Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (80) / 2007

Karolina Anweiler,

PUSTY PODARUNEK

A A A
Gwar, w jakim dzieci oczekują na spektakl lalkowy, jest ze wszech miar momentem magicznym. Mianowicie już za chwilę rozpocznie się misterium przemiany materii nieożywionej w świat bajkowy i pełen cudów. Zaraz powołany zostanie do scenicznego istnienia świat marzeń, prostych i właściwych rozwiązań. W teatrze Ateneum w Katowicach ten balonik bajkowych oczekiwań pękł z trzaskiem w pierwszej minucie przedstawienia, a potem było coraz gorzej.

Już początek przedstawienia wypadł źle. Scena, w której kilka osób siedzi i słucha jak jeden z aktorów recytuje wyuczony tekst, przypomina mi do złudzenia szkolne akademie, a nie grę zawodowych aktorów lalkowych. Po tym nieudanym preludium do spektaklu na scenie pojawiły się kukły – postaci dramatu – szkaradne ludziki na patykach. Scenograf nie zadbał nawet o prosty, najbardziej podstawowy zabieg konstruowania głównych bohaterów: dobry – ładny, zły – brzydki. Wszystkie lalki były nieciekawe i nie przyciągały uwagi dzieci. Zupełnie niezrozumiały był dla mnie także fakt, że na scenie razem z lalkami, pojawili się animatorzy. Nie znalazłam uzasadnienia dla tego zabiegu ani w fabule sztuki ani w zamyśle inscenizatora. Jedynym powodem, który mógłby bronić takiego rozwiązania, jest nazwa teatru – wszak Ateneum to Teatr Lalki i Aktora. Jednakże ani lalki ani aktora na scenie nie zauważyłam, a jedynie sceniczne spacery odzianych na zielono ludzi oraz towarzyszących im kukieł.

Piosenki, które wypełniały spektakl, mieliśmy okazję odsłuchać z playbacku. Może to i dobrze, strach bowiem pomyśleć, jak wyglądałoby wykonanie ich przez zespół aktorski. Kiedy staram się odszukać w pamięci choć jedną dobrą scenę spektaklu, niestety staje mi przed oczami jedna z najgorszych – moment pojawienia się kukiełek macochy głównej bohaterki oraz jej córki. Jest to scena, w której w ogóle nie można się zorientować, która z nich właśnie zabiera głos. Dodatkowo realizator świateł częstokroć zapominał o oświetleniu kukieł, a muzyka była o kilka decybeli zbyt głośna. Główni adresaci spektaklu, a zatem zgromadzona na widowni dziecięca publiczność, już w piętnastej minucie spektaklu wyglądała na potwornie zmęczoną. Dzieci nie dają się oszukać. Ich reakcje to najbardziej dosadna ocena spektaklu. To one mówią o tym, z jakiej jakości przedstawieniem mamy do czynienia.

Spektakl ratuje jedynie świetny tekst Ewy Szelburg-Zarembiny, na bazie którego powstało widowisko. To klasyczna opowieść o tym, że za dobre uczynki spotyka nas nagroda. Córka Drwala, po ponownym ożenku ojca, wyrusza w świat w poszukiwaniu pracy. Pod rządami Macochy nie ma dla niej miejsca u boku ojca. Na szczęście dziewczyna jest pracowita i wiele od życia nie wymaga. Po kilkudniowej wędrówce trafia do domu tajemniczego dziadka. Okazuje się, że jest nim Rok. Dziewczyna dzieli się ze staruszkiem swoim biednym posiłkiem i w nagrodę jego córki obdarowują ją licznymi podarkami. Tytułowe wróżki sprawiają, że łzy zamieniają się w perły, śmiech w promienie słońca, słowa w róże, a gdy dziewczyna sięgnie po wodę, odnajduje w niej złote rybki. Tak obdarowana wraca do domu ojca, gdzie witana jest serdecznie przez rodziciela. Jej dary wzbudzają w macosze lawinę zazdrości. Wysyła więc swoją córkę w podróż, by i ta przywiozła ze sobą takie podarunki, jakie otrzymała pasierbica. Obie są zachłanne i chciwe, i jak na bajkę przystało, dosięga je kara. Pasierbica Drwala spotyka na swojej drodze dziadka i nie dzieli się posiłkiem, jak zrobiła to jej przybrana siostra. Za swe samolubne zachowanie otrzymuje od wróżek cztery zaklęcia, które jej śmiech zamieniają w pohukiwanie sowy, łzy w gradowe kule, z ust wypadać jej będą jaszczurki i ropuchy, zaś w wodzie, gdy do niej sięgnie, pływać będą węże. Tak obdarowana wraca do domu i ją również czeka niezwykłe przyjęcie. Jest to moment, w którym Drwal zdaje sobie sprawę, jakimi osobami są jego żona i jej córka, i wypędza je z domu. Od tej chwili życie jego i córki będzie spokojne i dostatnie.

