Wydanie bieżące

1 lipca 13 (325) / 2017

Robert Rybicki,

ZAPISKI LATAJĄCEJ JAŹNI (MARCIN OSTRYCHACZ: 'RUJE I WYCISZENIA')

A A A
„Ruje i wyciszenia”, tytuł zbioru wierszy Marcina Ostrychacza wydany przez WBPiCAK w Poznaniu, sugeruje przesunięcie pomiędzy tymi sklepsydrowanymi środkami ciężkości, zeskładowanymi już w pierwszym tomie: psychodelicznym odium doświadczeń, idącym jakby od jaźni ku zewnętrzu, oraz zapisem zewnętrznego (wspomnienia, realne, mediowe). W debiutanckiej mamy mocno zindywidualizowaną wypowiedź, tu pojawiają się bardziej wyakcentowane społeczne, ogólnoplanetarne wręcz, „przesłania”, acz nadal intensywnie spsychodelizowane. Społeczeństwo można ująć nie tylko jako stricte ludzkie, ale jako biokomunę, ludzi zjednoczonych z przyrodą, w pełni świadomych jedności ze światem.

Trochę to wygląda w wydaniu Ostrychacza historiozoficznie. Przesuwają się przez wiersze całe generacje człekokształtnych, idących jak w filmach poświęconych zagadnieniu ludzkości, obleczone w szyderstwo i chcące odgrodzić od świata zewnętrznego. Co prawda, wydaje mi się, że gdy faza VR będzie już zaawansowana, a człowiek bodźcowo odetnie się od świata, zacznie żyć raczej w symbiozie z elektroniką, a nie światem przyrody. Ostrychacz uważnie obserwuje zmiany zachodzące w świecie, mając w pamięci historyczną perspektywę rozwoju pamięci ludzkiej: od znalezisk po źródła pisane, własną pamięć, pamięć komputera, pamięć aparatu fotograficznego, pamięć do kwadratu, do sześcianu! Jeśli psychodeliki poszerzają percepcję, poszerzają też pamięć, chociażby i o odczuwalną interakcją ze światem (stapianie się ciała z otoczeniem, wrażenie jedności ze światem, chociażby doświadczanie wizji fraktala jako immanentnej; nie z obrazka w podręczniku, ale w sobie, w podmiocie)! Z innej strony podmiot patrzy na całość współczesnej cywilizacji nie dość że krytycznie, to jeszcze z punktu widzenia społeczności pierwotnych (jaki można wypracować dystans wobec współczesnej cywilizacji, jeśli nie z punktu widzenia społeczności pierwotnych).

Skoro o punkcie widzenia społeczności pierwotnych mowa, przytoczyć można przysłowie: „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. W wierszach, które przywodzą na myśl taktykę poezji zaangażowanej, a którym niebezpiecznie blisko do dydaktyki, bardziej przejawia się zatrucie światem niż próba poprawy bytu na planecie. Ostrychacz nie daje rozwiązań, po prostu wyraża stan świata, szydzi, natrząsa się z wad ludzkości, ze spłyconego celebryckiego mechanizmu życia społecznego, z symulakrów właściwie, gdy to celem staje się być sławnym za wszelką cenę (selfie) i dorównać wzorcom wyglądu (modelka, aktor, piłkarz) w odróżnieniu np. od średniowiecza, kiedy to wzorcem były cnoty, postawy, najczęściej popularyzowane za pomocą alegorii. Z rozwojem technologicznym nie idzie w parze rozwój mentalny człowieka, zwłaszcza w wydaniu krajowym, to posuwa się na module bezmyślnego powielania. Gdybym miał to ująć z własnego anarchistycznego punktu widzenia: jeśli społeczeństwo anarchistyczne to społeczeństwo samoregulujące się, samostanowiące, bez udziału władzy, to takie społeczeństwo tworzyć mogą jedynie samoregulujący się, samostanowiący siebie od wewnątrz. Innymi słowy, potrzebna jest baza gruntownie przepracowanej etyki jako podstawy kontaktu ze światem. Ostrychacz bezceremonialnie dworuje sobie z bezmyślności, bezrefleksyjności człowieka współczesnego (stąd w tytule „Ruje”, sam instynkt).

Weźmy sobie taki wiersz: „Nakrętki w albatrosie”. Z początku czytelnik może pomyśleć, że chodzi o nakrętki zbierane na cele charytatywne, w specjalnie przyszykowanych pojemnikach, na przykład na parapecie sklepu „Albatros”. Pierwsze dwie zwrotki podsuwają nazwy z szyldów, trzecia opisuje ptaka, ale za to czwarta i piąta ukazują już tragedię przywołanego stworzenia:

Stworzony by z rodziną przemierzać błękit,

nurkować w poszukiwaniu mątw, ryb i krylu,

karmi pisklęta plastikowymi owocami morza,

które w opierzonych trupkach jak dowody.



Umiera z głodu, bo brzuch ma wypełniony

zapalniczkami, piłeczkami golfowymi,

spławikami, głowami syrenek Barbie.

Jak na to patrzeć z wielkomiejskiej dżungli? Z jednej strony mamy to, co widzimy: medialny karnawał, tysiące szyldów zapraszających do transakcji, a z drugiej strony mamy odpadowisko, które zabija wszystko, co żywe, i niekoniecznie w zasięgu naszego wzroku. Podobnie możemy czytać „Z puszczy”, bardziej na lokalną modłę.
Marcin Ostrychacz: „Ruje i wyciszenia”. WBPiCAK. Poznań 2016.