Wydanie bieżące

1 lipca 13 (325) / 2017

Teresa Fazan,

MASKI POTWORNEJ KOBIETY (SIRI HUSTVEDT: 'ŚWIAT W PŁOMIENIACH')

A A A
Wszystko zaczyna się od wprowadzenia czytelnika w błąd. Pojawiające się na początku powieści słowo wstępne redaktora jest jedną z wielu warstw gęstej, złożonej i niełatwej do odszyfrowania powieści. Wymyślony redaktor, I.V. Hess, wprowadza nas w historię odkrytej przez siebie przypadkowo artystki Harriet Burden. Postanawia rozgryźć zagadkę jej artystycznych mistyfikacji, czego efektem staje się leżącą przed nami książka, złożona z wyimków z jej dzienników, a także komentarzy bliskich i osób, z którymi miała styczność, działając w obrębie szeroko rozumianego rynku sztuki. Burden (nazwisko oczywiście znaczące, z ang. ciężar, obciążenie, ale też istota, esencja) była nie tylko artystką wizualną, ale także żoną wpływowego marszanda sztuki i matką dwójki dorosłych już twórców – reżyserki i pisarza. Hess zagłębia się w liczne zapiski artystki, powołując do życia dawno już miniony czas: szybko zapominamy o ramie powieści i nowym czasem teraźniejszym staje się historia życia głównej bohaterki. Harriet Burden bardzo pragnie się czegoś dowiedzieć: chce sprawdzić, czy jej sztuka, wcześniej niedoceniana, ignorowana czy wręcz odrzucana, spodoba się i sprzeda, jeśli za autora swoich dzieł podstawi artystę płci męskiej. Artystka zaczyna rozumieć, że musi zostać mężczyzną, by stać się widoczną. Postanawia więc ukryć się za maskami: wybiera trzech artystów, z którymi przygotowuje kolejne wystawy-mistyfikacje. Każda z nich okazuje się swego rodzaju sukcesem, jednak dla wszystkich – a zwłaszcza dla samej Harriet – bardzo szybko jasne staje się, że eksperyment niczego nie dowiódł. Sytuacja badawcza nie została odpowiednio przygotowana: skoro laboratorium było prawdziwe życie, a przedmiotem eksperymentu realni ludzie, wzajemny wpływ poszczególnych zmiennych nie mógł być odpowiednio kontrolowany. Po pierwsze nie wiadomo, czy nowe, uznane dzieła nie okazały się po prostu lepsze niż poprzednie, zignorowane. Po drugie Burden tworzyła dzieła w towarzystwie artystów, z którymi współpracowała, więc bez wątpienia ulegała ich wpływom: powstałe dzieła sztuki nie są w czysty sposób jej pracami, w najlepszym razie trudno jasno wyodrębnić linię wzajemnego wpływu. Co więcej, jeden z artystów był już znany, gdy podjął się współpracy z Burden – być może wystawa okazała się sukcesem wyłącznie dzięki jego renomie? Po co zatem, mimo wątpliwości, artystka postanawia podjąć się eksperymentu? Dlaczego, mimo że już pierwsza mistyfikacja ujawnia jak problematyczny i ryzykowny to projekt, Harriet brnie dalej? Czy będzie mogła z powrotem stać się kobietą, ujawnić swoje prawdziwe, potworne oblicze? Czy będzie mogła zdjąć maskę i napawać się zwycięstwem? Tak naprawdę Burden nie pragnie ani pieniędzy, ani sławy. Pierwszych ma więcej niż potrzebuje, a obracając się od lat w środowisku artystycznym, doskonale wie, ile tak naprawdę warta jest sława. Prawdziwym marzeniem zbuntowanej artystki jest bycie zrozumianą. To pragnienie afektywne, intymne, takie, którego nie sposób opanować, wygłuszyć. Harriet Burden nie jest rozsądna, jest za to do bólu autentyczna i wierna sobie. Sztukę i życie traktuje nad wyraz serio. W pewnym sensie to powieść właśnie o tym: o na wskroś ludzkim lęku przed odrzuceniem i przemilczeniem.

