Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (324) / 2017

Mateusz Demski, Joanna Krygier, Rafał Kapeliński,

MÓJ ŚWIAT WIELE RAZY POKAZYWAŁ KŁY. ROZMOWA Z RAFAŁEM KAPELIŃSKIM

A A A
Joanna Krygier, Mateusz Demski: Twój najnowszy film, „Butterfly Kisses”, na tegorocznym Berlinale zdobył Kryształowego Niedźwiedzia za elektryzujący debiut, który urzeka swoją intensywnością i budzi w widzu przerażające podejrzenia. Fabularny debiut, który otrzymuje tak prestiżową nagrodę, to nie lada wyczyn. Jak udało się zyskać przychylność berlińskiej publiczności?

Rafał Kapeliński: Programerzy festiwalu zobaczyli nasz film jeszcze w stanie zupełnie surowym. I tutaj zdradzę tajemnicę, że zachwycił ich do tego stopnia, iż był pierwszym filmem zaproszonym do programu tegorocznego Berlinale. Oczywiście, było to sporym wyróżnieniem, ale zarazem zaskoczeniem, biorąc pod uwagę, że zasugerowano nam sekcję Generation 14plus. Zawsze wydawało mi się, że pomimo młodej obsady jest to historia skierowana raczej do ludzi dorosłych. Wystarczy zwrócić uwagę na poczucie samotności i pewne młodzieńcze rytuały, z których zaczynamy zdawać sobie sprawę dopiero z perspektywy czasu. Całość jest zresztą przepełniona taką trochę typową dla wieku dojrzałego melancholią.

J.K., M.D.: Czym zatem jest dla ciebie „Butterfly Kisses”? W wywiadach wciąż podkreślasz, że nie zrobiłeś wcale filmu o pedofilii.

R.K.: Możecie się zgodzić lub nie, ale mój film rzeczywiście nie jest o pedofilii. Nie jest ona dla mnie niczym intrygującym, interesującym, ale zgadzam się, że jest to zjawisko, które prowokuje mocną i jednolitą reakcję. Nie chciałem wpisać się w ogólnokrajową debatę i nie przewidywałem tego, że mój film stanie się głosem w tej sprawie. Starałem się spojrzeć na problem w inny, może nieco kontrowersyjny sposób, zadając widzowi proste, ale zarazem niewygodne pytanie: czy Jake jest oprawcą, czy może jednak ofiarą? Do samego końca nie byłem pewien, jaki będzie odbiór takiego spojrzenia. Czy zostaniemy wrzuceni do jednego worka z filmami, które usilnie próbują powiedzieć coś głębokiego o problemie pedofilii w czasach, w których tak naprawdę nikogo ona specjalnie nie interesuje? Czy może wprost przeciwnie, obrzucą nas pomidorami, ponieważ staramy się pokazać oprawcę jako człowieka? Zawsze pragnąłem tworzyć filmy o chwilach, w których otaczający nas świat pokazuje kły. W których rzeczywistość demonstruje swoją brutalną, drapieżną, bezwzględną stronę. Oczywiście, nie można generalizować i twierdzić, że nasze życie sprowadza się do tragedii, ale mając szesnaście, siedemnaście lat zaczynamy powoli pojmować, że oprócz radości i piękna istnieje jeszcze druga strona. To bardzo ciekawe doświadczenie, tym bardziej, kiedy spoglądamy na coś odpychającego w prosty i ludzki sposób.

J.K., M.D.: Czy twój świat w dzieciństwie również pokazywał kły?

R.K.: Wiele razy. Pierwszym takim doświadczeniem było zaginięcie mojej sąsiadki. To była bardzo bliska mi osoba, jednak pewnego dnia przepadła bez śladu. Okazało się, że popełniła samobójstwo. Jej ciało wyłowiono kilka dni później z Wisły, a ja jako niewinny siedmiolatek przypatrywałem się całej sytuacji. To był niesamowity obraz, który odcisnął na mnie piętno. Wtedy też zdałem sobie sprawę, że ta piękna rzeka, która płynęła dwieście metrów od miejsca, w którym się wychowywałem, może być czymś śmiercionośnym. Takich momentów przeżyłem w swoim życiu kilka, jeśli nie kilkanaście. Nie chcę powiedzieć, że są one szalenie intrygujące czy interesujące, ale z pewnością kształcące. A emocje, które im towarzyszą, cechuje gwałtowność i nieprzewidywalność. Dlatego też dla mnie najważniejszą sceną w „Butterly Kisses” jest ta ukazująca moment, w którym dwóch chłopaków poznaje prawdę o swoim przyjacielu. Przyjacielu, o którym do tej pory właściwie nic nie wiedzieli. Właśnie wtedy zaczynają dostrzegać drugą stronę, zazębianie się tych skrajnych perspektyw. Towarzyszą im przy tym bezsilność i tragiczne myśli.

