Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (80) / 2007

Grzegorz Wysocki,

O TYM, ŻE W AMERYCE KAŻDY MA SAMOCHÓD I NA RĘCE ZEGAREK, A W EJSZYSZKACH TO JUŻ NIEKONIECZNIE

A A A
Przykra konstatacja na samym wstępie – mimo że od wydania „Czarnego ronda” Witolda Wedeckiego upłynęło już kilka miesięcy, książka ani nie doczekała się należnego zainteresowania ze strony krytyki literackiej, ani – tym bardziej – nie zdobyła większej sławy w oczach czytelników. Niewiele też wskazuje, by sytuacja ta miała w najbliższym czasie ulec zmianie – krytyka literacka nie kwapi się, by książce tej poświęcić przynajmniej kilka akapitów. Być może problemem nadrzędnym jest tutaj „aktualność” większości niszowych pism traktujących o literaturze, która to „aktualność” spowoduje, że recenzje z książki Wedeckiego zaczną się ukazywać za jakieś pół roku; inna kwestia to zupełna właściwie nieobecność tej powieści w pismach wysokonakładowych, dziennikach czy kolorowych tygodnikach, gdy tymczasem zdawać by się mogło, że i temat atrakcyjny, i forma całkiem oryginalna, a i wydawnictwo prestiżowe. Czytelnicy także nie biegną zwartą grupą do księgarni, z których powoli znika ta interesująca pozycja. Nie muszę chyba już dodawać, że nie do toreb i kieszeni miłośników książki trafia „Czarne rondo”, ale do magazynów wydawcy. Obym się mylił, a wszystkie zdania przeze mnie powyżej zapisane nadawały się na przemiał. Tak jak na (co najmniej) zainteresowanie z naszej strony zasłużył sobie nową powieścią Witold Wedecki.

Autor urodził się w 1944 roku w Wilnie, z którego dość wcześnie wypędzono go do Polski. Ten rodowity kresowiak właśnie wspomnienia ze swoich najmłodszych lat, historie dotyczące tamtych wydarzeń historycznych i opowieści Polaków z Kresów uczynił głównymi tematami swojego pisarstwa. Zadebiutował w latach siedemdziesiątych zbiorem wierszy „Uczty” (według Arkadiusza Morawca – inaczej niż czytamy w nocie wydawcy – nie był to zbiór wierszy, ale arkusz poetycki i wydany został nie w roku 1970, ale w 1971). Przed „Czarnym rondem” Wedecki wydał cztery powieści: „Bielsze od czerni. Obrazy” (1996), „Wejście i wyjście” (2000), „Klęski i nadzieje. Część pierwsza” (2001) oraz „Wolni. Witraż” (2003). Autor z zawodu jest architektem, zajmuje się także grafiką i malarstwem. Po lekturze „Czarnego ronda” gotów byłbym Wedeckiego namawiać do zarzucenia wszystkich innych zajęć i poświęcenia się tylko pisaniu prozy – cóż jednak po pojedynczych, pojawiających się tu i ówdzie głosach pochwalnych, skoro wciąż nie potrafi się ze swoimi literackimi propozycjami przebić autor „Uczty” nie tylko do szerszego kręgu czytelników, ale także, jak już powiedziano, „gwiazd polskiej krytyki literackiej”?

