15 czerwca 12 (324) / 2017

Sara Nowicka, Natasza Goerke,

NIE MISJA, A MIŁOŚĆ

A A A
Sara Nowicka: Pani opowiadania były pełne najbardziej absurdalnych, nierzeczywistych zdarzeń, natomiast „Tam” wywodzi się z prawdy. Mimo to dużo w nim historii, w które trudno uwierzyć, jak na przykład fatamorgana czy opowieść o zakochanym chłopaku, którego serce zostało przebite belką. Jak to jest z prawdą i fikcją w Pani najnowszej książce?

Natasza Goerke: W „Tam” tak naprawdę konfabulacji jest niewiele. Przykłady, które pani wymieniła, są akurat najprawdziwszą prawdą. Fatamorgana jest faktem, w co nikt mi nie wierzy, ale na szczęście mam świadka, nie byłam wtedy sama. Natomiast z belką – tak usłyszałam, bezpośrednio tego nie widziałam, ale ponoć naprawdę belka przekuła mu pierś. Nie wiem, czy serce, czy płuco, ale serce brzmiało bardziej literacko.

Zmyślenia dotyczą głównie spraw drugorzędnych, takich jak opis bohaterów. Zmieniam im imiona czy kolor włosów, modyfikuję nieco ich osobiste historie. Zacieram im rysy twarzy, żeby w razie czego nikt się nie poczuł odarty z tajemnic czy zraniony. No a poza tym każdy poszczególny portret jest zarazem portretem zbiorowym, lustrem, w którym odbija się więcej niż jeden człowiek.

Poziom absurdu czy abstrakcji z całą pewnością w „Tam” jest niższy, niż w moich poprzednich książkach. „Tam” o życiu opowiada bez filtrów, bezpośrednio. Być może wynika to z mojego wieku i przychodzi to z czasem, który w moim przypadku najwyraźniej pracuje na korzyść prostoty.

S.N.: Cechą charakterystyczną Pani twórczości jest niewielka ilość używanych słów. „Tam” to najgrubsza z wydanych przez panią książek, a liczy tylko 152 strony. Herta Müller, która również słynie z nienadużywania słów, w jednym z wywiadów przyznała, że gdy tworzy, robi sobie mnóstwo „podpórek”, by później usunąć 1/3 tekstu. Jak ten proces selekcji przebiega u Pani?

N.G.: To jest jedyna rzecz, w której jestem lepsza od Herty Müller – ja usuwam ¾ tekstu (śmiech). „Tam” początkowo miało ileś set stron, każdy rozdział miał swoje dziesięć czy piętnaście wersji, które były bujne i zarośnięte jak zapuszczony ogród i pełne wspaniałych tautologii. Trzeba więc było kreślić, co oczywiście bolało, ale działało katarktycznie.

S.N.: Studiowała Pani indianistykę, nazwiska takich badaczy, jak Lévi Strauss pojawiały się w Pani opowiadaniach. „Tam” jest propozycją bardzo bezpretensjonalną, umiejscowioną poza gatunkami i na pewno nie naukową, jednak czy podczas pracy nad książką wykorzystywała Pani swoją akademicką wiedzę?

N.G.: Wiedzę teoretyczną nabywamy całe życie, bo cały życie się uczymy. Wiedza akademicka czy inna zalega gdzieś na tyłach głowy, czasami ciąży, czasami się kurzy, czasami się do czegoś przydaje. Pomaga na przykład w reserchach, pomaga poruszać się w meandrach linków internetowych. Studia stanowią oczywistą bazę, rodzaj kopa na drogę, którą dalej trzeba iść samemu.

S.N.: Misja to pewnie za duże słowo, ale czy przyświecał Pani jakiś cel związany ze stworzeniem książki o Nepalu?