J.K., M.D.: To scena, w której oprócz twojej świadomości i wrażliwości na ciemną stronę każdego z nas, objawia się również reżyserski kunszt i ręka do młodych, niekoniecznie obytych z kamerą aktorów. Gdzie udało ci się znaleźć Jake’a, Kyle’a i Jerry’ego?

R.K.: Należy pamiętać, że nasz film jest projektem niskobudżetowym, który powstał w zaledwie kilkanaście dni, dlatego też dziewięćdziesiąt procent jego sukcesu zawdzięczamy castingowi. Mimo że nie mieliśmy zbyt wielkich środków, to poszukiwania trwały aż pięć miesięcy. To był wieloetapowy proces ciągnący się codziennie od rana do wieczora, wypełniony rozmowami i ćwiczeniami dramatycznymi. Spośród tych wszystkich młodych osób udało nam się wyłonić dwójkę, która miała stanąć u boku Theo Stevensona, bardzo doświadczonego aktora, który dał tej obsadzie solidny kręgosłup. Ale na kilka dni przed przystąpieniem do realizacji musieliśmy zrezygnować z jednego z nich i szybko zastąpić go kimś innym. To była jedna z najtrudniejszych rozmów w naszym życiu, ponieważ ta decyzja okazała się dla tego młodego człowieka bardzo dotkliwa. Ale odpowiedzialność reżysera to przede wszystkim ochrona filmu.

J.K., M.D.: Bardzo radykalne podejście.

R.K.: Radykalne, a nawet, powiedziałbym, nieludzkie. Ale w naszym zawodzie wciąż musimy podejmować decyzje, które są właściwe dla dobra ogółu, a zarazem bardzo krzywdzące wobec jednostki. W tej sytuacji mówimy o zespole młodych ludzi, dla których w pewnym momencie staliśmy się przyjaciółmi. Ale wydaje mi się, że w filmie niekoniecznie musimy pracować z osobami, które darzymy sympatią, a raczej z takimi, które profesjonalnie nas uzupełniają. Orkiestrując obsadę opartą na trójce młodych bohaterów, trzeba tak scharakteryzować postaci, aby każda z nich miała na ekranie swoje niepowtarzalne życie, odmienną tożsamość i z osobna zapadała w naszą pamięć. Niestety, ten chłopak w pamięć nie zapadał, a za to wciąż się gubił i chował za plecami swoich kolegów. Miałem świadomość, że jest dla nich bardziej ciężarem niż koniem pociągowym.

J.K., M.D.: Na koniec zatrzymajmy się właśnie przy „koniu”, który w sposób symboliczny funkcjonuje w twoim filmie. „Butterfly Kisses” zdaje się przepełnione takimi nieoczywistymi obrazami i zapożyczeniami choćby z tradycji niemieckiego ekspresjonizmu.

R.K.: Nie wydaje mi się, żeby to był świadomy zabieg. Nie pamiętam momentu na etapie realizacji, w którym powiedzielibyśmy sobie, że zrobimy film na wzór „M – Morderca” Fritza Langa, następnie nadamy temu czarno-białą otoczkę, bo ktoś już tak kiedyś zrobił, a na deser wrzucimy jeszcze symbolicznego konia (śmiech). Ten motyw narodził się w jednej z pierwszej wersji scenariusza, gdzie pojawiła się scena z pornografią i wspomnianym zwierzęciem. Wtedy postanowiłem nieco rozwinąć wątek konia i jednocześnie pokazać, że ten sam symbol może znaczyć wiele różnych rzeczy. Z jednej strony odczytamy go jako coś splugawionego, a z drugiej dostrzeżemy w nim wręcz pewnego rodzaju świętość, głos przewodni, który próbuje sprowadzić bohatera na dobrą drogę. Ale każdy film jest tylko pewną hipotezą, którą można interpretować w dowolny sposób. Kiedy na sali siedzi, załóżmy, sto osób, to każda z nich ogląda zupełnie inny obraz. Na tym zresztą opiera się piękno i wartość kina.



Fot. E. Ferdynus.