Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (80) / 2007

KAŻDY CHCE ŻYĆ

A A A
„Pakujemy manatki. Komedia na osiem pogrzebów” Hanocha Levina, w reżyserii Iwony Kempy, to spektakl oszczędny w formie, prosty i klarowny, pozbawiony inscenizacyjnych fajerwerków, we właściwych proporcjach dawkujący to, co w naszym życiu tragiczne i śmieszne. To precyzyjnie skonstruowane przedstawienie o dziwności pustki na długo zapada w pamięci. Przede wszystkim dzięki niemalże organicznemu, a przez to silnie oddziaływującemu rytmowi i znakomitej pracy całego zespołu aktorskiego, który jest porażająco sugestywny w przekazywaniu prawdy każdej postaci scenicznej. Bo to ludzie są najważniejsi w toruńskiej realizacji – ich życie, szara, banalna codzienność, ich dramaty, marzenia i niespełnienia, ich obojętność w obliczu spraw ostatecznych. Przestrzeń gry wyznacza pusta scena ograniczona siedliskami, na których zasiądą bohaterowie. W tym bezosobowym wnętrzu, niczym w poczekalni jakiegoś dworca, gdzie ludzie spotykają się jakby mimochodem, ludzka udręka jest wręcz namacalna, wchodzi w ciała aktorów i przez to dotyka widzów. Na scenie pojawia się zaledwie kilka rekwizytów i katafalk ze zwłokami przykrytymi całunem. Resztę scenografii autorstwa Tomasza Polasika, wypełnia, bardzo ważne w tym przedstawieniu, światło. Nie mniej istotna jest muzyka (Madonna, U2, Red Hot Chilli Peppers), która, jak zwykle w przedstawieniach Kempy, pełni niebagatelną funkcję. Tak wygląda świat zdegradowany, jakby ledwo majaczący gdzieś na marginesie istnienia; rzeczywistość, gdzie największą atrakcją jest wyprawa na tańce do dyskoteki i gdzie każda wartość rozsypuje się w proch.

W „Pakujemy manatki” Levina, pochodzącego z rodziny, która w 1935 roku wyemigrowała z Polski do Palestyny i zamieszkała w ubogiej dzielnicy południowego Tel Awiwu, można odnaleźć cechy charakterystyczne dla całej dramaturgicznej twórczości autora „Kruma”. Znajdziemy tutaj umiejętność budowania satyrycznych skojarzeń, krytykę izraelskiej mentalności, bezkompromisowość w poruszaniu spraw najbardziej intymnych, a także wiele elementów liryczno-poetyckich oraz wizualnych. Levin, uchodzący w Izraelu za buntownika i ekscentryka, wykształcił w swoim pisaniu, i to nie tylko tym dla teatru, bardzo osobisty, własny, nieco groteskowy charakter oraz oryginalny i nowatorski styl, nie pozbawiony odwołań do teatru absurdu i źródeł klasycznych. Groteska pozwalała Levinowi wydobywać najgłębszy pesymizm, a poezja przełamywać trywialność. W „Pakujemy manatki” mamy do czynienia z jednej strony z czarnym humorem, objawiającym się w cynicznym potraktowaniu życia mieszczańskiej prowincji, z drugiej z poetycko-egzystencjalnym dramatem o przemijaniu i nieuchronności śmierci. Spotykamy przedstawicieli starszego pokolenia, które już straciło nadzieję na lepszą przyszłość oraz ludzi młodych, pragnących swego szczęścia szukać gdzie indziej: w Ameryce, w Londynie czy Szwajcarii. Tyle, że ich próby wyrwania się z prowincjonalnej dziury w poszukiwaniu Ziemi Obiecanej są najczęściej histeryczne, żałośnie śmieszne i, co najwyżej, budzą współczucie. Tak jak w przypadku nieporadnego Elkanana (bardzo dobra rola Sławomira Maciejewskiego), któremu co noc śnią się kobiety, syna niczego nie ukrywającej Heni (rewelacyjna Ewa Pietras, siedząca nieruchomo z bolesnym spojrzeniem w przestrzeń), która powtarza natrętnie: „Czy ja żądam zbyt wiele od życia? Czy ja chcę tańczyć? Kupić willę? Wyrzygać się – tylko o to proszę!”. To nie jedyna tak bezpośrednia i bezwstydna, budząca może nawet zażenowanie, kwestia w dramacie Levina. Albowiem jego bohaterowie przypominają niekiedy postaci rodem z Becketta, ludzkie odpadki, oczekujące na zbliżającą się śmierć, niewstydzące się mówić o wydalaniu. Znamienna pod tym względem, ale nie pozbawiona humoru, jest scena w domu Szusterów, rozpoczynająca przedstawienie, z ciekawymi rolami Mieczysława Banasika (Szabtaj), Anny Romanowicz-Kozaneckiej (jego żona Bianka), Matyldy Podfilipskiej (Nina) i Mirosławy Sobik (czekająca na swojego mężczyznę Bella, może nieco nadużywająca krzyku i w neurotyczności swojej zbliżona do Benedikte z „Plaży” Petera Asmussena). U Levina banalne rozmowy i sytuacje, uchwycone w najboleśniejszym momencie, obnażają to, co najgłębsze i najważniejsze – istotę ludzkiego kontaktu. Komizm jest tutaj tylko odzwierciedleniem esencji tego prostego życia, które płynie nie poddane żadnemu porządkowi.