Przytoczyłam cała fabułę nie bez powodu. Chciałam pokazać, jakie możliwości kryją się w tekście, jakie obrazy mimowolnie pojawiają się przed oczami, gdy słuchamy tej opowieści. To bogata materia dla reżysera, z której uczynić on może ciekawy spektakl dla dzieci. Niestety reżyser nie wykorzystał potencjału tekstu. Rytm przedstawienia był bardzo zmienny. To bywa zaletą, ale jedynie wtedy, gdy buduje on sceniczne napięcie. Tego jednak w spektaklu zabrakło. Sceny, w których pojawiały się wróżki, dłużyły się w nieskończoność, a te, w których obserwować mieliśmy przymioty głównej bohaterki, kończyły się, zanim na scenie cokolwiek zaczynało się dziać. Aż dziw bierze, że spektakl od tylu lat wciąż znajduje się w repertuarze. Może aktorom i lalkom po prostu już się nudzi i warto byłoby zdjąć przedstawienie z afisza?

W spektaklu pojawia się jednak jeden konsekwentnie realizowany zabieg: to sposób, w jaki przedstawiony został motyw wędrówki. Podnoszące się z podłogi trzy parawany różnej wysokości, symbolizują górską drogę. Gdy pojawiły się pierwszy raz, wzbudziły niekłamane zainteresowanie młodej widowni. Jednak wykorzystywanie tego samego pomysłu w kilku scenach stało się zarówno dla mnie, jak i dla młodej widowni, po prostu nużące. Dało się słyszeć szepty dzieci, zwracających się do mam i babć, z pytaniem: „Czy to zawsze musi być tak samo?”. Jednak niezaprzeczalnym plusem scen z parawanami było to, że przez kilka chwil ze sceny znikali animatorzy, a kukły zaczynały żyć swoim własnym, lalkowym życiem.

Ciekawa wydaje się także klamrowa budowa przedstawienia. Spektakl kończy się tak, jak się rozpoczął: monologiem, z którego dowiadujemy się o dalszych losach bohaterów. Pointą niech stanie się opis towarzyszących zakończeniu reakcji dzieci. Otóż młodzi widzowie głośno pytają, czy to już koniec, a otrzymawszy potwierdzenie, zaczynają wiercić się w fotelach, wstawać i wychodzić. Pewnie śpieszno im na spacer, bo wydaje się, że to znacznie lepszy sposób na spędzenie sobotniego popołudnia, niż siedzenie przez siedemdziesiąt minut ze wzrokiem wbitym w scenę, z której, zamiast wspomnianego wcześniej podmuchu magii, po prostu wieje nudą.
Ewa Szelburg-Zarembina: „Dary trzech wróżek”. Adaptacja i reżyseria: Zbigniew Poprawski. Scenografia: Tadeusz Smolicki. Muzyka: Bogumił Pasternak. Teatr Lalki i Aktora Ateneum w Katowicach. Premiera: 17 lutego 1996.