sierpień 15-16 (327-328) / 2017

Agnieszka Wójtowicz-Zając,

TAJNI ŻYDZI (MIKOŁAJ GRYNBERG: 'REJWACH')

A A A
Najnowsza książka Mikołaja Grynberga, „Rejwach”, to częściowo owoc jego poprzednich propozycji: „Ocaleni z XX wieku. Po nas już nikt nie opowie, najwyżej ktoś przeczyta” (2012) oraz „Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne” (2014). Pierwsza z nich poświęcona była rozmowom z ocalałymi, druga – z ich dziećmi, tzw. drugim pokoleniem, rozsianym po świecie. We wcześniejszych książkach Grynberg trzymał się literatury faktu, opowieści miały formę wywiadów, czasami opatrzonych fotografiami rozmówców („Ocaleni z XX wieku...”). W transkrypcjach rozmów autor starał się zachować indywidualny styl każdego z rozmówców, nie „przykrawać” ich do żadnych obowiązujących ram polszczyzny. Efektem tamtych książek jest „Rejwach” – po przeczytaniu zbiorów rozmów do autora zaczęli zgłaszać się rozmaici ludzie, gotowi opowiedzieć mu swoje historie. „Ta książka nigdy by nie powstała, gdyby nie nasze rozmowy” – zaznacza Grynberg w podziękowaniach. I choć w przeciwieństwie do poprzednich publikacji składające się na „Rejwach” teksty mają status opowiadań, przynajmniej częściowo – fikcji literackiej, można sądzić, że nie zrodziły się one w wyobraźni autora, a mają swoje pierwowzory w autentycznych rozmowach. Tym gorzej dla nas, że nie jest to absolutna fikcja.

Narratorem każdego z krótkich opowiadań jest inna postać, która postanowiła opowiedzieć autorowi swoją historię (w tekście występują liczne sygnały tożsamości „słuchacza” kolejnych opowieści, wskazujące na Mikołaja Grynberga). Inaczej niż w poprzednich książkach, w „Rejwachu” autor pozostaje niemy – nie zadaje pytań, nie prowadzi rozmowy, spisuje monologi. Ta ciekawa forma narracyjna pozwala skupić się na kolejnych postaciach. Chociaż obecność słuchacza jest często zaznaczana, narratorzy zwracają się do niego, ale rzadko oczekują jakiejkolwiek reakcji z jego strony – nie potrzebują jego słów, po prostu chcą zostać wysłuchani. Niesamowity w opowiadaniach Grynberga jest żywioł mowy – na niewielkiej przestrzeni tekstu autor potrafi doskonale zbudować postać wyłącznie na podstawie stylu wypowiedzi i jest w tym absolutnie mistrzowski. Każde opowiadanie to osobny językowy mikrokosmos, a Grynberg jest szczególnie wyczulony na rozmaite rejestry polszczyzny. Ale nie tylko barwna i różnorodna polszczyzna oraz ciekawa forma literacka stanowią niekwestionowane zalety tej książki – nie brakuje w niej doskonałych fraz, np. „Pan mi powie, co w was, Żydach, jest takiego, że wszystko o was można powiedzieć, ale nie że to jest neutralny temat?” (s. 7), „myślę, że lepiej nie być Żydem, bo sam pan przecież widzi, że amatorzy nie ustawiają się do tego w dzikich kolejkach” (s. 17), „Masz tak, że jak ci wywali korki, od razu myślisz, że to metafora twojego życia?” (s. 107). „Rejwach” jest zbiorem bardzo równym, próżno szukać tu słabszego opowiadania. Niektóre są pełne humoru, inne smutku, inne z kolei są poetyckie lub wstrząsające. W tym drobnym zbiorze mieści się wiele doskonałej, najwyższej próby literatury.

