Wydanie bieżące

15 lipca 14 (326) / 2017

Miłosz Markiewicz,

ŻYCIE POZA ŻYCIEM (GILLES DELEUZE: 'IMMANENCJA: ŻYCIE')

A A A
To będzie krótka recenzja. Tak jak krótki jest czterostronicowy esej Gillesa Deleuze’a opublikowany w numerze 47/1995 czasopisma „Philosophie”. Esej o tyle ważny, że będący ostatnim tekstem filozofa przed samobójczą śmiercią. Esej, który miał rozpoczynać kolejny ideowy projekt autora „Różnicy i powtórzenia”, tym razem poświęcony zagadnieniu wirtualności. I w końcu esej, który doskonale pokazuje, dlaczego Michel Foucault zapisał niegdyś, iż „kiedyś nadejdzie, być może, wiek deleuzjański” (Foucault 1970: 885).

Deleuze zatytułował swój szkic „Immanence : une vie”, co z powodu braku rodzajników w języku polskim brzmi: „Immanencja: życie”. Brak ów jest dotkliwy o tyle, że autor wiele uwagi poświęca odpowiedniemu wybrzmieniu użytego rodzajnika „une” – stanowi on bowiem nie tylko o nieokreśloności opisywanego przezeń życia, ale paradoksalnie także o jego jednostkowości („une” to również liczebnik „jeden”, a dokładniej „jedna”). „Une vie” odsyłać nas będzie do jakiegoś jednego, ucieleśnionego życia (choć niedookreślonego konkretnie, tak abyśmy nie mogli wskazać, iż chodzi dokładnie o „to” życie – wtedy trzeba by użyć rodzajnika „la”), a jednocześnie do wielości możliwych żyć, które ujawniają się właśnie przez ową nieokreśloność. „Une vie” odsłania więc szczególne napięcie pomiędzy jednością a wielością – niczym we fragmencie „Tysiąca Plateau”, który mówi, iż „nie można być wilkiem, jest się zawsze ośmioma lub dziesięcioma wilkami, (…) istotna jest pozycja masy i przede wszystkim pozycja samego podmiotu w stosunku do sfory, w stosunku do wielości-wilków” (Deleuze, Guattari 2015: 34). Tłumacz polskiego wydania eseju, Kajetan Maria Jaksender, radzi sobie ze wspomnianym brakiem, dopisując do życia słowo „jakieś”. Propozycja ta wydaje się trafiona – wystarczy, że uświadomimy sobie, iż „każde” życie jest przecież „jakieś”. Za pomocą rodzajnika „une” francuski filozof próbuje wskazać nam szczególne znaczenie życia rozumianego jako ruch czy energia, chce zwrócić naszą uwagę na to, że życie, które żyjemy, jest jakimś życiem pośród innych żyć, które są przecież tak samo jakieś. Owa wielość żyć – które choć wyjątkowe, posiadają przecież wspólny mianownik – odnosić nas będzie jednocześnie do życia-samego, tak często wspominanego w dzisiejszej filozofii, spopularyzowanego przez Giorgia Agambena, a chętnie używanego przez myślicieli posthumanistycznych.

Sam autor „Immanencji: życia” pisał następująco: „Rodzajnik nieokreślony [»jakieś«] nie jest niezdeterminowaniem osoby bez bycia określeniem jednostkowości. »Jakieś« nie jest transcendencją, która może zawierać immanencję, lecz jest immanencją zawartą w polu transcendentalnym. Jest zawsze oznaczeniem wielości: jakieś wydarzenie, jakaś osobliwość, jakieś życie…” (s. 23). I właśnie owa relacja – planu immanencji i pola transcendentalnego – stanowi trzon rozważań tego krótkiego szkicu. Jak pisał Deleuze: „o planie immanencji możemy mówić jedynie wówczas, gdy to, co immanentne, nie jest już immanentne względem niczego innego niż ono samo” (s. 13), podczas gdy pole transcendentalne nie jest transcendentne – to raczej „czysty strumień bezpośredniej świadomości, (…) ruch, który nie ma ani początku, ani końca” (s. 9). Jeśli dodamy do tego fragment z „Co to jest filozofia?”, gdzie także pojawia się (tym razem) płaszczyzna immanencji – „płaszczyzna zapewnia połączenie pojęć wraz ze stale wzrastającymi powiązaniami, a pojęcia zapewniają wypełnienie płaszczyzny na ciągle odnawiającej się, stale zmiennej krzywej. Płaszczyzna immanencji nie jest pojęciem pomyślanym ani dającym się pomyśleć, lecz obrazem myślenia, obrazem, jaki tworzy ono w odniesieniu do tego, co oznacza myślenie, wykorzystanie myślenia, orientowanie się w myśleniu” (Deleuze, Guattari 2000: 44–45) – to zrozumiemy, że Deleuze podejmuje próbę konceptualizacji rozwijanej dziś przez posthumanistów kategorii dzoe, czyli właśnie życia-samego. Życia rozumianego jako pewien horyzont, a jednocześnie przenikającego wszystko, co nas otacza, z nami włącznie. Życia, które jest jednocześnie wewnątrz i na zewnątrz, które „żyje własnym życiem”, a jednocześnie pozwala ukonkretnić się różnorodnym formom życia istniejącym w świecie. Choć ma ono charakter wirtualny, to „plan immanentny nadaje wirtualnym wydarzeniom charakter realny” (s. 26). To potencjalność, która przenika na wskroś czas i przestrzeń. Deleuze próbuje w ten sposób zaznaczyć, że „jakieś” życie współistnieje zawsze z „konkretnym” życiem – to właśnie podstawa posthumanistycznej etyki życia we wspólnocie z otaczającym nas światem.

