Wydanie bieżące

1 lipca 13 (325) / 2017

Radosław Pisula,

KOSMICZNI KOWBOJE (ANIHILACJA. TOM 2)

A A A
Pierwszy tom „Anihilacji” stanowił wybuchowe preludium całego konfliktu – nagłe, pełne rozmachu, ustawiające pionki na planszy. Fala maszkar ze Strefy Negatywnej zdewastowała kosmos, a czytelnicy dostali niesamowite widowisko science fiction. Niby kolorowe, jednak nie typowo trykociarskie – wydawnictwo Marvel w końcu postanowiło odświeżyć swoje pozaziemskie uniwersum i pozwoliło odetchnąć nowojorskim ulicom. Niestety, wiązał się z tym też nawał galaktycznej mitologii, terminów oraz postaci o dziwnych pseudonimach serwowany w taki sposób, jakby każdy czytelnik doskonale wiedział, o czym mowa. I w tym przejawia się jedna z większych bolączek kontynuacji.

Drugi album cyklu niby pokazuje postępujące przejmowanie kosmosu przez Annihilusa i jego armię, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia jedynie z fabularnym wypełniaczem poprzedzającym finałowy akt, gdyż dopiero w ostatnim tomie poznamy główną część całego projektu. Recenzowany wolumin składa się z trzech, ostatecznie zbyt przeciągniętych miniserii, poświęconych bardzo ważnym kosmicznym personom.

Pierwsza – autorstwa głównego architekta całej „Anihilacji”, Keitha Giffena – prezentuje Silver Surfera, z przerażeniem odkrywającego zgliszcza kolejnych planet po przejściu chmary morderczych insektów. I, niestety, owa opowieść jest nie tyle częścią składową całego wydarzenia, co próbą ustawienia historii tego bohatera na trasie jego potencjalnej solowej serii. A wszystko to przy akompaniamencie wielu różnorakich byłych sług pożeracza światów Galactusa – i aż nazbyt pompatycznych dialogów. Jest tu kilka niezłych scen, czego nie można powiedzieć o szczątkowej fabule, a najlepsze wrażenie w tym całym widowisku sprawia Thanos – knujący trochę na uboczu, szykujący dla siebie miejsce w dalszych odsłonach tej epickiej opowieści. Niby ciekawie jest zanurzyć się w mitologii heroldów, tyle że jest ona przedstawiona zbyt pobieżnie, przez co bohaterowie zostają potraktowani po macoszemu, a łączenie miniserii z główną fabułą „Anihilacji” nie robi większego wrażenia. Za to całkiem nieźle prezentują się rysunki Renato Arlema (wyraźnie przypominające dokonania Alexa Maleeva), podkreślające niezwykłość kosmicznego świata Marvela.

Druga miniseria została poświęcona Kl’rtowi (znanemu lepiej jako Super-Skrull): najpotężniejszemu przedstawicielowi swojej rasy, który dzięki inżynierii genetycznej zyskał moce całej Fantastycznej Czwórki. Fala Anihilacji zniszczyła Imperium Skrullów, a bohater musi teraz uchronić jedną z planet przed nadciągającym atakiem machiny wojennej zwanej Żniwiarzem Smutku. Misja jest szczególnie ważna dla Kl’rta nie tylko przez rasowe więzy, ale z powodu tego, że na planecie znajduje się jego syn. Całość to zgrabnie napisana opowieść o straceńcach w stylu „Parszywej dwunastki” (1967) Roberta Aldricha: Super-Skrull zbiera po drodze drużynę podejrzanych indywiduów, mamy sporo kombinowania, całkiem przyjemne wolty fabularne i aż niedorzeczną ilość wymian ciosów. Ale to przede wszystkim historia Kl’rta, którego definiują bezceremonialne czyny i trudne decyzje.