Akcja „Czarnego ronda” toczy się w latach czterdziestych XX wieku i umiejscowiona jest w okolicach Ejszyszek (Wileńszczyzna). „Współżyją” ze sobą na kartach tej powieści wojna, śmierć, głód, masowe wywózki, wypędzenia, zapatrzeni w Hitlera psychopaci, tortury, rozrywane pociskami ciała młodych partyzantów, ale także tradycyjne ludowe wierzenia i zabobony, nieustanne próby radzenia sobie z dniem powszednim (cóż z tego, że przerywane co rusz nieodległymi wybuchami?), wspólne dojrzewanie młodych dziewcząt i chłopców, coniedzielna msza święta wszystkich współtworzących społeczną lokalność czy organizowane dla „zabicia czasu” walki bokserskie. Mimo całej grozy i okrucieństwa wojny (a nie ucieka autor przed naturalistycznymi opisami, nie obawia się „odmalowywania” w swojej powieści wszystkich barw wypływających z rannego ciała wnętrzności) udaje się Wedeckiemu opowiedzieć swój własny mit – tworzy autor „Wejścia i wyjścia” baśń skrzącą się od barw i emocji, od zapachów nieistniejącego już świata i skarbów zapomnianej już kresowej polszczyzny. Baśń, która być może rzeczywiście nie bardzo nadaje się do opowiadania jej wnuczkowi na dobranoc, ale którą w odpowiednim wieku bez wątpienia warto poznać. Baśń, w której Wedecki opowiada oryginalnym językiem o sprawach najważniejszych – ścierają się tutaj ze sobą dobro i zło, rodzą się tutaj miłości (nawet jeśli jej obiektem jest znaleziony w lesie ryś czy poderwana na dwadzieścia minut uciech cielesnych dziewczyna z sąsiedniej wioski) i kończą naprawdę krótkie żywota (śmierci nastoletnich właściwie „partyzantów” doprowadzające do lamentu przedwcześnie osamotnionych matek i do milczącej współobecności stojących obok grobu ojców, których cierpienie uwidacznia się tylko poprzez drgające z napięcia „skuły na szczękach”). Znajdzie się tutaj miejsce na „prostowanie historii”, prawdziwe opowieści o rewolucji październikowej, wspomnienie o dzielnych dowódcach AK-owskich oddziałów czy zapomnianym dzisiaj zupełnie powstaniu wileńskim. Obok Wielkiej Historii zwyczajni ludzie, nad którymi pochyla się Wedecki z ujmującym zrozumieniem i rozbrajającą szczerością – opowiada o ich prostym, aczkolwiek nie pozbawionym nagłych zwrotów akcji życiu, ich trudnym współistnieniu z kolejnymi okupantami (Sowieci, Niemcy, szaulisi, a nawet „swoi” partyzanci, którzy żyć ci nie dadzą póki nie oddasz im ostatniej kromki chleba i nie poczęstujesz mocną harą), przenosi na papier (przypomina sobie?) ich małe radości i większe smutki, odświętne zwyczaje i codzienne, rutynowe zajęcia.

Jest „Czarne rondo” powieścią, ale zbudowaną dość specyficznie – narracja co rusz rwie się, zapętla, dzieli na drobne fragmenty, krótkie opowiadania. Swego czasu pojawiły się zarzuty o to, że Wedecki najzwyczajniej w świecie nie radzi sobie z konstruowaniem tradycyjnej fabuły, jednak jest to sąd nie do końca weryfikowalny – skoro pisarz nie skonstruował do tej pory żadnej tradycyjnej, linearnej, „podporządkowanej naczelnej idei fabularnej” powieści nie sposób ocenić, czy w ogóle zdolność taką posiada. Nie jest dla mnie istotne to, co dany twórca mógłby (gdyby tylko zechciał? gdyby tylko potrafił?) stworzyć, ale to, co jest nam w danym momencie przez niego podarowane. Zdaje się więc, że konsekwentne pisanie przez Wedeckiego prozy „rozedrganej” i chaotycznej jest celowym zabiegiem, który odwzorowywać mógłby konstruowany w powieści świat, opisywane w niej życie. Krótkie fragmenty tej prozy jak krótkie, łapczywie łapane oddechy, a dłuższe, nie przerywane partie tekstu niczym spokojniejsze okresy w życiu naszych bohaterów? Być może. Domyślam się, że taka mozaika złożona z licznych wątków pobocznych i dygresji, drugoplanowych bohaterów i z pozoru mniej istotnych dialogów tworzy naprawdę wiarygodny obraz Wileńszczyzny lat czterdziestych. Z całą pewnością dokonuje się takie uwiarygodnienie owego obrazu w trakcie przetaczających się przez całą trzystustronicową powieść, powracających uporczywie rozmów, a właściwie pojedynków słownych między „kronikarzem sławy tych stron”, Żmogusem, a kuszącym go na pokuszenie Miszkinisem, odszczepieńcem zapatrzonym ślepo w hitlerowską wersję narodowego socjalizmu, „antychrystem” i skończonym łajdakiem nie znającym litości, a odnajdującym sens obecnego życia w zadawaniu cierpień innym: „I jemu właśnie [Gembiczowi, jednemu z zamordowanych przez psychopatycznego Litwina – przyp. G.W.], kiedy go pojmano, obcięto żywcem nogi. Zdrowemu mężczyźnie... Z zemsty, że tyle krwi im napsuł, że się nie załamał. Nawet go wcześniej nie zmasakrowali, żeby bardziej cierpiał. Cackano się z nim. Podawano kawę z mlekiem. A potem wyprowadzono, przykrępowano drutem kolczastym do ławy i sam szaulis, ten z sąsiedztwa, przy pomocy kamratów... Złapali piłę w łapy i obcięli nogi... Wpierw jedną, potem drugą. Kadź podstawili, by się wykrwawił. Gembicz nieludzko podobno – tak wynikało z relacji szaulisa – wył z bólu... Zatykano mu usta szmatą. Omotywano głowę jakąś wydartą podszewką na wacie, żeby stłumić krzyk. A kiedy mdlał, polewano wodą. Nie pozwalano szybko umrzeć... potoki krwi, zbryzgane ściany, kałuże posypywano wapnem. Potem ciało skrępowano powrozem i wrzucono, niczym tłumok, do zapleśniałej piwnicy. Tam ostatecznie chyba Gembicz dokonał żywota” [s.127-128].