Dla lepszego zobrazowania życia bezosobowego, które może ujawnić się w konkretnej osobie, autor przywołuje opowiadanie Charlesa Dickensa „Nasz wspólny przyjaciel”. Owo życie ujawnia się, gdy kona znienawidzony przez pozostałych bohaterów łotr – im bliżej jest śmierci, tym większą troskę pozostałe postaci wykazują dla każdej wydawanej przez niego oznaki życia. Kiedy natomiast wraca do sił, traci życzliwość reszty bohaterów. Życie, o którym pisze Deleuze i które stanowi główny punkt jego namysłu, ujawnia się więc tuż przed śmiercią, niejako odlepiając się już od konkretnej jednostki, ale jednocześnie nie uchodząc jeszcze do przestrzeni metafizycznej. „Życie człowieka ustępuje tu miejsca życiu bezosobowemu, a jednak jednostkowemu, które uwalnia czyste wydarzenie, wolne od nieszczęść życia wewnętrznego i zewnętrznego, czyli od subiektywizmu i obiektywizmu tego, co następuje” (s. 18–19).

Ów czterostronicowy szkic doczekał się polskiego wydania nakładem Wydawnictwa Eperons-Ostrogi. Przybrał formę niewielkiej, kieszonkowej, niemal stustronicowej, książeczki – sam tekst Deleuze’a stanowi 1/3 jej objętości, a reszta to posłowie autorstwa Anny Zofii i Kajetana Marii Jaksendrów zatytułowane „Teatr teraźniejszości”. I właśnie samej książce chciałbym poświęcić kilka słów…

Wydaje się bowiem, że publikacja ta została wydana bez szczególnej troski o jakość – i to na wielu polach. Jeśli chodzi o kwestie techniczne – kilka pierwszych stron nie posiada paginacji, choć jest to najmniejszy problem całej książki. Tekst zawiera zbędne spacje oraz literówki, a także wiele błędów językowych, gramatycznych oraz interpunkcyjnych (wydawało mi się, że przecinek stawiany przed „ale” to jedna z pierwszych zasad, jakich uczymy się na lekcjach języka polskiego). Dostajemy więc takie smaczki, jak np. „duchowy spirytus movens” (s. 59) czy „(…) tworzą się współczesne jakoby, odgrodzone od świata »gildie«, na wzór tych średniowiecznych ale i w rozumieniu biologicznym (…)” (s. 40), a także: „(…) nie życzyłby sobie tego, licowałoby to bowiem mocno z jego myślą (…)” (s. 37). Jeśli ktoś zastanawia się, jak to możliwe, odpowiedź znajdzie w stopce redakcyjnej, gdzie dowie się, iż za opracowanie i korekty było odpowiedzialne… Wydawnictwo Eperons-Ostrogi. Krótko mówiąc, nie było jednej osoby, która miała zająć się korektą, i prawdopodobnie – w wyniku rozmycia odpowiedzialności – nikt się tym nie zajął.

Największy problem książki „Immanencja: życie” stanowi jednak samo tłumaczenie oraz merytoryczna strona tekstu „Teatr teraźniejszości”. Kajetan Maria Jaksender, współautor posłowia oraz tłumacz eseju Deleuze’a, wydaje się zupełnie nie znać kontekstów wynikających z pism francuskiego filozofa, jak i pewnych przyjętych tradycji tłumaczeniowych (jest to o tyle dziwne, że jest on także współautorem tłumaczenia książki „Kafka. Ku literaturze mniejszej” Deleuze’a i Guattariego). Przywołam jedynie dwa momenty, które wydają mi się symptomatyczne:

1. Już na drugiej stronie eseju Deleuze’a czytamy „jakościowego trwania świadomości beze mnie [sans moi]”, by w przypisie doczytać, że „Właśc.: »bez ja«, tłumacz postanowił jednak oddać to zdanie w wersji empirycznie bliższej czytelnikowi (przyp. tłum.)” (s. 8) Okazuje się więc, iż tłumacz zdecydował o zmianie znaczenia tekstu po to, aby łatwiej się go czytało. Nietrudno bowiem zauważyć, że czym innym jest „świadomość beze mnie”, a czym innym „świadomość bez ja”. Dostrzeżenie tego nie wymaga nawet znajomości języka francuskiego – zaglądam do angielskojęzycznego wydania eseju, gdzie znajduję „a qualitative duration of consciousness without a self” (Deleuze 2001: 25). W przypadku niepewności wystarczyło więc sprawdzić, jak poradzili sobie z tym inni tłumacze.

