15 lipca 14 (326) / 2017

Krzysztof Grudnik,

TOPOLOGIA PARANOI (STUART WALTON: 'ODLOT')

A A A
Czym jest odurzenie? Możemy odpowiedzieć na to pytanie w sposób bardzo skomplikowany lub bardzo prosty. Spróbujmy podążyć drugą drogą. Odurzenie to stan, w którym poprzez zmianę biochemii naszego mózgu osiągamy świadomość różną od tej, którą określamy potocznie jako „normalną”. Taka definicja jest z konieczności nieostra, bo „normalność” będzie tu zaledwie konstruktem społecznym, jednak zaletą takiego podejścia okazuje się stojąca za nim intuicyjność. Na podstawie własnego, codziennego doświadczenia łatwo możemy skonkretyzować ową „normalność” zwaną w pewnych kontekstach „trzeźwością”. Prawdziwa ułomność tego konstruktu polega wszakże na tym, że nader często wpływamy na biochemię naszego organizmu w sposób nieświadomy. W jednej z pierwszych scen filmowej wersji „Miasteczka Twin Peaks” Davida Lyncha barmanka przydrożnego baru, paląc papierosa i nalewając kawę dwóm agentom FBI, zarzeka się, że nigdy nie brała narkotyków. Jeden z agentów wypomina jej, że kawa i papierosy to również narkotyki. W tym problem. Zarówno nikotyna, jak i kofeina wpływają na naszą biochemię, a więc – trzymając się definicji – wywołują stan odurzenia. Odurzamy się nie tylko pijąc kawę czy paląc papierosa, ale również zażywając tak pozornie niewinne rzeczy jak herbata, czekolada czy banany. W dobrze zaopatrzonej kuchni substancji odurzających jest całkiem sporo, nawet jeśli barek znajduje się w salonie.

Różnica pomiędzy „narkotykami” a papierosami, alkoholem i częścią spiżarnianego inwentarza polega jedynie na ich statusie prawnym. Nie tak dawno jeszcze legalne i dostępne substancje jak szałwia wieszcza czy ibogaina stały się narkotykami nie przez to, że nagle zmieniły swoje właściwości czy zastosowanie, lecz przez to, że zostały tak zdefiniowane prawnie. Łatwo sobie wyobrazić, że podobny los mógłby spotkać dziś dozwolone „wspomagacze”, takie jak korzeń maca czy nawet yerba mate. Istnieje zatem pewien społeczny proces „narkotyzacji”, angażujący rozmaite instytucje i dyskursy. Temu procesowi przygląda się wnikliwie Stuart Walton w wydanej właśnie w Polsce nakładem Wydawnictwa Aletheia książce „Odlot. Kulturowa historia odurzenia”.

Na temat substancji odurzających powstało wiele mitów. Najprawdopodobniej wszystko lub prawie wszystko, co przekazano Ci, szanowny Czytelniku, w szkole, w ramach dziwnie pojmowanej „edukacji narkotykowej” (która byłaby nią, gdyby ktokolwiek pomyślał, by młodemu człowiekowi, potencjalnie wchodzącemu w kulturę klubową, powiedzieć, jaka ilość danej substancji go nie zabije, zamiast mówić mu naiwnie, by jej nie brał) jest nieprawdą. Pod pojęciem narkotyków rozumie się obecnie tak wiele substancji, że w zasadzie nie można powiedzieć nic, co byłoby prawdą w odniesieniu do każdej z nich, może poza oczywistością, że ich posiadanie (w paradoksalnym przeciwieństwie do zażywania) jest nielegalne. Nie istnieje żaden narkotyk, który uzależniałby po pierwszym (drugim, a nawet trzecim) zażyciu; zdecydowana większość narkotyków okazuje się nie bardziej niebezpieczna dla zdrowia niż alkohol; rekreacyjnie przyjmowane narkotyki nie zrujnują twojego portfela; i najsmutniejsza z prawd – żaden narkotykowy dealer nie zaoferuje ci pierwszej działki gratis.

