ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (80) / 2007

Bernadetta Darska,

KONSEKWENTNIE NADWRAŻLIWY

A A A
Pozornie powieść Cărtărescu podejmuje tematy już wielokrotnie opisane. Bo przecież wiele razy czytaliśmy o niespełnionych artystach, o dorosłych, którzy nie potrafią przestać być dziećmi, o uciekaniu od własnych fobii, wreszcie o próbie zachowania dystansu pomiędzy własnym „ja” – jako bytem szczególnym, i innymi, którzy automatycznie stają się niewtajemniczeni, odsunięci na margines dzięki swojej niewiedzy. „Travesti” okazuje się jednak opowieścią szczególną. Bohater książki znajduje się bowiem w sytuacji nieustannego rozdwojenia. Trzeba przyznać, że autorowi udaje się wiarygodnie oddać wewnętrzne szamotanie się bohatera, jego niezdecydowanie, rozpaczliwe próby decydowania o sobie, które w efekcie są jedynie formą ucieczki od samego siebie. Szczególnie mocno przekonuje jednak jego schizofreniczna egzystencja. Dramat racji rozgrywa się tutaj nie tyle między jednostką a społeczeństwem, ale pomiędzy formą, maską a prawdziwym obliczem. Podstawowe pytanie, które zadajemy sobie, poznając kolejne rozterki bohatera, dotyczy tego, czy w ogóle mamy szansę na odsłonięcie przed innymi i przed sobą naszej autentycznej twarzy. Już na początku powieści możemy przeczytać dramatyczne zawołanie: „Jak mam się pozbyć tego różu, co oblepia moje życie niczym szminka lustro, szminka, której nie da się usunąć, bo gdy próbujesz, rozmazuje się tylko i brudzi jeszcze bardziej? Jak mam wyrzucić z umysłu te waciane cycki, tę spódnicę parszywej kurwy, perukę, sztuczność, manieryzm?” (s. 7). Osaczenie formą miesza się tutaj z mękami serwowanymi przez pamięć. Udręczenie wynika więc nie tylko z tego, co jest, ale też z tego, co było. Co w takim razie z przyszłością? Ona też nie gwarantuje poprawy sytuacji – od niej nasz bohater konsekwentnie się odwraca.

Autor konstruuje postać wewnętrznie rozedrganą, nieustannie usiłującą dokonywać na sobie samym psychoanalizy przy jednoczesnym unieważniającym założeniu, że wyzdrowienie jest tak naprawdę niemożliwe. Egzystowanie na pograniczu szaleństwa i normalności, zdrowia i choroby, miłości i nienawiści, fascynacji i odrazy, wreszcie dzieciństwa i dorosłości powoduje, że bohater nie potrafi racjonalnie funkcjonować w rzeczywistości. Co więcej, jego egzystowanie zostaje sprowadzone do wegetacji, a sedno istnienia tkwi w świecie umysłu, gdzie walkę toczą ze sobą myśli, wspomnienia, wewnętrzne lęki i uprzedzenia. Bohater tkwi w sytuacji permanentnego zniewolenia. Problem w tym, że jedynie sam jest w stanie siebie uwolnić i wyzwolić.

Więzieniem stają się pamięć oraz siła tkwiąca w potencjalności. Narracja utrzymana w formie zapisu rozedrganych myśli mężczyzny, który nie chce/nie umie dorosnąć, nieustannie zmierza ku katastrofie. Bo z katastrofą będziemy mieli do czynienia niezależnie od tego, jak potoczą się losy bohatera – czy podda się sile własnej wyobraźni, czy wyzwoli i pójdzie ku dorosłości. Ważnym punktem odniesienia jest Wiktor. Alter ego, sobowtór, odbicie w lustrze, drugie „ja”, wreszcie kolega z dzieciństwa, któremu zdarzyło się przebrać w damskie fatałaszki. Wiktor zamienia się w uosobienie wszystkiego, co zakazane, stłumione, wyparte, ale jednocześnie prawdziwe. To od niego bohater ucieka i zarazem jego ciągle goni, poszukuje, pożąda.

Cărtărescu zabiera także głos w sprawie wykluczenia i szczególnego losu, który jakoby jest udziałem pisarza. Ośmiesza, choć jednocześnie obnaża, dramat przekonania, że piszący to ktoś wybrany do wypełniania zadań szczególnych. Czytamy: „Czułem się wykluczony, jak zawsze, ze świata moich rówieśników. Przyzwyczaiłem się do myśli, że dla mnie istnieje tylko jedna przyszłość: mansarda z krzesłem, stołem i łóżkiem, gdzie miałem gnić całe życie – krótkie, najwyżej czterdzieści lat – pisząc niekończącą się i nie do rozszyfrowania powieść, którą znajdą obok mnie po mojej śmierci, cuchnącą trupem, ale ogarniającą Wszystko, całą prawdę o istnieniu i nieistnieniu, cały świat w najdrobniejszym szczególe, z jego ohydnym sensem” (s. 22). Bohater sam siebie mianuje kimś predestynowanym do roli zbawiciela dusz, przewodnika społeczeństwa i męczennika za tych, którzy zbłądzili i skalali się kłamstwem. Jest osaczony formą PISARZA, wkłada MASKĘ, zgadza się, a nawet poszukuje usilnie GĘBY. W nich ma mu być najbardziej do twarzy. Problem w tym, że twarzy wówczas już właściwie nie ma.

Bohater zmaga się także ze swoją cielesnością. Zmysłowość, seksualność jest dla niego tym, co wysysa z mężczyzny twórcze siły. Kobieta dostaje więc maskę femme fatale. Gdy mężczyzna ulega, wina leży po jej stronie. Gdy mężczyzna bierze rozkosz, to ona przymusza go do zatopienia się w ziemskiej przyjemności. Tu także widać wyraźnie stereotypowy podział ról i tendencyjność mitów, w których z upodobaniem nurza się bohater, wierząc, że bycie pisarzem wynagrodzi mu wszystkie udręki.

Tymczasem problemu nie stanowią kuszące kobiety, drażniący erotycznie Wiktor (no, on może trochę), brak miejsca do tworzenia czy niezrozumienie ze strony otoczenia. Jeśli brakuje talentu, nie pomoże nawet najbardziej klimatyczna mansarda. Cărtărescu opowiada więc o świecie na pograniczu snu i jawy, w którym marzenie senne skutecznie konkuruje z rzeczywistością. Bohater odwraca się od realności, gestem tym upewniając się we własnej wyższości i nieprzystosowaniu do tego, co zwyczajne, powszednie, fizjologiczne. Prawdziwe zwycięstwo może jednak odnieść dopiero wtedy, gdy zdecyduje się na stawienie czoła rzeczywistości, gdy zmierzy się z nią i odnajdzie drogę, która nie opiera się jedynie na wyobrażeniach, ale na odrobinie pewności.
Mircea Cărtărescu: „Travesti”. Przeł. Joanna Kornaś-Warwas. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2007.