Scenarzysta Javier Grillo-Marxuach nie wpycha w jego usta natchnionych dialogów (jak Giffen w przypadku Surfera), ale pozwala spojrzeć na niego oczami innych bohaterów. Z psychologicznego punktu widzenia to całkiem nieźle nakreślona postać, rozerwana pomiędzy swoim przywiązaniem do Imperium, miłością rodzicielską i ciągłą obawą przed tym, że w końcu stanie się zbędny. A w omawianej historii Kl’rt musi przejść przez prawdziwe piekło. Jednak epizod jest napisany w taki sposób, że pomimo bestialstwa protagonisty czytelnik cały czas trzyma kciuki za ojca, który chce za wszelką cenę uratować syna. Naprawdę dobra lektura z interesującym antybohaterem – szkoda tylko, że ilustracje Gregory’ego Titusa są po prostu słabe. Kreskówkowa, niedopracowana stylistyka niezbyt także pasuje do samej tematyki.

Ostatnią miniserią jest opowieść o Ronanie Oskarżycielu, którego spotykamy chwilę po tym, jak został zhańbiony przed sądem, za co w szczególności odpowiadała (dokonująca krzywoprzysięstwa) niejaka Tana Nile. W czasie trwania Anihilacji bohater postanawia więc dopaść niszczącą jego status kobietę, w wyniku czego trafia na planetę Godthag Omega. Tutaj zaczyna się historia niczym z westernów Sergia Leone. Bo nie dość, że akcja rozgrywa się w pustynnym miasteczku, to sam Ronan mocno przypomina Clinta Eastwooda połączonego z jego popkulturowym „synem”, Joe Dreddem – zresztą podobnie jak on jest jednocześnie sędzią, oskarżycielem i katem. Historia szybko zamienia się w wielką bitkę, w której biorą udział dziesiątki postaci wyciągniętych z czeluści kosmosu Marvela i różnych zapomnianych już fabuł. Na szczęście czytelnik zaznajomiony z dwiema częściami kinowych „Strażników Galaktyki” (2014/2017) Jamesa Gunna nie będzie miał problemu z rozpoznaniem niektórych z nich (Korath, Gamora, Nebula), niemniej mnogość nowych/starych twarzy niepotrzebnie rozmywa opowieść o samym Ronanie.

Oczywiście, znajdziemy tutaj kilka interesujących wątków – szczególnie tych dotyczących funkcjonowania rasy Kree oraz ich roli w kosmicznym ekosystemie, ale koniec końców jest to jednak kolejny poprawny zapychacz, zwalniający tempo (rozpędzonej w pierwszym tomie) opowieści przed nieubłaganie zbliżającym się finałem. Scenarzysta Simon Furman – legenda komiksowego świata Transformers – ma już trochę stępione ostrze dialogowe, niemniej sama fabuła (choć składa się z rozpoznawalnych schematów) jest wystarczająco solidna, podobnie jak rysunki Jorge’a Lucasa.

Drugi tom „Anihilacji” sprawia wrażenie wypełniacza pomiędzy kluczowymi momentami opowieści. Stanowi zbiór miniserii rozwijających świat skonfliktowanego kosmosu, wprowadzający postacie, które mogą mieć do odegrania istotną rolę w finale. Pamiętajmy jednak, że to typ komiksu, który w ramach amerykańskiego głównego nurtu nazywa się „tie-inem” – dodatkiem do większej historii, skupiającym się na pewnych jej szczegółach albo pobocznych wydarzeniach. Dodatkiem, który nie jest potrzebny do zrozumienia całości. I takie wrażenie sprawia ten album – stanowi zbiór zróżnicowanych opowieści, lepszych i gorszych (tak pod względem narracji, jak i rysunków), które łączy to, że w świetle jupiterów stawiają potężne kosmiczne istoty, kluczowe dla galaktycznego uniwersum Marvela. Całkiem przyjemnie jest się z nimi zapoznać, ale drugą odsłonę „Anihilacji” trudno uznać za album do niezobowiązującej lektury „na raty” – ogrom kosmicznej mitologii zbyt często przytłacza, a próba zorientowania się w wydarzeniach chwilami zmusza czytelnika do wklepywania niektórych pseudonimów do Google’a, bo nawet zamieszczone w tomie charakterystyki postaci nie nadążają pod tym względem. Mam tylko nadzieję, że ten chaos i nierówny poziom zwrócą się z nawiązką w ostatniej części cyklu.
Simon Furman, Keith Giffen, Renato Arlem, Jorge Lucas i inni: „Anihilacja. Tom 2” („Annihilation Book 2”). Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz. Wydawnictwo Egmont Polska. Warszawa 2017.