Kobieta-potwór

Nie bez powodu ulubioną powieścią z dzieciństwa Harriet jest „Frankenstein” Mary Shelley. Po pierwsze chodzi oczywiście o fascynację powoływaniem do życia czegoś pierwotnie martwego, co przecież można uznać za właściwą działalność artystów. Jednak zainteresowanie potworem ma także inne źródło. Jak zauważa artystka, nauka o potwornościach jest „kategorią niebędącą kategorią, kategorią mieszczącą coś, czego nie można pomieścić” (s. 10). Potwory są niezrozumiałe, przez co znienawidzone i samotne, wyrzucone poza nawias normy i pozostawione same sobie. Podobną rolę – co nie wprost zauważa Burden (albo może sama Hustvedt?) – społeczeństwo przyznało kobietom. Z jednej strony stają się obiektem projekcji męskich fantazji, budzą fascynację, bo inherentnie przenikania je urojona nieprzenikniona tajemniczość. Z drugiej strony są pariaskami, nie mieszczą się w strukturze, nie mogą pełnić tych samych, co mężczyźni, ról, a jeśli już je pełnią, nigdy nie zasługują na to samo. Kobiecość nie stanowi normy – stanowi wariację na temat punktu zerowego człowieczeństwa, jakim zawsze jest biały, heteroseksualny mężczyzna. Jednak, jak zauważyła choćby Luce Irigaray, kobiece nie jest awersem tego, co męskie, nie stanowi wyłącznie freudowskiej pustki w miejscu freudowskiej pełni. To, co kobiece – chociaż stanowi nieodłączny, konieczny element systemu – sytuuje się absolutnie poza jego strukturą. Dokładnie tam, gdzie to, co potworne. Harriet Burden czuje się potworzycą, drzemie w niej gniew, hamowany przez wiele lat, narastający i uzasadniony, ale skazany na niezrozumienie. Jest „gargantuiczną żoną-artystką”, jest zbyt szczera, zbyt emocjonalna, pretensjonalna i naiwna, jest „bydlęciem z pięcioma palcami”, jest „trudna jak lektura Husserla”. Jej prace są natomiast przeładowane, niekonwencjonalne i niezależnie od fluktuacji rynku sztuki nigdy nie mieszczą się w jego ramach.

Oczywiste jest zatem, że powieść Hustvedt staje się krytycznym komentarzem dotyczącym seksizmu przenikającego konkretne przestrzenie ludzkiej działalności – w tym wypadku jest to nowojorski rynek sztuki współczesnej, choć wykluczenie rezonuje także na inne sfery bycia głównej bohaterki. Przenikliwość Hustvedt jest jednak większa, a jej krytyczne pióro dociera głębiej – litanie kobiecych nazwisk, które pojawiają się w powieści, całe serie przykładów i wyliczeń nie służą jedynie udokumentowaniu historycznego faktu dyskryminacji, ale raczej wszechogarniającej ślepoty na ten fakt. Nie przemawia do mnie argument, który słyszałam już kilkakrotnie, że to książka dobra, bo choć feministyczna, to sięga głębiej – ku bardziej ogólnoludzkim zagadnieniom, stanowiącym sedno rozważań filozofii od jej początków (rzekomo pozbawionych podniesionych wprost dopiero w dobie postmodernizmu zagadnień sex/gender). Mam wrażenie, że takie myślenie świadczy o ostatecznym niezrozumieniu tego, czym jest feminizm i czym potencjalnie może być powieść Hustvedt. To książka o problemie płci i jest dobra między innymi dlatego, że udowadnia, że problem płci sięga głęboko ku ogólnoludzkim zagadnieniom. Zresztą myśl filozoficzna nigdy nie była i nie jest ogólnoludzka – cokolwiek miałoby to znaczyć – czy też abstrakcyjna i oderwana od przyziemnych, historycznych uwarunkowań, choć oczywiście wielu myślicieli wyrażało takie ambicje i nadzieje, wykazując się przy tym jawną naiwnością i mizoginią. Oczywiście, to, czy jest się dobrą filozofką, artystką czy pisarką, nie zależy wyłącznie czy koniecznie od płci. Ale nie jest od niej niezależne. Nic nie jest niezależne, wszystko jest uwarunkowane – ta zapewne niepokojąca dla niektórych myśl przesyca „Świat w płomieniach”.

