Wydanie bieżące

1 lipca 13 (325) / 2017

Józef Jaskulski,

MAŁA WIELKA WOJNA (TOM CLAVIN, ROB DRURY: 'SERCE WSZYSTKIEGO, CO ISTNIEJE')

A A A
Chociaż nigdy nie lubiłem rodeo – mało kogo kręci jeszcze ujeżdżanie byków przez facetów w sztylpach – to podobnie jak Jane Tompkins w „West of Everything” przyznaję się bez bicia, że nałogowo oglądam westerny i nieszczególnie się tego wstydzę. Z dwóch Bernsteinów wolę Elmera („Siedmiu wspaniałych”) od Lenny’ego („West Side Story”). Za najlepszy film o wojnie w Wietnamie uważam „Wyjętego spod prawa Joseya Walesa”, w którym Clint Eastwood w sobie tylko znany sposób z naczelnego anarchokapitalisty Hollywood przeistacza się w dziecko-kwiat (bądź pozdrowiona, Sondro Locke). Jako fanboy duetu Leone-Morricone, będąc w Rzymie bez większego żalu odpuściłem oglądanie nagrobka Juliusza II na rzecz spaceru po Zatybrzu (kolebce spaghetti westernu), bo współczynnik napięcia „Geistigkeit” i „Sinnlichkeit” w Mojżeszu Michała Anioła to przy meksykańskich standoffach w „Trylogii dolara” kaszka z mlekiem.

Śmierć westernu hejterzy wieszczą od z górą czterech dekad, jednak na przekór diagnozom krytyków gatunek powstał z kolan i miewa się ostatnio całkiem dobrze. Trudno uznać western za formułę przeterminowaną, pamiętając o długiej litanii wybitnych filmów wyprodukowanych w ostatnich kilkunastu latach, od „Zabójstwa Jessee’go Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda” A. Dominika, przez obrazy braci Coen („To nie jest kraj dla starych ludzi”, „Prawdziwe męstwo”), K. Reinhardt („Meek’s Cutoff”) i T. Lee Jonesa („Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady”, „Eskorta”), po najnowsze produkcje Q. Tarantino („Django”, „Nienawistna ósemka”) i S. C. Zahlera („Bone Tomahawk”).

Żywotność westernu paradoksalnie wynika z jego schematyczności, która zachęcając do eksperymentów formalnych, dostarcza jednocześnie łatwo rozpoznawalnych (i ochoczo przez reżyserów łamanych) schematów narracyjnych. Rozumiana w ten sposób formuliczność z wady staje się zaletą – otwiera gatunek na nowe permutacje i przekształca go z hollywoodzkiej skamieliny w transgraniczną platformę krytyki ideologii.

Jako wehikuł refleksji ideologicznej, hybrydowy western jest dziś nieoczywistym narzędziem krytyki zjawisk tak od siebie odległych, jak mechanizmy spekulacji finansowej („Aż do piekła” D. McKenziego), austriacka polityka denazyfikacyjna („Mroczna dolina” A. Prochaski), wycinka puszczy amazońskiej i wywłaszczanie zamieszkującej ją ludności („El Ardor” P. Fendrika), czy homogenizacja narracji historycznych („Róża” W. Smarzowskiego, „Pokłosie” W. Pasikowskiego). Westerny mówią o współczesnej rzeczywistości znacznie więcej, niż byśmy chcieli – bądź co bądź, żyjemy w kraju, w którym lider partii rządzącej z lubością wyznaje, że nieliczne wolne chwile spędza, oglądając nabuzowane testosteronem longhorny i podrygujące na nich zadki kowbojów z Wyoming (jeśli wierzyć Wikipedii, to właśnie w stolicy tego stanu, Cheyenne, organizowane jest od 1872 r. najsłynniejsze i najstarsze rodeo w USA).

A skoro o Wyoming mowa, przed kilkoma tygodniami nakładem Wydawnictwa Czarne ukazał się reportaż historyczny pt. „Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów” autorstwa Toma Clavina i Boba Drury’ego (przeł. Adam Czech). Rodzime czytelniczki i czytelnicy Czerwoną Chmurę z pewnością kojarzą z trylogią Krystyny i Alfreda Szklarskich „Złoto Gór Czarnych”, gdzie pojawia się on w rozdziałach opisujących Wojnę o Kraj Rzeki Powder, by następnie ustąpić miejsca Siedzącemu Bykowi i Szalonemu Koniowi, którzy w kulminacyjnym rozdziale „Ostatniej walki Dakotów” prowadzą Siuksów do walki z Custerem nad Little Big Horn. I choć Czerwona Chmura umiejętnościami przywódczymi i charyzmą polityczną nie ustępował swoim młodszym rywalom, to właśnie Siedzący Byk i Szalony Koń na trwałe zapisali się w pamięci zbiorowej Ameryki – czy to ze względu na narodową traumę spowodowaną nagłą śmiercią niedoszłego kandydata na prezydenta, czy też dzięki rozgłosowi, jaki nadał jej w popkulturze obwoźny cyrk Buffalo Billa.

