.] przez siedem lat od zakładu do zakładu” (s. 101). Równie nieciekawie mieli państwo Kasprowiczowie, na których „małżeństwie powstała głęboka rysa, której za nic nie dało się już skleić” (s. 330). Tego typu logicznych i stylistycznych błędów jest więcej i – paradoksalnie – przekształcają się one z czasem w pozytywno-komiczny aspekt książki. Tracąc nadzieję na poważną lekturę, czytelnik czeka na kolejne potknięcia autorki, niezawodnej pod tym względem niczym Groucho Marx.

To jednak tylko stylistyczna nieporadność, która bawi, ale nie jest istotą książki. Problem w tym, że Kienzler popełnia też dużo błędów merytorycznych i metodologicznych. Zacznijmy od tego, że książka ta niemal w całości stanowi kolaż cudzych prac. Nie ma tu własnych badań ani wniosków, choć – do czego jeszcze wrócę – pojawiają się prywatne opinie, niepodparte żadnymi argumentami. Co ciekawe, znaczna część materiałów, na których opiera się autorka, pochodzi z internetu. Kiedy odnosi się do źródeł, są to odniesienia zapożyczone – „cytaty z cytatów”. Prezentowany warsztat okazuje się więc niezwykle ubogi i powiela błędy studentów pierwszych lat. Efekt tego taki, że rozdział „»Małżeński falstart« Jana Kasprowicza” (s. 111-125) zawiera raptem 7 przypisów źródłowych, wszystkie zaś odwołują się do jednej książki. A zatem autorka potrafi zbudować cały rozdział, relacjonując cudzą publikację. Przy czym podawane za kimś innym informacje najwyraźniej nie są w żaden sposób weryfikowane, ponieważ na stronach 349-350 Kienzler powołuje się na książkę Helsztyńskiego „Przybyszewski. Opowieść biograficzna”, twierdząc, że Sienkiewicz „miał czelność skrytykować dramaty Stanisława [Przybyszewskiego], nazywając pisane przez niego sztuki »rują« oraz »porubstwem«” (s. 349). Wypowiedź, do której (pośrednio) nawiązuje autorka, to dość znana odpowiedź Sienkiewicza na ankietę warszawskiego „Kuriera Teatralnego”, który w 1903 roku poprosił uznanych przedstawicieli kultury polskiej o ocenę współczesnych sztuk. Nie chodziło tam wcale o Stanisława Przybyszewskiego, a Sienkiewicz podkreślał: „Zresztą, nie znając większej części sztuk, o które chodzi, nie mówię o nich, tylko wypowiadam zdanie ogólne” (Sienkiewicz 2000: 145). I choć Przybyszewski rzeczywiście zapytał Sienkiewicza – na łamach „Głosu” – czy to o niego chodziło, to nigdy nie otrzymał żadnej publicznej odpowiedzi. Ale o tym Kienzler nie wie, a przynajmniej nie wspomina.

Jak zaznaczyłem wcześniej, książka, obok relacji cudzych opracowań, zawiera też kilka odautorskich komentarzy, które zwykle trącą ignorancją. Czasem przybiera ona postać śmieszną, czasem dyletancką. Przykłady tej pierwszej: „Nie jestem do końca pewna, czy chciałabym widzieć takiego króla Kazimierza, jakiego namalował Wyspiański” (s. 191) albo „Stach potrafił uwieść każdą kobietę, którą tylko chciał, aczkolwiek dziś, patrząc na jego fotografie, trudno jest pojąć, na czym polegała atrakcyjność tego, w gruncie rzeczy, przeciętnego mężczyzny” (s. 247-249). Zresztą zadowolić swą facjatą zmysł estetyczny pani Kienzler to wyczyn nie lada. Pozwala ona sobie na tyleż częste, co kompletnie nieważne komentarze na temat wyglądu większości postaci pojawiających się na łamach jej książki. Ocenia zarówno mężczyzn, jak i kobiety, nikogo przy tym nie oszczędzając. Albo należałoby uwzględnić przemiany kanonu piękna, jakie zaszły na przestrzeni ostatniego stulecia, albo założyć, że mieliśmy do czynienia z wyjątkowo paskudnym pokoleniem. Oczywiście można by też zaprzestać uprzedmiotawiania ludzi, którzy byli pisarzami lub malarzami, a nie modelami, choć do tego trzeba by napisać inną książkę.

Te śmieszne wyrazy ignorancji, zarzucające czytelnika niczego niewnoszącymi, prywatnymi opiniami, wydają się mniej szkodliwe, a przynajmniej nieco mniej denerwujące, niż dyletanckie oceny twórczości młodopolan. Chciałbym tu podkreślić, że zdarzają się one szczęśliwie rzadko, jednak gdy już się pojawią, nie znajdują praktycznie żadnego uzasadnienia. Weźmy za przykład stosunek autorki do twórczości Przybyszewskiego – po którą w tej książce, podkreślmy to wyraźnie, nigdy nie sięga, lecz buduje opinię o niej na podstawie zawsze cudzych, zapośredniczonych ocen. Kienzler pisze na przykład: „[…] dziś jego twórczość jest praktycznie szerzej nieznana. Jego utwory i dramaty, które swego czasu zrobiły wiele zamieszania w literackim światku modernistycznej Europy, znają już tylko studenci literatury” (s. 235). To nieprawda, ponieważ fragmenty „Confiteor” przynajmniej do niedawna znajdowały się w podręcznikach do nauki języka polskiego w szkołach średnich. Przybyszewski jest znany i drukowany w Niemczech i Czechach, w 2013 roku wydana została płyta „Songs of Decadence: A Soundtrack to the Writings of Stanisław Przybyszewski”, na której zagrali Blixa Bargeld, Stephen O’Malley i Jill Tracy. Może nie są to szczyty popularności, ale pisarze zdobywający dziś szczyty popularności ani nie są z Polski, ani nie żyli przeszło 100 lat temu.