Przez dziurkę od klucza

Mam wrażenie, że w przypadku „Świata w płomieniach” intuicja utożsamienia autorki z bohaterką – Siri Hustvedt z Harriet Burden – jest przynajmniej częściowo uzasadniona. To zawsze ryzykowne, ale czasami także płodne: poszerza i ożywia pole interpretacyjne. Zarówno prace głównej bohaterki, jak i jej bezkompromisowa postawa oskarżane są w powieści o nadmierny intelektualizm. Jest dobrze wykształconą, wygadaną babą, która poprawia innych i nie wstydzi się swojej wiedzy. Publicznie kompromituje ważne osobistości i tworzy skomplikowane, intertekstualne prace, które nie mieszczą się w snobistycznym minimalizmie sztuki współczesnej. Co ciekawe, również proza Hustvedt często oskarżana jest o przeintelektualizowanie. Nie do końca zgadzam się z tym zarzutem. Faktem jest, że w powieści pojawiają się nazwiska z niemal wszystkich podstawowych kursów historii filozofii (od mistyki i estetyki, po XX-wieczną filozofię analityczną i współczesną neurokognitywistykę). Co więcej, wielu rzeczy nie sposób wyłapać, przynajmniej nie przy pierwszej lekturze – nie wszystkie opatrzone są obszernymi przypisami, niektóre stanowią jedynie wtrącenia, subtelne sygnały dla najuważniejszych czytelników. „Świat w płomieniach” można jednak przeczytać na wiele sposobów: dostrzegając wszystkie klucze, łapiąc tylko niektóre odniesienia albo zupełnie je ignorując. Powieść wcale na tym nie traci. Oczywiście, wstawki filozoficzne nie są wyłącznie fantazyjną boazerią, ale stanowią integralną część struktury narracyjnej. Mam zresztą wrażenie, że jednym z zasadniczych problemów najnowszej powieści Hustvedt jest właśnie nierozerwalny związek myśli, sztuki i życia. Co jednak istotne – i uświadamiają nam to dzienniki głównej bohaterki – związek ten nie sprowadza się do przenicowania sensów, rozłożenia znaczeń na czynniki pierwsze i zredukowania ich do samooczywistych formuł. Harriet Burden jest z ducha nietzscheanistką: jej filozofia to filozofia życia, a skomplikowana myśl nie stanowi w niej wyłącznie sztuki dla sztuki, ale jest próbą wniknięcia w naturę rzeczywistości i doświadczania jej tak dogłębnie i po swojemu, jak to tylko możliwe. Nietzsche jest zresztą ciekawym punktem odniesienia: chociaż ani razu nie pojawia się jako intelektualna inspiracja Harriet, która fascynuje się raczej fenomenologią Husserla i Merleau-Ponty’ego, jego filozoficzne i estetyczne intuicje są niezwykle zbieżne z zapiskami bohaterki. Filozof był przekonany, że sztuka posiada niezwykłą moc, a filozofia ma zdolność do jej pojęciowego, językowego ujmowania. Tą mocą jest możliwość demistyfikacji, obnażania, ujawniania – za pomocą artystycznego zmyślenia – prawdziwej natury rzeczywistości: kontakt z dziełem sztuki dobitnie uświadamia nam, że to, co uznajemy za oczywiste i niepowątpiewalne, stanowi jedynie pozór. W jednym z dzienników Harriet czytamy: „Grecy wiedzieli, że maska w teatrze nie jest przebraniem, lecz drogą do objawienia” (s. 10). Artystka jest w pełni świadoma, że przyjmowane przez nią maski są prawdziwe – ba, może nawet prawdziwsze niż jej własna, naga twarz; że tak jak zauważył Sartre, w sztuce, żeby oddać prawdę, trzeba skłamać.

Również Hustvedt uświadamia nam, jak złożona i uwarunkowana jest rzeczywistość, jak nieufni powinniśmy być w stosunku do tego, co jawi się jako racjonalne i obiektywne. Pisarka gra z nami w różne gry: sposób konstrukcji powieści, egzemplarycznie wręcz palimpsestowy – jest zbudowana z realizującego się w różnych formach wielogłosu (wywiady, notatki, zapisy nagrań, fragmenty dziennika) – przyprawia momentami o irytację. Od początku wiemy, że dostajemy tylko małą część całości, choć nie wiemy do końca, jak małą: czy przyglądamy się historii zza uchylonych drzwi, czy raczej przez dziurkę od klucza? Fragmentaryczność to jednak niejedyne utrudnienie. Jednym z zasadniczych tematów powieści jest problem percepcji: autorka uparcie przypomina nam, że nie tylko nie mamy dostępu do prawdziwej wersji zdarzeń, ale że albo takiego dostępu wcale nie da się mieć albo że prawdziwa wersja po prostu nie istnieje. Nie jest przecież tak, że kiedy poznamy myśli kilku osób patrzących na ten sam przedmiot, to dowiemy się więcej o tym przedmiocie. Jeśli już, dowiemy się więcej o patrzących, o każdym z osobna, ale sam przedmiot stanie się tym bardziej niejasny, nieprzejrzysty, wieloznaczny. Odpowiedź na pytanie, czy sztuka i literatura stanowią rozwiązanie, nie pojawia się w powieści. Może prawdziwą odpowiedzią jest coś innego – drugi człowiek? Ostatecznie, choć relacje między bohaterami nie należą do najłatwiejszych, a momentami sama możliwość komunikacji zostaje podważona, to dzięki ich zaangażowaniu, ich afektywnym związkom z artystką możemy w ogóle zbliżyć się do jej losów. Faktem jest, że zagadka Harriet Burden nie zostaje rozwiązana, ale proza Hustvedt uczy nas, że nie o to tutaj chodzi. Niezwykłe jest to, że „Świat w płomieniach” jest książką szerszą, niż sugeruje jej rzeczywisty rozmiar: świadomość fragmentaryczności percepcji na każdym kroku uświadamia nam, ile jeszcze zdarzyło się, a zostało przemilczane, niedostrzeżone, pominięte. Jak sądzę, teza pisarki jest równie prosta, jak większość pytań, które zadają sobie filozofowie: zagadka życia przekracza nasze możliwości poznawcze, ale nie znaczy to, że należy rezygnować z jej zgłębiania.

LITERATURA:

Irigaray L.: „Ta płeć (jedną) płcią niebędąca”. Przeł. S. Królak. Kraków 2010.
Siri Hustvedt: „Świat w płomieniach”. Przeł. Jerzy Kozłowski. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2017.