N.G.: Misja na pewno nie, raczej miłość. Pisałam to bardzo długo, niemal cztery lata, bo pracę przerwała mi nepalska katastrofa. Książka wtedy zachwiała się, pękła, odpadł od niej tynk. Trzęsienie ziemi okazało się cezurą, pod wieloma względami. Zmieniło i Nepal, i mnie, i samą książkę. Nowy kontekst nadał nowy sens wielu opowieściom, pewne miejsca przestały istnieć, ludzie czasami też. Zrobiło się bardzo smutno. Poza tym Nepal w szerokim świecie miał teraz bardzo czarny PR i zdziesiątkowali się turyści, bo wszyscy bali się wstrząsów. Wstrząsów wtórnych początkowo rzeczywiście było sporo, ale mniej więcej po roku następowały już rzadko, dla turysty niemal niedostrzegalnie. Oczywiście pewnego dnia znowu się zaczną, bo Nepal leży na styku płyt tektonicznych, ale to samo można powiedzieć o Włoszech, Kalifornii i innych krajach, do których ludzie jeżdżą, nie bojąc się, że coś nagle pęknie. Tak więc pisząc „Tam”, chciałam troszeczkę przełamać ów zły PR, i skupiłam się głównie na pozytywach. Czyli opowiadałam o tym, jak naprawdę wygląda teraz Nepal. A naprawdę wcale nie jest źle. Ogromnie się zresztą cieszę, że ta książka już wyszła, bo Nepal zmienia się błyskawicznie i wiele z tego, co trąci w niej smutkiem, dziś już wygląda pogodniej. Dla przykładu smutny pusty hotel, o którym opowiadam, tętni obecnie życiem, podobnie jak stołeczne ulice.

Nepal to oczywiście nie tylko stolica, i nie tylko kotlina Katmandu. Nepal jest duży i biedny, i do miejsc, które najbardziej dotknęła katastrofa, pomoc do dziś dociera szczątkowo albo wcale. Miejsca te leżą z reguły z dala od trekingowych szlaków, poza zasięgiem wzroku gości. Trzeba jednak pamiętać, że Nepal w dużym stopniu żyje z turystyki, więc uważam, że właśnie teraz, w tym ciężkim czasie, należy go wspierać i odwiedzać, jak tylko się da.

S.N.: Zarówno teraz, jak i w książce, podkreśla Pani, że Nepal potrzebuje turystów. Jednak na pewno nie takich, jakich scharakteryzowała Pani w „Tam”. Pisze Pani, że jest wielu sympatycznych turystów, jednak woli się Pani skupić na negatywnych przypadkach. Dla równowagi, poprosiłabym o małą charakterystykę, a może nawet radę – jak być dobrym turystą?

N.G.: Nie wiem, czy istnieje kodeks turysty, może. Wiem tylko, że jeśli jesteśmy uważni, w miarę empatyczni, to siłą rzeczy nie będziemy nikogo krzywdzić, nie będziemy źle traktować ludzi. Jest to kwestia podstawowej etyki, szacunku dla drugiego człowieka. W książce pewne postawy doprowadziłam do skrajności, wyolbrzymiłam je trochę, żeby stały się do bólu wyraźne. Turystów, podobnie zresztą jak Nepalczyków, trudno oczywiście uogólniać, bo do niedawna jeszcze przyjeżdżały ich rocznie setki tysięcy. Opowiadam więc o pewnych typach turysty i przynależnych im cechach. Dość powszechna jest skłonność turysty do nadczłowieczeństwa, która przejawi się zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych. Znaczy się, turysta jest uprzejmy i miły do pierwszego kamienia na drodze – póki nie utknie na pięć godzin w korku, póki nie zamkną mu przed nosem sklepu, póki małpa nie wyrwie mu z ręki torby z owocami i tak dalej. Bo wtedy turyście puszczają z reguły nerwy i staje się nieprzyjemny. Krzyczy, obraża, złorzeczy. Nie pozwoliłby sobie na to samo, np. w Paryżu, a pozwala sobie na to w Katmandu, w obszarze, gdzie czuje się z automatu kimś lepszym. To oczywiście tylko jeden ze schematów zachowań, i oczywiście bardzo często turyści są sympatyczni, empatyczni i nie wyzuci z poczucia humoru. Poczucie humoru generalnie w życiu jest przydatne, a w Nepalu wręcz niezbędne. Redukuje stres, pozwala łapać dystans do kuriozalnych sytuacji i przydaje całej podróży uroku. Relacja turysty z Nepalem jest rodzajem wymiany, korzystnej dla obu stron. Poza aspektem materialnym, ogromnie dużo możemy się od siebie uczyć. A zwłaszcza dużo turysta może uczyć się od Nepalczyków.