Ciekawe, że twórczość tak niby nieznanego dziś i literacko słabego przedstawiciela Młodej Polski autorka zestawia z twórczością jego córki – Stanisławy, „która odziedziczyła po nim talent literacki. Dodajmy, że był to jednak talent znacznie większego kalibru niż w przypadku jej ojca” (s. 277). Skąd taka ocena – tym razem rzeczywiście niemal zapomnianej – pisarki, trudno powiedzieć. Kienzler nie przybliża nam jej dorobku (podobnie jak nie zrobiła tego w przypadku jej ojca) ani nie formułuje jakichkolwiek argumentów na poparcie „swojej” opinii.

Ocena twórczości Przybyszewskiego wzięta jest, delikatnie mówiąc, „z powietrza”, a jej faktyczną nieznajomość odkrywa przed nami autorka dobitniej na stronie 353, gdzie opisuje rzekomą zmianę, jaka zaszła w pisarstwie Przybyszewskiego po jego ślubie z Jadwigą Kasprowiczową. Mieli oni kreować się na „romantyczną, szczęśliwą parę, dlatego miłość w utworach pisarza stała się wyzwolicielską, a nie, jak wcześniej, fatalną siłą”. Ta opinia wydaje się absurdalna komuś, kto przeczytał – dajmy na to – „Il regno doloroso”, ostatnią powieść Przybyszewskiego, opublikowaną w 1924 roku. To historia sądów inkwizycyjnych w niewielkiej osadzie będącej pod władaniem satanistycznej hrabiny, która pod postacią sukkuba zwodzi młodego inkwizytora. Poza tym powieść pełna jest opisów erotycznych scen sabatu, które, zważywszy na zainteresowania autorki wyrażane w innych jej publikacjach, powinny ją szczególnie zainteresować. Z pewnością zaś uchroniłyby przed powielaniem takich bezpodstawnych sądów.

Być może gromadzenie cudzych ocen, bez sprawdzania ich wiarygodności, jest tylko jedną z kilku strategii rozpychania tekstu. Widać ich kilka na różnych poziomach książki – od edytorskiego (duża czcionka, duża interlinia), przez ilustratorski (wiele czarnobiałych reprodukcji słabo powiązanych z tekstem), po właśnie merytoryczny. Zdarzają się sytuacje tak dziwne, jak ta na stronie 145, gdzie autorka przytacza – za Tadeuszem Boyem-Żeleńskim – listę rzeczy wchodzących w posag żony jego brata. Lista ta liczy 225 pozycji, wśród nich „sztukę płótna i sztukę perkalu na 12 prześcieradeł na posłanie i tyleż samo 12 prześcieradeł pod kołdry, tuzin ręczników cieniutkich, tuzin ręczników cienkich i tuzin ręczników ostrych z mereżką” i inne, równie ciekawe rzeczy. Kienzler ciągnie ten cytat przez całą (!) stronę, kiedy nie ma on nawet wiele wspólnego z tematem rozdziału, poświęconego tym razem Włodzimierzowi Tetmajerowi. Takie pisanie „nie na temat” to ogólna bolączka „W oparach absyntu”, której wtóruje powtarzanie informacji. Choć może nawet taka próba pogrywania z czytelnikiem nie jest tak irytująca, jak traktowanie go niczym idioty, na przykład w tym fragmencie: „A przyjaciół dobierał sobie [Lucjan Rydel] nie byle jakich, dość powiedzieć, że najbliższymi mu ludźmi byli m.in. Józef Mehoffer, Stanisław Estreicher oraz Stanisław Wyspiański, regularnie bywający na tzw. żurfiksach, czyli przyjęciach towarzyskich organizowanych w jeden, określony dzień tygodnia. (Niewtajemniczonym wyjaśniam, iż określenie to nie pochodzi bynajmniej od nazwy popularnej zupy, ale od francuskiego pojęcia jour fixe – stały dzień)” (s. 293-294).

W nocie autorskiej wydawca zastrzega, że „Historia opisywana w książkach Iwony Kienzler to historia widziana oczyma kobiet”. Takie stawianie sprawy wydaje się czystym seksizmem. Czy historia to dla kobiet jedynie innego rodzaju materiał plotkarski? Czy kobietom wystarczają uwagi na temat wyglądu i życia miłosnego twórców kultury? Czy płeć decyduje o tym, jaką wrażliwość przejawiamy względem literatury czy malarstwa? Wydaje się, że Iwona Kienzler udziela na te pytania odpowiedzi twierdzącej. I jest to faktycznie myślenie żywcem wyjęte z końca XIX wieku.

LITERATURA:      

Sienkiewicz H.: „[Odpowiedź na ankietę „Kuriera Teatralnego” w sprawie repertuaru »pesymistyczno-zmysłowego«]”. W: „Programy i dyskusje literackie okresu Młodej Polski”. Red. M. Podraza-Kwiatkowska. Wrocław 2000.
Iwona Kienzler: „W oparach absyntu. Skandale Młodej Polski”. Wydawnictwo Bellona. Warszawa 2017.