Wszystko to nie oznacza, że uzależnienie od różnych substancji odurzających nie istnieje. Walton ma pełną świadomość tego, że nałóg jest jednym z niebezpieczeństw wiążących się z zażywaniem narkotyków (a przynajmniej ich części). Nie wystarczy to jednak za powód do demonizowania wszelkich używek, ponieważ uzależnić można się równie dobrze od kawy, a nałogowe palenie papierosów nie stanowi podstawy do ich delegalizacji. Podobnie, a nawet wyraźniej, rzecz ma się z alkoholem, po który sięga znaczna część społeczeństwa, co nijak nie przekłada się na uzależnienie nawet połowy obywateli. Wbrew medialnemu dyskursowi, rekreacyjne odurzanie się nie jest również antyspołeczne, o czym wie każdy, kto choć raz wszedł do pubu. Autor skrupulatnie analizuje zresztą zjawisko alkoholowej prohibicji w Stanach Zjednoczonych oraz próby jego naśladowania w niektórych krajach Starego Świata. Przedstawia rozmaite nurty intelektualne czy religijne, które stworzyły grunt dla tej społecznej przemiany, opisuje jej kompromitującą historię (poprawka do konstytucji USA, która wprowadzała prohibicję, jest jedyną w historii tego kraju poprawką, która została usunięta) i analizuje jej przykre konsekwencje. Okazuje się bowiem, że zabronienie alkoholu wcale nie ograniczyło jego spożycia, a tylko pogorszyło jakość dostępnych trunków, produkowanych chałupniczo, zwiększając tym samym liczbę zatruć alkoholem często nieznanego pochodzenia. Za delegalizacją szedł również rozkwit przestępczego podziemia, należy bowiem pamiętać, że czasy amerykańskiej prohibicji to także czasy rozwoju mafii i walk terytorialnych między nimi. Wreszcie – co wydaje się najważniejsze – prawny zakaz handlu alkoholem spowodował, że większość amerykańskiego społeczeństwa znalazła się poza prawem. Prohibicja pokazała jednoznacznie, że jeśli prawo zakazuje praktyki społecznie przyjętej, to nie niweluje tejże, lecz jest notorycznie łamane, co uzmysławia bezzasadność regulacji społeczeństwu od początku, a organom ścigania – niewiele później.

Skoro jednak amerykańska prohibicja poniosła tak wyraźne fiasko, że rząd postanowił w końcu się z niej wycofać, dlaczego podobny los nie spotyka zainicjowanej tam i rozprzestrzenionej na niemal cały świat war on drugs? Walton wielokrotnie zadaje to pytanie, obok jeszcze bardziej nurtującego: dlaczego rząd utrzymuje, że walka z narkotykami przynosi jakiekolwiek efekty, skoro ich nie przynosi? Przynajmniej nie w sensie pozytywnym, bo negatywnych skutków jest wiele. Podobnie jak w przypadku alkoholowej prohibicji pogarsza się jakość dostępnych na ulicy używek. Niektórzy dostawcy, próbując obejść kolejne nakładane ograniczenia, wymyślają coraz to nowe substancje, których efekty (zwłaszcza długoterminowe) są niewiadome. Ryzyko związane z obrotem narkotykami nie tyle winduje ich cenę, ile zanieczyszcza towar, przez co zysk handlarzy rośnie odwrotnie proporcjonalnie do bezpieczeństwa konsumentów. Wreszcie: z rekreacyjnych konsumentów środków odurzających robi się przestępców (o ile nie zdecydują się na legalny i wysoko opodatkowany alkohol), co jest kuriozalne wobec braku ofiary takiego przestępstwa. Sądy i organy ścigania mają pełne ręce roboty, a środki (osobowe i finansowe), jakimi dysponują, są marnotrawione na walkę z wiatrakami. Nie stymuluje to ani zdrowia społecznego, ani prawnego ładu, a jedynie zorganizowane grupy przestępcze.

„Odlot”, zgodnie z podtytułem, jest „kulturową historią odurzenia”, ale także historią jego delegalizacji, w której udział biorą: religia, medycyna i prawo. Autor w kolejnych rozdziałach pokazuje nam, jaki wpływ na obecną sytuację miał triumf chrześcijaństwa i jego walka z pogańskimi rytuałami, jak medykalizacja narkotyków rozpowszechniła ich coraz mocniej kontrolowane użycie i jak owa kontrola przerodziła się w szeroko zakrojone i momentami zupełnie oderwane od rzeczywistości akty prawne. Stanowisko Waltona zostaje w książce wyraźnie zarysowane: sprzeciwia się on penalizacji narkotyków, choć warto zauważyć, że występuje też przeciwko różnym narkotykowym guru XX wieku, z Timothym Learym i Terrencem McKenną na czele. Zaletą „Odlotu” jest więc jego rzeczowość, oparcie w racjonalnych argumentach, a nie gloryfikowanie tytułowego stanu nietrzeźwości. Dodatkowo, dając nam analizę historyczno-kulturową prowadzącą do współczesnego obrazu legislacyjnego substancji odurzających, Walton nie ucieka od formułowania pozytywnego programu zmiany zastałej sytuacji. Kreśli wyraźne postulaty zmierzające do odzyskania jednego z podstawowych – jego zdaniem – praw człowieka: prawa do odurzenia.