S.N.: Czego możemy się zatem nauczyć od Nepalczyków?

N.G.: Radości, dystansu do rzeczywistości, cierpliwości, jaką do nas mają, reakcji na przykre sprawy, na wielkie tragedie. W Nepalu życie nadal toczy się z reguły na ulicy i podobnie jak śmierć nie chowa się za murami. Wpływa to na stosunek ludzi do istoty przemijania. Na przykład kremacje nie odbywają się w nieludzko obcych krematoryjnych piecach, ale w otwartej przestrzeni, na brzegach rzek, na oczach wszystkich. Jest w tym coś swojskiego, jest w tym pewna oczywistość. Gdy na naszych oczach ciało przemienia się w popiół, nasz stosunek do życia siłą rzeczy się zmienia. Zmieniają się hierarchie wartości, cele. Patrzenie na śmierć z bliska sprawia, że życie zyskuje na ostrości. Nepalczycy w dodatku nie wstydzą się smutku. Płaczą głośno, wypłakują swój ból i jest w tym coś oczyszczającego. Bo nie idzie się drogą i nie kopie kamienia przez trzy lata, ale ból zostaje wypłakany, wykrzyczany i wszystko toczy się dalej.

S.N.: W jednym z fragmentów pisze Pani, że dzięki doświadczeniu życia w Polsce, kraju, który przeżył i komunizm, i czasy transformacji, lepiej potrafi Pani zrozumieć niektóre zjawiska obserwowane w Nepalu.

N.G.: Tak, pisałam o biedzie, o nadrabianiu pewnych braków. Doskonale to rozumiem na swoim przykładzie. Gdy na początku lat osiemdziesiątych po raz pierwszy wyjechałam z bardzo głębokiej polskiej szarości do kolorowej Danii, za pierwsze zarobione pieniądze nakupiłam sobie pstrych t-shirtów, butów, sukienek i tak dalej. Podejrzewam, że wyglądać w tym okresie musiałam jak eklektyczna choinka czy jarmarczny stragan. Pierwsze miesiące były bowiem poszukiwaniem tożsamości, powolnym procesem sublimacji gustu. Wyczucie stylu to zresztą tylko przykład, ale na zasadzie analogii świetnie rozumiem Nepalczyków, którzy lata biedy dramatycznie sobie teraz kompensują. I stawiają sobie te kuriozalne pałace, obwieszają się perłami czy drukują logo trzech czy pięciu firm na jednej kurtce. Wiem, że po pewnym czasie odnajdą się w chaosie mód i trendów, i proporcje zostaną przywrócone.

S.N.: Czy potrafi Pani znaleźć jeszcze jakieś analogie między Polską a Nepalem?

N.G.: Trochę trudno porównywać ze sobą tak rozległe, liczebne i odległe kraje. Choć kto wie, może ta odległość jest krótsza niż się wydaje? Geopolitycznie jesteśmy sobie w pewnym sensie bliscy. Oba kraje są młodymi demokracjami, przy czym oba cechuje ponadprzeciętnie wysoki poziom religijności. Także położenie na mapie w obu przypadkach bywało czy nadal bywa kłopotliwe, bo Nepal wciśnięty jest pomiędzy dwóch silnych i nie zawsze pokojowo usposobionych sąsiadów, czyli Indie i Chiny. W kwestii mentalności unikałabym uogólnień, bo białostocczanie dość różni są od poznaniaków, a nepalscy Szerpowie od Tamangów. Nepal jest krajem bardzo wielokulturowym.

S.N.: Czy wielokulturowość jest według Pani możliwa w Polsce?

N.G.: Polska nadal jest krajem niezwykle homogenicznym, monokulturowym. Dość mnie to onieśmiela, ale wierzę, że zmiana w tej kwestii jest kwestią czasu. Nie da się dziś żyć w rezerwacie. Pierwszy Świat stanowi na mapie ubóstwa elegancką wysepkę i wiadomo, że wiecznie tak być nie może. Polska nie jest oczywiście Skandynawią, ale nie jest też krajem Trzeciego czy Czwartego Świata. Polska jest średniodostatnia i w miarę syta, i Polskę stać na to, żeby obiadem podzielić się z biedniejszymi.