W liczącej ponad czterysta pięćdziesiąt książce Clavin i Drury odmalowują portret Czerwonej Chmury jako modelowego amerykańskiego self-made mana: przenikliwego stratega, wytrawnego negocjatora, walecznego wojownika (i niespełnionego kochanka), skazanego na plemienny margines syna alkoholika, który na przekór licznym przeciwnościom wspiął się na szczyt drabiny społecznej, wreszcie prekursora idei rdzennej suwerenności jako alternatywy dla wąsko pojętego wyboru między eksterminacją i przymusową asymilacją.

Drobiazgowa biografia Czerwonej Chmury to także pretekst dla wieloaspektowej prezentacji struktury społecznej najpotężniejszego z plemion Wysokich Równin. Mimo sporej dozy sympatii dla bohatera reportażu (książka dedykowana jest potomkom wodza oraz mieszkańcom rezerwatu Pine Ridge), autorzy konsekwentnie rozprawiają się z mitami, którymi obrosło życie nomadycznych plemion prerii. Oglalowie Clavina i Drury’ego są społeczeństwem paradoksów, dalekim od wyobrażeń o organicznej idylli utrwalonych w „Tańczącym z wilkami” (i równie często internalizowanych przez samych Indian, o czym dobitnie przypomnieli Chris Eyre i Sherman Alexie w świetnym „Smoke Signals”).

Clavin i Drury podkreślają, że podobnie jak Komancze na południu, tak Siuksowie na północy stworzyli najbardziej ekspansywną, mobilną i drapieżną kulturę łowiecką, opartą na hodowli koni, polowaniach na bizony i łupieniu sąsiednich plemion. Autorzy opisują Oglalów jako wspólnotę mocno zhierarchizowaną, patriarchalną, utylitarną wobec kobiet, bezwzględną dla wrogów, a jednocześnie hojną wobec wykluczonych: podeszłych wiekiem, zniedołężniałych, ubogich czy transwestytów, którym zapewniała minimum środków niezbędnych do przetrwania. To wreszcie społeczność, w której przeciwników politycznych dyskredytowano poprzez podsycanie międzypokoleniowego resentymentu, projektując winy rodziców na ich dzieci (brzmi znajomo?).

Podobnie jak w poprzednich pozycjach publikowanych w „amerykańskiej” serii Czarnego, autorzy „Serca wszystkiego, co istnieje” odchodzą od dziedzictwa retoryki Boskiego Przeznaczenia, jednocześnie starając się nie wpaść w pułapkę indianofilii. Udało się autorom uniknąć tego, co Gerald Vizenor określił mianem „symulacji z dioramy”, tj. romansu o szlachetnym dzikusie jako przeciwwagi dla okrucieństw cywilizacji. Opowieść o karierze politycznej i życiu prywatnym Czerwonej Chmury zapleciona zostaje w system naczyń zespolonych. Clavin i Drury opisują schyłek potęgi Oglalów jako wypadkową wielu współzależności: intensywnej ekspansji terytorialnej po wojnie secesyjnej, budowy kolei transkontynentalnej, obustronnego etnocentryzmu, wreszcie zmian klimatycznych i niezrównoważonej eksploatacji zasobów naturalnych (gdzieś nad tym wszystkim majaczy w oddali duch Toma Joada i pierwsze podmuchy Dust Bowl). Często cytowaną w amerykańskiej historiografii wymianę bon motów pomiędzy Czerwoną Chmurą a waszyngtońskim oficjelem, do której miało dojść na bankiecie u prezydenta Ulysessa S. Granta, autorzy „Serca wszystkiego, co istnieje” traktują jako pretekst do obnażenia wzajemnego szowinizmu rozmówców i arbitralnej (bo dosztukowywanej według bieżących potrzeb) mitologii legitymizującej partykularne interesy ich społeczności. W innym miejscu reportażyści cytują relację z łowieckiej eskapady irlandzkiego arystokraty, który podczas jednej wyprawy zabił dla sportu dwa i pół tysiąca bizonów, czterdzieści jeden niedźwiedzi grizzly oraz kilkanaście antylop, jeleni i wapiti; w tym samym akapicie przypominają jednak nieśmiało, że szał polowań udzielał się również rdzennym myśliwym, którzy skórami i futrami płacili za towary kupowane od białych handlarzy.