Omawiana tu książka wyróżnia się na tle podobnych publikacji nie tylko rzeczowością postawy autora, nie tylko demaskowaniem mitów i sięganiem po prawdziwe informacje, ale również podejściem praktycznym. Walton należy do tej grupy pisarzy, niesłusznie określanych mianem kontrowersyjnych, którzy sięgając po drażliwy temat, nie boją się empirycznej konfrontacji z nim, a nawet otwarcie się do takowej przyznają. Zbyt często zdarzało się i mnie wysłuchać referatu i przeczytać artykuł na temat narkotyków, z którego nasuwał się jeden oczywisty wniosek: że ich autorzy nigdy nie sięgnęli po wspominane przez nich substancje. Walton już na wstępie przyznaje się do narkotycznych doświadczeń i powraca do empirii w kilku miejscach swej pasjonującej historii.

Kolejnym atutem „Odlotu” jest żywa, porywająca narracja, jaką potrafi prowadzić autor. W Polsce pisarz ten może być kojarzony głównie z albumami poświęconymi alkoholom („Koktajle”, „Świat wódek i likierów”), lecz jest to dziennikarz wysokiej klasy (piszący m.in. dla „Guardiana”), który włada lekkim, a przy tym ostrym piórem. Prowadząc nas po kulturowej historii odurzenia stylem całkowicie poważnym i rzeczowym, podrzuca co krok jakąś anegdotę, dzięki czemu z książki dowiemy się między innymi, skąd wzięła się nazwa „szalony kapelusznik”, jaka jest najczęściej kradziona książka na świecie, jak recyklingować grzybowy haj, po kim imiona noszą Tom i Jerry, jaki narkotyk zawdzięczamy pewnej świętej lamie i kogo ma na sumieniu Freud. Podejmując trudny temat, Walton nie zrezygnował z dozy inteligentnego humoru, puszczając co pewien czas oko do czytelnika, co widać chociażby na przykładzie długiego zdania ze strony 257: „Na każdego gnuśnego próżniaka w metrze przypada lekarz degustujący chablis w bistro, szef piaru wznoszący szampanem toast za ostatni dobry interes, emerytowany strażak sączący o czwartej po południu gin z tonikiem, goniec raczący się pintą piwa podczas lunchu w dniu urodzin, prezydent relaksujący się przy whiskey, kurs wieczorowy w zadumie popijający argentyńskie malbec, samotna dama w określonym wieku czująca ciepło dubonneta, gdy wieczorne wiadomości ze wszystkich sił próbują ją przygnębić, pisarz raczący się lodowatą manzanillą podczas dygresyjnej wędrówki ku wielokropkowi…”.

Niestety, rozbudowaną, lecz zgrabną frazę Waltona często psują potknięcia tłumaczki. Widać je nawet w przytoczonym powyżej fragmencie i pojawiają się stosunkowo często na przestrzeni książki. Wyraźniejszy przykład kopiowania angielskiej składni, która w języku polskim nie znajduje zastosowania i utrudnia zrozumienie, znajdziemy na stronie 424: „Eurypidesa bóg bachanaliów pojawia się cały napuszony i ateński pod koniec sztuki i uzasadnia okrutny wyrok wygnania wydany na dziadka Penteneusza Kadmosa za nierozpoznanie boga, kiedy ten przybył pod postacią śmiertelnika, mówiąc, że jest to kara za obrazę boga”.

Mimo tego mankamentu „Odlot. Kulturowa historia odurzenia” jest wciągającą lekturą, zarówno pod względem tematu i jego realizacji, jak i językowego kształtu narracji Stuarta Waltona. To książka bezkompromisowa, która skutecznie naprawia szkody pseudoedukacji narkotykowej i wypaczonych dyskursów medialnych w państwie, którego politycy sądzą, że (wstrzykiwanej) marihuany nie robi się chyba z konopi.
Stuart Walton: „Odlot. Kulturowa historia odurzenia”. Przeł. Anna Kunicka. Wydawnictwo Aletheia. Warszawa 2017.