15 lipca 14 (326) / 2017

Dominik Szcześniak,

MISTRZOWIE W KOMPLECIE (KAZNODZIEJA. WYDANIE ZBIORCZE. TOM 1)

A A A
„Kaznodzieja” nie jest dla polskiego czytelnika komiksem anonimowym. Miękkookładkowa edycja serii Gartha Ennisa i Steve’a Dillona ukazała się na naszym rynku już jakiś czas temu. Twardookładkowa wersja pojawia się teraz z – jak sądzę – kilku względów. Być może na fali trwającego od kilkunastu miesięcy boomu komiksowego, który pokazał, że grube zbiorcze wydania poczytnych cykli to świetny materiał sprzedażowy. Być może w związku z ubiegłoroczną śmiercią Steve’a Dillona i chęcią wystawienia mu zasłużonego pomnika. A być może przez wzgląd na telewizyjny serial, który choć jest beznadziejnie zły, to jednak przywrócił do łask odbiorców na całym świecie postaci Jessego Custera, Tulip O’Hare i wampira Cassidy’ego.

W oryginale „Kaznodzieja” wystartował w 1995 roku pod szyldem oficyny Vertigo i niemal od razu stał się bestsellerem. Podróż pastora przez Amerykę w poszukiwaniu Boga, który zdecydował się opuścić swoich wyznawców, choć dzisiaj brzmi jak słaby dowcip, tak naprawdę jest pretekstem do opowiedzenia monumentalnej historii o przyjaźni, miłości, zdradzie, bólu, wierze i zboczonych redneckach, hasających po amerykańskich lasach i pastwiskach – ale także o wielu innych sprawach, które czekają na odkrycie w kolejnych tomach opowieści. To epicka, napisana z niesamowitym talentem i narysowana absolutnie genialnie historia obyczajowa, w której dzieją się paranormalne rzeczy, ludzkie zachowania przyprawiają o ból głowy, krew tryska na co drugiej stronie, a bluzgi wyskakują na każdej. Niemniej w tej brutalnej i wulgarnej historii co chwila pojawiają się momenty bezlitośnie wzruszające oraz oddające cześć miłości, przyjaźni i lojalności.

Podstawą sukcesu „Kaznodziei” jest coś bardzo prostego, a jednak bardzo rzadko spotykanego i trudnego do osiągnięcia w biznesie nastawionym na bezduszną produkcję: postawienie na sprawdzony duet. Na znających się jak łyse konie scenarzystę i rysownika. Na gości, którzy rozumieją się bez słów. I proszę – sukces gotowy. Bo każda plansza „Kaznodziei” dobitnie pokazuje, że Garth Ennis został stworzony po to, by pisać dla Steve’a Dillona, a Steve Dillon narodził się po to, by rysować dla Gartha Ennisa. Razem osiągnęli absolutne mistrzostwo obrazkowej komunikacji i komiksowej przyjaźni. To najczystszy, archetypowy duet marzeń.

Edytorsko jest świetnie: gruby tom zbiera w sobie historie, które podczas pierwszej publikacji w Polsce zawarły się w albumach „Zdarzyło się w Teksasie”, „Nowojorscy gliniarze” oraz w uwielbianym przez fanów „Aż do końca świata”. To dwanaście zeszytów oryginalnej, bezkompromisowej i drastycznej serii podnoszącej ważkie tematy tylko po to, by chwilę potem zaserwować dowcip o puszczaniu pawia. Serii jedynej w swoim rodzaju i stworzonej przez artystów będących wówczas w szczytowej formie.

Jak już napomknąłem na początku recenzji, komiks duetu Ennis/Dillon stał się kanwą serialu. To oczywiste, że seriale są bardziej popularne od komiksów, nawet jeśli je adaptują. Zatem krótko: wszystkim fanom telewizyjnego „Kaznodziei” polecam komiks – jest lepszy. Wszystkim, których zraził kiepski poziom programu, również rekomenduję komiks – tu każdy zeszyt trzyma poziom. Tym, którzy nie oglądają seriali, a czytają komiksy i rzeczonego tytułu jeszcze nie znają, mówię: zapoznajcie się z nim natychmiast. Bo to jedna z tych opowieści graficznych, o których będzie się mówić nawet za 100 000 lat.
Garth Ennis, Steve Dillon: „Kaznodzieja. Wydanie zbiorcze. Tom 1” („Preacher”). Tłumaczenie: Maciej Drewnowski. Wydawnictwo Egmont Polska. Warszawa 2017.