Wydanie bieżące

15 lipca 14 (326) / 2017

Maciej Libich,

HANNIBAL LECTER BYŁ KOBIETĄ (MIĘSO)

A A A

„Mięso” – debiutancki pełnometrażowy film Julii Ducournau, który premierę w Polsce będzie miał na festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty – podczas swoich pierwszych wyświetleń jeszcze w 2016 roku wywołał niemałe poruszenie i przez wielu krytyków momentalnie okrzyknięty został jednym z najbardziej przerażających lub raczej odrażających horrorów XXI wieku. Doniesienia o widzach mdlejących podczas seansu oraz torebkach na wymioty rozdawanych wraz z biletami (choć trudno stwierdzić, czy opowieści te są zgodne z prawdą) zostały podchwycone i rozprzestrzenione przez niemalże wszystkie portale filmowe, co, jak się zdaje, wytworzyło wokół „Mięsa” swego rodzaju „miejską legendę”, podobną zresztą do tych, które towarzyszyły premierze „Egzorcysty” w 1973 roku. Dzieło Friedkina uważane jest jednak powszechnie za jeden z najdoskonalszych filmów grozy w historii kina, czego dowodzą choćby przyznane mu nagrody, zaś „Mięso” utytułowano znacznie skromniej – w 2016 roku otrzymało nagrodę Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych oraz Sutherland Award podczas London Film Festival. Ten stan rzeczy nie jest wszakże zaskakujący. „Mięso”, wprawdzie nakręcone zaskakująco umiejętnie i z całą pewnością godne pochwały od strony formalnej, zawodzi chaotycznym oraz podejmującym zbyt wiele wątków scenariuszem.



Wieloaspektowość scenariusza sprawia trudność przede wszystkim przy próbie scharakteryzowania fabuły wyreżyserowanego i napisanego przez Ducournau filmu. Jego bohaterką jest pochodząca z rodziny wegetarian i kochająca zwierzęta szesnastoletnia Justine (w tej roli rewelacyjna Garance Marillier), którą poznajemy, gdy wraz z rodzicami zmierza w stronę szkoły weterynaryjnej, by studiować tam wraz ze swoją o kilka lat starszą siostrą – Alex (Ella Rumpf). Gdy dojeżdża na miejsce, jej oczom ukazuje się kompleks uniwersyteckich budynków będący z jednej strony nieskończoną przestrzenią odrapanych i zaniedbanych akademików, a z drugiej – swoistym zamkniętym mikrokosmosem oddzielonym od reszty świata, znajdującym się w miejscu zupełnie odludnym. Justine, pozostawiona na uczelni bez wsparcia rodziców oraz niechętnej do pomocy siostry, musi samodzielnie skonfrontować się z pełnymi brutalności, rytualnymi zwyczajami wprowadzającymi do francuskiej akademii. Jednym z nich jest na przykład oblewanie studentów zwierzęcą krwią (to scena wyraźne nawiązująca do „Carrie” Briana De Palmy oraz powieści Stephena Kinga); innym zaś – zmuszanie ich do zjedzenia surowej króliczej wątróbki. Justine, choć początkowo zrażona bestialskimi zwyczajami, po spożyciu zwierzęcego mięsa przechodzi gwałtowną metamorfozę, by następnie odnaleźć w sobie instynkty właściwe nie tylko drapieżnikom, ale przede wszystkim kanibalom.



Ducournau stara się wnikliwie obrazować przemianę Justine z niewinnej ulubienicy wykładowców w dojrzałą (również pod względem fizycznym) kobietę owładniętą żądzą pożerania ludzkiego, a przede wszystkim męskiego ciała. Z tego też powodu film francuskiej reżyserki interpretować można nie tylko jako horror ciała inspirowany dokonaniami Ruggero Deodato czy Davida Cronenberga oraz całym podgatunkiem kina exploitation, jakim jest kino kanibalistyczne, ale również jako dzieło mówiące o inicjacji seksualnej, gdzie główną rolę odgrywa silna postać kobieca. Zatem jeśli „Cannibal Holocaust” można nawet uznać za film bardziej odpychający – choćby ze względu na efektywniej używaną przezeń estetykę gore – to siłę „Mięsa” stanowi właśnie skrupulatnie przemyślany symbolizm, który pozornie stereotypowemu horrorowi nadaje nowe znaczenia. Interpretacja „Mięsa” jako filmu przynależnego do kina feministycznego nie będzie więc uchybieniem. Mięsożerną transformację Justine odczytywać można wszakże jako przejmowanie kontroli nad własnym ciałem, a wyzwolenie głęboko skrywanych pożądliwości – jako swego rodzaju seksualną emancypację. Intuicję tę potwierdza również fakt, iż scenarzystka stara się nie wartościować w żaden sposób zachowań głównej bohaterki, a moralną ocenę jej postępowania pozostawia odbiorcom, choć zakończenie wyraźnie wskazuje, iż nie jest to w ogóle celem filmu.



Choć „Mięso” należałoby z tego powodu określić raczej mianem dramatu niż horroru, splot obu gatunków staje się powodem pewnych interesujących przekształceń. Ducournau nie próbuje pokazać jedynie procesu zdobywania przez Justine cielesnej niezależności, lecz również wchodzi z widzem w osobliwą grę za pośrednictwem eksploatowania realistycznych scen somatycznego okrucieństwa oraz, przede wszystkim, przemyślanego konstruowania świata przedstawionego. Pomagają jej w tym, po pierwsze, ciekawa, barokowa muzyka elektroniczna autorstwa Jima Williamsa oraz, po drugie, doskonałe zdjęcia Rubena Impensa. Kamera w „Mięsie” odnajduje balans pomiędzy statycznością a przynależną filmom grozy dynamiką i dzięki temu potrafi skutecznie budować napięcie w dziele. Godny odnotowania jest również bardzo rozbudowane długie ujęcie przedstawiające narkotyczny rave odbywający się w uniwersyteckich podziemiach, który swoją konstrukcją przypomina ujęcia (lub raczej ujęcie) pojawiające się w „Birdmanie” Alejandro Gonzáleza Iñárritu.