Niewątpliwie bohaterowie Levina są bliscy duchem postaciom z dramatów Czechowa. Tak samo nie potrafią podjąć walki z przyrodzoną banalnością, aprobując w ten sposób nudną i pustą egzystencję na niższym poziomie. Są jak wyrzuty sumienia, są uosobieniem niespełnienia, niemożności, zaniechania, frustracji i poczucia porażki. Iwona Kempa, ową bolesną świadomość egzystencjalnego rozdarcia między marzeniem a rzeczywistością, potrafiła wydobyć z toruńskich aktorów szalenie sugestywnie i przejmująco. Wykreowane przez niemalże całą obsadę postaci zdają sobie sprawę z faktu, że sam wyjazd czy przeprowadzka nic w ich sytuacji nie zmienią. Nie mają złudzeń. Ale nie potrafią zrezygnować z uroku marzeń i nadziei na lepsze jutro. Skoro jedyną alternatywą jest śmierć to marzą… o Szwajcarii, gdzie lepiej płacą i medycyna jest na wyższym poziomie, o Londynie, w którym będzie tak samo smutno i samotnie, „ale ludzie tam ładniejsi” i „rozpacz łatwiejsza do zniesienia”, o Ameryce, gdzie bez problemu otworzą własny biznes… bo każdy chce przecież żyć. W ten sposób Levin dotyka najbardziej dojmujących, ale i abstrakcyjnych pytań dotyczących znaczenia ludzkiego istnienia. Czy śmierć jest jedynym pocieszeniem? A może jedynym dobrodziejstwem i zyskiem? Autor to wie, ale Kempa każe widzowi się nad tym zastanowić. Razem z boleśnie samotnymi bohaterami, których na pustej scenie nie dzieli nic.
Oczywiście w tej galerii postaci Levina są i takie, które niosą czułość, spokój, ciepło, melancholię i wyciszenie, pogodzenie ze sobą i nieuchronnością śmierci. Tacy są rodzice Amacja (wyrazista rola Tomasza Mycana), zagrani przepięknie przez Karinę Krzywicką (Cyla) i Niko Niakasa (Bruno). Taki jest garbaty Avner Czkori (udana rola Pawła Kowalskiego), wypędzony przez brata (świetny Marek Milczarczyk jako Motke) i jego żonę (może nazbyt zamaszysta Małgorzata Abramowicz) z rodzinnego domu. Taka jest milcząca babcia Bobba Globczik, w przejmującej interpretacji Wandy Ślęzak, do której syn Munia (bardzo dobry Paweł Tchórzelski) powie: „Mamo, jesteś ostatnią między mną i śmiercią”. Najważniejsze jest to, że wszystkie postaci są niezwykle wyraziste. Widać, że Kempa w tym żywiole życia nachyliła się nad historią każdego bohatera, weszła w jego świat, w konsekwencji zajęła się tym, co w aktorach i pomiędzy nimi. Potrafiła też – jak w przypadku Marii Kierzkowskiej (Prostytutka) – pokazać jej inne oblicze, z dotychczas nieznanej strony.

W przedstawieniu Iwony Kempy, która stara się w interpretacyjno-inscenizacyjnych tropach podążać wiernie za myślą zawartą w dramacie, najważniejsze są zdarzenia, które dzieją w tej jednej chwili: wszystko to, co oddziela jeszcze życie od ostatecznego kresu naszych dni. Stąd też finał toruńskiego spektaklu jest obrazem wędrówki, która pozbawiona jest wytyczonego kierunku. Wszyscy aktorzy gdzieś odchodzą, za chwilę wracają, mijają się coraz szybciej, jakby kręcąc się w kółko, a każdy inaczej, każdy osobno, zatopiony we własnym rytmie… żadna droga nie istnieje.
Hanoch Levin: „Pakujemy manatki. Komedia na osiem pogrzebów”. Reżyseria: Iwona Kempa. Scenografia: Tomasz Polasik. Ruch sceniczny: Zbigniew Szymczyk. Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu. Premiera 31 marca 2007.