2. W posłowiu odnajdujemy natomiast „niedostrzegalne stawanie się [devenir-imperceptible]” (s. 58), co jest niestety dowodem ignorancji. Pomijam fakt, że w całej książce sukcesywnie unika się przyjętego zapisu terminu „stawanie-się” i używa „stawania się”. Przetłumaczenie devenir-imperceptible jako „niedostrzegalnego stawania się” jest już jednak poważnym błędem merytorycznym, ponieważ mamy tu do czynienia z jednym z podstawowych terminów filozofii Deleuze’a i Guattariego, który tłumaczy się jako „stawanie-się-niedostrzegalnym”. Dlaczego brzmi on właśnie tak, mówi chociażby 10. plateau z „Tysiąca plateau” (Deleuze, Guattari 2015: 281–375). Odnajdujemy go także u Rosi Braidotti, współczesnej kontynuatorki i popularyzatorki myśli Deleuze’a (Braidotti 2014: 262–266). Różnica pomiędzy oboma tłumaczeniami devenir-imperceptible wydaje się chyba zbyt dostrzegalna…

Innym uderzającym momentem – poniekąd połączonym z powyższym – jest próba wytłumaczenia w posłowiu „Teatr teraźniejszości”, czym jest stawanie się (o zapisie tego terminu już wspominałem). Dowiadujemy się bowiem, iż stawanie się powinniśmy rozumieć „jako ruchome połączenie, które snuje się, podążając za swoją własną linią, pomiędzy dwoma, wprowadzonymi w grę, pojęciami, na podobieństwo pszczoły czy orchidei, które formują blok ruchomego, który może być określany jako haecceitas samego ruchu. Ruch pszczoły – mówiąc wprost – nie jest niczym w samym sobie, z zewnątrz może być określny mianem języka (jak chcą językoznawcy), jako przydatny gest pamięci może być przydatną metonimią, jak to ma miejsce u Prousta, ale widziany z zewnątrz nie jest on ani metaforą, ani metonimią, ani też językiem. Jest czystym ruchem, jest ruchomy w ruchu, jest ruchem jako takim, a w całej sekwencji czasu jest blokiem samego ruchu” (s. 63–64, błędy pochodzą z wydania) Trzeba przyznać, że takie wytłumaczenie może skutecznie zniechęcić do Deleuze’a i Guattariego, podczas gdy sami autorzy piszą tak: „Orchidea deterytorializuje się, tworząc obraz, odbitkę osy, lecz z kolei osa reterytorializuje się w tym obrazie. Niemniej osa deterytorializuje się, stając się elementem aparatu reprodukcyjnego orchidei, ale reterytorializuje ona orchideę, przenosząc pyłek. Osa i orchidea w swej heterogeniczności tworzą kłącze. (…) Zarazem chodzi też o coś zupełnie innego: nie o naśladownictwo, lecz o pochwycenie kodu, wartość dodatkową kodu, zwiększenie wartości, o prawdziwe stawanie się, stawanie-się-osą dla orchidei, stawanie-się-orchideą dla osy” (Deleuze, Guattari 2015: 10–11). Nie chodzi więc o ruch pszczoły czy orchidei, ale o swoiste połączenie pszczoły i orchidei. Skupiając się wyłącznie na jednym elemencie z pary, nie da się wytłumaczyć, czym jest proces stawania-się. Wręcz przeciwnie – można go jedynie zaciemnić, jak czynią to autorzy posłowia.

„Immanencja: życie” to esej krótki, ale niezwykle treściwy. Jest także zdecydowanie ważny, nie tylko dla samego Deleuze’a, ale również dla rozwoju współczesnej filozofii. Tym bardziej smuci więc, że doczekał się takiego właśnie, niedopracowanego, polskiego wydania. To miała być krótka recenzja, ale pewnych rzeczy nie da się przemilczeć…

LITERATURA:

Braidotti R.: „Po człowieku”. Przeł. J. Bednarek, A. Kowalczyk. Warszawa 2014.         

Deleuze G.: „Pure Immanence. Essays on A Life”. Przeł. A. Boyman. New York 2001. 

Deleuze G., Guattari F.: „Co to jest filozofia?”. Przeł. P. Pieniążek. Gdańsk 2000.         

Deleuze G., Guattari F.: „Tysiąc plateau”. Red. meryt. i jęz. J. Bednarek. Warszawa 2015.

Foucault M.: „Theatrum philosophicum”. „Critique” 282/1970.
Gilles Deleuze: „Immanencja: życie”. Przeł. Kajetan Maria Jaksender. Wydawnictwo Eperons-Ostrogi. Kraków 2017.