Clavin i Drury nakreślili mikrohistorię konfliktu o konsekwencjach nieproporcjonalnie długofalowych w stosunku do rozmiarów. Kolonialna przeszłość – jak u Vico, a później u Saida – nieustannie zapętla się z teraźniejszością. Pustynnienie równin, degradacja ekosystemu, początki kultury korporacyjnej i towarzyszący jej schyłek mobilności, geometryczny postęp technologiczny i zagubione wobec niego, podzielone etnicznie społeczeństwo – w wodach rzeki Powder widać zapowiedź Ameryki dnia dzisiejszego. (Jak przypomina Dee Brown w „Pochowaj me serce nad Wounded Knee”, kiedy Siuksowie, Arapahowie i Czejenowie walczyli z „niebieskimi kurtkami” o ostatnie wielkie łowisko na Wysokich Równinach, prezydent Andrew Johnson zawetował ustawę o powszechnych prawach obywatelskich, którą Kongres ostatecznie przepchnął, wyłączając z niej jednak Rdzennych Amerykanów). Naturalną konsekwencją Wyomingu Clavina i Drury’ego jest Wyoming z opowiadań Annie Proulx: stan o najniższej gęstości zaludnienia (nie licząc Alaski), zamieszkały przez nomadów koczujących w przyczepach kempingowych; kraina nowobogackich przybyszów, klepiących biedę ranczerów i zamrożonych na kość kowbojów, którzy jak kapitan William Judd Fetterman dali się ponieść fantazji i znaleźli śmierć w zaśnieżonym parowie.

Czytający „Serce wszystkiego, co istnieje” malkontenci (słusznie) przyczepią się do irytującej tendencji autorów w kierunku hiperboli, widocznej choćby w ostatnim rozdziale, w którym Clavin i Drury niepotrzebnie „maślą” Czerwonej Chmurze, stawiając go w jednym szeregu z generałem Lee i markizem Cornwallisem. W końcowym rozrachunku Wojna Czerwonej Chmury – podobnie jak późniejsze zwycięstwo Siedzącego Byka nad Little Big Horn – okazała się przeciwskuteczna. Pierwsza w historii klęska armii amerykańskiej w wojnie z indiańskimi plemionami ostatecznie zaostrzyła politykę Kongresu wobec plemion Wielkich Równin i wzmogła ksenofobiczne nastroje w społeczeństwie, skutecznie kneblując nielicznych „miłośników Indian”.

To jednak zarzuty kosmetyczne, pozostaje więc czekać na kolejne publikacje w serii („The Apache Wars: The Hunt for Geronimo” P.A. Huttona? „The Other Slavery” Andresa Resendeza? „Thunder in the Mountains” Daniela J. Sharfsteina?) oraz mieć nadzieję, że pozycje historyczne Czarne uzupełni wkrótce o reportaże osadzone w czasach współczesnych, jak chociażby „Yellow Dirt: A Poisoned Land and the Betrayal of the Navajos” Judy Pasternak, albo stare, ale jare „Counting Coup: A True Story of Basketball and Honor on the Little Big Horn” Larry’ego Coltona, czy też równie leciwe, ale warte wydawniczego zachodu „Keeping Heart on Pine Ridge” Vica Glovera).

Można też po cichu liczyć na wydanie książek non-fiction about Natives, written by Natives („Rez Life” Davida Treuera?, „Rez Ramblings” Leona Blunt Horn Matthewsa?). Duch Czerwonej Chmury nadal żyje wśród Oglalów z Pine Ridge, tak jak duch Siedzącego Byka wśród Hunkpapów w Standing Rock. Wie już o tym 9,2 mln Amerykanów, którzy podpisali protest w sprawie rozbudowy gazociągu Dakota Access Pipe Line. Wie prezydent Donald Trump, nawet jeśli tę wiedzę skrzętnie maskuje swoim tupetem. Może pora przypomnieć o tym czytelnikom w Polsce?

LITERATURA:

Eyre, C. & S. Alexie: „Smoke Signals”. Miramax 1998.

Proulx, A.: „Close Range: Wyoming Stories”. New York 1999.

Szklarscy, K. i A.: „Złoto Gór Czarnych. Ostatnia walka Dakotów”. Warszawa 1993.

Tompkins, J.: „West of Everything: The Inner Life of Westerns”. New York-Oxford 1992.

Vizenor, G.: „Manifest Manners: Narratives on Postindian Survivance”. Lincoln 1999.
Tom Clavin, Bob Drury: „Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów”. Przeł. Adam Czech. Wydawnictwo Czarne. Wołowie 2017 [seria: Amerykańska].