Jest w tej książce całe mnóstwo, jak już wspomniałem, pobocznych wątków i pomniejszych bohaterów, mniej lub bardziej interesujących historii i rozmów mieszkańców okolic Ejszyszek: Don Bazyl snujący opowieści o mitycznych Stanach Zjednoczonych: „Jak jest w Ameryce? – pytacie. Każdy ma samochód, na ręce zegarek, każdy pisze wiecznym piórem, chodzi w kapeluszu, na co dzień, w krawacie, w koszuli mankiety ze spinkami, długi szal, skórzana teczka i czarne palto. I w pogodę, i w deszcz rękawiczki, jedzenia tyle, że trzy rodziny przy jednym stole można wykarmić. Zawsze na tacy mandarynki i pomarańcze, w miskach chałwa, chleb pszenny i miód, do pracy trzeba wstawać rano, przed wschodem słońca, bo za dobrze płacą”; miejscowe wyrostki opowiadające sobie o „planowanej” podróży do Afryki: „Nie trzeba w piecu palić i szyb na zimę uszczelniać. Tam właśnie biblijny raj, tam się Pan Bóg urodził. Stamtąd mirra i kadzidło, i złoto, tam święty Jerzy smoka zwyciężył i trąby jerychońskie mury miasta powaliły [...] Dość tych strychów zatęchłych, tego próchna świecącego o zmroku, tego zgłodniałego księżyca jak patelnia, tych wychudłych wilków i psich watah, krów w gównie utytłanych i zdziczałych knurów szlajających się po dąbrowach. Popłyniemy, chłopcy, i nie wrócimy, tylko niech Raby z okrętem się upora”. Nie miejsce tutaj na szczegółowe rozłożenie wszystkich składowych „Czarnego ronda” Wedeckiego, nie miejsce na analizę lituanizowanej polszczyzny Miszkinisa (któremu ze współczesnych, młodych pisarzy udałoby się tak wiernie odtworzyć język bohatera powieści?), na podjęcie poszczególnych wątków tego utworu. Ile opowiadać by można o pojedynkach teologiczno-rozrywkowo-alkoholowych między księdzem Montwiłłem a rebe Soshe? Ile o postaciach takich jak Broniuś, Stasiuk czy Lilianna Ruska? Ile opowiadać można by o wspaniałej homilii księdza Montwiłła czy jego nie mniej radujących czytelnika opowieści o złowrogich biesach?.

Na pewno jednak znajdzie się w tej literackiej przestrzeni miejsce na końcową konstatację (od konstatacji wyszliśmy, na tym samym więc i zakończymy), która będzie tym razem banalnie prosta i ograniczający się do uprzejmej zachęty do czytania Wedeckiego. Nie jest to proza, która dokona rewolucji w literaturze przełomu XX i XXI, wieku i nie zajmuje się ona tematami i miejscami zupełnie literacko nie rozpoznanymi – niemniej jest to proza, którą bez dwóch zdań wolno polecić każdemu czytelnikowi złaknionemu dobrze skrojonej literatury. I jeszcze jedno: wydaje mi się, że skoro za bardzo dobrych pisarzy uznajemy Tadeusza Konwickiego, Leopolda Buczkowskiego czy Mariana Pankowskiego, uznać winniśmy również Witolda Wedeckiego. Niejednokrotnie wyróżnia ich styl, tematyka, opanowanie różnych technik, doświadczenie pisarskie, formalne dryblingi, ale jedno nie ulega wątpliwości – grają w tej samej drużynie.
Witold Wedecki: „Czarne rondo”. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2006.