Mówiąc o atmosferze filmu Ducournau, należy również wspomnieć o odpowiednio dobranej, onirycznej kolorystyce, która koresponduje z fabularnymi wydarzeniami. Uniwersytet i jego kampus są brudnoszare, podobnie zresztą jak krążące nad nimi chmury; wnętrze akademii jest zwykle ciemnozielone, równie nieestetyczne jak fasady oraz kształty wszystkich budynków. Barwy te zderza Ducournau z neonowymi, jaskrawymi kolorami czerwonej zwierzęcej krwi rozlanej na białych fartuchach, tworząc dzieło paradoksalnie piękne w swojej dysharmonijności i zamiłowaniu do makabry. Nie można również zapomnieć o genialnej scenografii, którą konstytuują wspomniany uniwersytet (w tym obskurne sale operacyjne, pomieszczenia przeznaczone dla żywych, jak i martwych zwierząt) oraz okoliczne nieprzyjazne bezdroża.



Gdyby jednak zadać pytanie, co w rzeczywistości definiuje „Mięso”, próba odpowiedzi mogłaby zakończyć się niepowodzeniem – wspomniana mnogość wątków oraz problematyk powoduje, że odnalezienie tematycznej dominanty jest w zasadzie niewykonalne. Można jedynie stwierdzić, iż w filmie Ducournau poruszone zostają aspekty kobiecości, seksualności, relacji rodzinnych (w tym relacji między siostrami), wegetarianizmu oraz stosunku człowieka do zwierząt, jednakże żadnemu z nich scenarzystka nie poświęca wystarczająco dużo czasu, przez co obraz zdaje się momentami nazbyt chaotyczny, pewne kwestie są wyłącznie zasygnalizowane, a epizody przedstawiające ewolucję Justine – niedostatecznie ze sobą powiązane. „Epizodyczność” zdaje się zresztą odpowiednim określeniem dla „Mięsa”, w którym nader trudno odnaleźć główną linię wydarzeń; to raczej swego rodzaju układanka skomponowana z fabularnych momentów, które starają się wyrazić proces ewolucji głównej bohaterki. Ducournau, co gorsza, próbuje łączyć ze sobą niektóre ze scen w raczej nieprzemyślany sposób, a mianowicie poprzez wprowadzanie do filmu przejściowych czy też efemerycznych elementów – wspomnieć należy fragment, w którym zdenerwowana Justine, otrzymując od wykładowcy reprymendę za ściąganie, wkłada do ust swoje włosy. Robi to, co należy zaznaczyć, po raz pierwszy w całym filmie. Następna scena to dłużąca się sekwencja ukazująca Justine, która wymiotuje włosami i wyciąga je z przełyku. Niestety, do niniejszego wątku scenarzystka już w dalszej części filmu nie powraca, przez co odbiorcy może wydawać się, że został on stworzony wyłącznie dla efektu, jaki miało być zadziwienie widza.



Jednakże największą wadę „Mięsa” stanowi, jak się zdaje, zupełnie nielogiczne zakończenie, które niszczy sprawnie budowaną intrygę. Warto powiedzieć, nie zdradzając jednocześnie szczegółów fabuły, iż opiera się ono na założeniu do tego stopnia niemożliwym, że pozostawia widza nie tylko sfrustrowanego brakiem spodziewanego oczyszczenia, ale również zniechęconego do całego filmu. Z tego zresztą powodu dziwić mogą hurraoptymistyczne oceny oraz recenzje licznych krytyków mówiące o „Mięsie” – nawet jeśli dzieło Ducournau potrafi oczarować formalną precyzją, odpowiednio dobraną kolorystyką i przerażającą estetyką gore, to jego konkluzja okazuje się po prostu niesatysfakcjonująca; szczególnie jeśli ma się na uwadze fakt, iż odpowiedzialna za dzieło francuska artystka jest jednocześnie absolwentką scenariopisarstwa. „Mięso”, jako filmowy eksperyment oraz przede wszystkim kinowy debiut młodej reżyserki, swoje zadania spełnia nadzwyczaj dobrze, a do światowego kina wprowadza kilka nowych i oryginalnych elementów. Trudno jednak określić go mianem „odkrywczego”, bo choć swoją feministyczną narrację konstruuje w nowatorski sposób, to jako całość raczej zawodzi niekoherencją oraz fabularnymi nieścisłościami. Niemniej można znaleźć wiele przyjemności podczas seansu filmu – szczególnie wtedy, gdy zapomni się o finale całego dzieła. Również dlatego na kolejną produkcję Ducournau można czekać z niecierpliwością, a po samej reżyserce spodziewać się przekraczania kolejnych barier i granic kina. Pozostaje wyłącznie mieć nadzieję, iż podejmując się stworzenia następnego filmu w poetyce feministycznego kina grozy, Ducournau poradzi sobie umiejętniej z budowaniem scenariusza oraz fabularnych wątków; wszelkie podstawy do tworzenia filmów posiada jednak już w tym momencie.


Mięso” („Raw”/„Grave”). Scenariusz i reżyseria: Julia Ducournau. Zdjęcia: Ruben Impens. Obsada: Garance Marillier, Ella Rumpf, Rabah Naït Oufella i in. Produkcja: Belgia, Francja, Włochy 2016, 97 min.