Wydanie bieżące

1 lipca 13 (325) / 2017

Kamila Czaja,

WIARA CZYNI ZBRODNIĘ (ANNA KAŃTOCH: 'WIARA')

A A A
W zeszłym roku Anna Kańtoch „Łaską” weszła przebojowo na kryminalny rynek, zdobywając nominację do Nagrody Wielkiego Kalibru i nagrodę Kryminalna Piła. Szeroko chwalony – także przeze mnie – debiut w nowym dla pisarki gatunku na szczęście nie był jednorazowym osiągnięciem. Wydana właśnie „Wiara” przejawia zalety poprzedniczki, ale przy tym nie okazuje się wtórna, stanowi niezależną opowieść i broni się samodzielnie.

Summertime”

Kańtoch znów udowadnia swój sprawny warsztat. Nowy kryminał jest pięknie napisany i elegancko rozplanowany (co podkreślają konsekwentne tytuły rozdziałów zawierające słowo „dziewczyna” lub „dziewczyny”). O ile „Łaska” imponowała klimatem zimowym, tak tym razem autorka równie przekonująco buduje atmosferę lata w małej miejscowości turystycznej. Kańtoch pisze tak, że spowalniające kryminalną akcję opisy nie nudzą, lecz skupiają uwagę czytelnika. Duszna sensualność niektórych fragmentów zostaje w pamięci nawet dłużej niż fabuła; za przykład posłużyć mogą zdania: „Nad nimi brzęczała mleczna lampa w drucianym kloszu – kapitan słyszał miękkie pacnięcia uderzających o rozgrzane szkło ciem. Ostry, gryzący zapach klubowych mieszał się ze słodką wonią koniczyny i świeżo ściętej trawy” (s. 55). Na wyrazisty klimat składają się też sugestywne odniesienia w rodzaju: „(…) złudzenie magii było tak silne, że przez chwilę miał wrażenie, jakby znalazł się w książce Hodgson Burnett” (s. 67).

Ale Kańtoch w atmosferę letniska (wyćwiczoną już pisarsko, w przedwojennej wersji, w powieści „Czarne” z 2012 roku) doskonale wpisuje nie tylko samą zbrodnię, ale też poczucie czającej się w tle grozy. Pisze na przykład: „Tutaj, niedaleko granicy, sygnał bywał słaby, a spod polskich programów od czasu do czasu wyzierały czeskie, niczym dobijające się na powierzchnię wyblakłe duchy” (s. 115). Ponownie też ze szczegółami buduje złowrogie scenerie (szpital psychiatryczny, las, strych na plebanii).

Eighties”

Akcja „Łaski” toczyła się w 1985 roku (fragmentami w 1955), a „Wiara” dotyczy roku 1986 (ale ważne okazują się też wydarzenia o dwie dekady wcześniejsze). Kańtoch odtwarza realia epoki przekonująco, ale i subtelniej niż w poprzedniej książce. Tym razem nie wspiera się litanią rekwizytów, tylko rozkłada je w powieści ostrożniej, więc fragmenty w rodzaju tego o „Teleexpressie” („Program ten, choć nadawany dopiero od miesiąca, miał już w osobie Witczaka wiernego fana” [s. 47]) grają jako integralna część książki, a nie wysilona próba narysowania danej dekady PRL-u grubą kreską.

Realia geograficzne i czasowe późnych lat 80. brzmią trafnie (przynajmniej dla kogoś, kto zna ten okres tylko z przekazów). A w „Wierze” wybór akurat tej dekady pozwala wykorzystać interesujący wątek relacji milicji z przedstawicielami kleru. Kapitan Witczak i ksiądz Marczewski, chociaż obaj chcą dojść do prawdy, muszą w ewentualnym połączeniu wysiłków brać pod uwagę napięcie między komendą a kościołem oraz podejrzenia o niewłaściwą współpracę, jakie mogą spaść na nich ze strony zwierzchników i lokalnej społeczności.

Where Everybody Knows Your Name”

Prowadzący śledztwo kapitan Witczak wypada chwilami nieco stereotypowo, ale czasem zrzuca maskę twardziela: „Prawie jak w domu, pomyślał z lekką nutką czegoś, co miało być ironią, ale ostatecznie wcale nią nie było” (s. 144). Proboszcz Marczewski to – kolejny po Marcie z „Łaski – cywil postawiony w obliczu zbrodni, którą chciałby rozwikłać, ale ma świadomość własnego amatorstwa. Trudno jednak nazwać milicjanta lub księdza głównym bohaterem powieści. Obaj wydają się równie istotni. A czytelnik ma do czynienia nie tylko ze śledczym i duchownym, ale z całą plejadą postaci – zawodowców i cywilów. To grupa zróżnicowana, a pełnokrwiści bohaterowie na wszystkich (także dalszych) planach znów się Kańtoch udają. Każda postać ma swoją historię, swoje problemy i plany. Na dodatek śledztwo wymagające przemieszczania się milicjantów między różnymi częściami Polski pozwala pokazać nie tylko odmienne krajobrazy, ale też przekrój społeczny.

Najdokładniej opisana zostaje Rokitnica – mała wioska, w której wszyscy się znają. Prowadzi to do zabawnych, mało profesjonalnych sytuacji, kiedy na przykład milicjantka wzywa świadka na przesłuchanie, biegnąc do niego i krzycząc: „Franek, czekaj!” (s. 25). Ale to zamknięcie się miejscowości we własnych granicach, przekonaniach i wierzeniach ma też groźny potencjał, który Kańtoch konsekwentnie wykorzystuje. To, jak powtarza w powieści wiele osób, „złe miejsce” – czyli doskonała sceneria dla licznych tajemnic przedstawionych na kartach książki. Chwilami wydaje się, że jest ich zbyt wiele, ale wtedy autorka udowadnia, że doskonale pasuje nad skomplikowanym materiałem. Wprawdzie – podobnie jak w „Łasce” – pewnych rozwiązań można się domyślić, jednak liczą się niuanse i motywacje, a te wypadają świetnie.

Have a Little Faith in Me”

Jeżeli ktoś pragnie skumulowanych zwrotów akcji, pościgów i lektury odrywającej od problemów codzienności, to może się rozczarować. Kańtoch nie boi się dokładnych opisów ludzi i miejsc, nie szkoda jej czasu na dopisywanie każdej postaci jakiegoś tła. Nie tworzy dzielnych herosów bez skazy, nie dąży do bezwzględnego zwycięstwa dobra nad złem w literaturze (skoro tak trudno o to w życiu). Pisze bardzo dobre, naturalne dialogi, sięgając nawet po gwarę, ale przy tym woli, jeśli bohaterowie nie mówią wszystkiego wprost.

Jeśli jednak komuś podobała się „Łaska”, to powinien docenić też „Wiarę”. Te kryminały adresowane są do czytelników, którzy szukają nie tyle pędzącej akcji i opowieści opartej głównie na wartkich dialogach, ale od modnego gatunku oczekują, że oprócz zbrodni i śledztwa zagwarantuje misternie zbudowany świat przedstawiony, ładny literacki język i niebanalne rozważania nad ludzką naturą (jednostkową i społeczną). Po „Łasce” podkreślałam, że Kańtoch ma „łaskę dobrego warsztatu”. A po „Wierze” po prostu z wiarą czekam na więcej.
Anna Kańtoch: „Wiara”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2017 [seria: Ze Strachem].