Tyle o literackiej urodzie tych opowiadań. Miarą dobrej literatury jest nie tylko jej formalny kunszt, ale także to, co „robi” z czytelnikiem albo czytelnikowi. A „Rejwach” robi z czytelnikiem rzeczy nieprawdopodobne. Już pierwsze zdania wywołują piorunujące wrażenie: „Normalnie bałem się z panem spotkać w moim mieście. Kto powie, że pana nikt nie rozpozna?” (s. 7), „Coś mi się wydaje, że łatwiejsze od bycia Żydem jest niebycie Żydem. Mam trochę lat i doświadczeń, chętnie panu opowiem cały ten rejwach” (s. 15), „Przepraszam, nie jestem Żydówką, ale od lat mam z wami wielki kłopot” (s. 27), „Przepraszam za bezpośredniość, ale muszę zapytać. Pan się zna na Żydach?” (s. 51). Po takich wstępach autor funduje czytelnikom prawdziwy rollercoaster emocji: przez niedowierzanie, wstyd, złość po smutek, żal i rozbawienie. Niektóre z opowiadań poświęcone są historiom ocalałych, inne – dzieci ocalałych, jeszcze inne – historii o nagle odkrytym (i raczej, w większości przypadków, niechcianym) żydowskim dziedzictwie. Najbardziej poruszające są chyba cztery opowiadania – „Szachy”, „Wspólne dobro”, „Moich pięciu Żydów” i „Deska ratunku”. Pierwsze, z którego zaczerpnęłam tytuł, opowiada o „tajnym Żydzie”, mężczyźnie, który co roku jedzie odwiedzić rodzinę w Izraelu... wraz z pielgrzymką do Ziemi Świętej. Wyjeżdża z pielgrzymką i wraca z pielgrzymką, zawsze z innych miast, trzyma się na uboczu i na kilka dni urywa się do Tel Awiwu. Po co? Cały czas żyje w ukryciu, mierząc się ze swoim żydowskim dziedzictwem w samotności, w lęku, że ktoś się może dowiedzieć. Poczuwa się równolegle do dwóch tożsamości – polskiej i żydowskiej. Podobnych historii o lęku przed „wydaniem się” pochodzenia jest w „Rejwachu” pełno. Boją się ocalali, ukrywający się całe życie, boi się drugie pokolenie, boją się „niesłusznie oskarżeni”. A że jest czego, wskazują opowiadania „Wspólne dobro” i „Moich pięciu Żydów”. Polski antysemityzm bez Żydów trzyma się świetnie – z braku Żydów rzeczywistych zawsze można jakiegoś wytworzyć, jak w opowiadaniu „Deska ratunku”, gdzie dobrze prosperujący przedsiębiorcy usiłują zmyć z siebie piętno „żydostwa”, szukając kogoś, kto wystawi im zaświadczenie, że „bracia taki i taki nie są Żydami” (s. 53). „Moich pięciu Żydów” to z kolei opowieść Polki, która wspomina Żydów, z którymi się zetknęła. Przecież nie jest antysemitką, ale jej koleżanka, wychodząc za Żyda, zmarnowała sobie życie, ale ma za swoje, mogła „siedzieć ze swoimi”. Nie wie, czemu w podstawówce przywiązali do ławki w salce katechetycznej kolegę i nie chcieli go wypuścić, póki się nie przyznał, że jest Żydem. Właściwie nie wie, czemu jednemu chłopcu na koloniach podpalali skrawki papieru między palcami u stóp i krzyczeli, że się Żyd pali. A może ci chłopcy nie byli Żydami? I czemu właściwie jej koleżanka wyjechała do Izraela i ma z Polski same złe wspomnienia? To przecież krzywdzące. Grynberg doskonale uchwycił istotę polskiego antysemityzmu, który tak wrósł w kulturę, że stał się przezroczysty. Jak dla narratorki „Wspólnego dobra”, która przekonuje autora do zaniechania jątrzenia i ciągłego powracania do Zagłady – bo to ludzi drażni, a ostatecznie przecież nie są u siebie, a na historię trzeba spojrzeć obiektywnie. To najmocniejsze opowiadanie w tomie wywołuje (przynajmniej u piszącej te słowa) olbrzymią wściekłość, ale też wielką frustrację. Narratorką jest nauczycielka historii domagająca się pięknych historii o Żydach, którzy tu dawniej żyli i za którymi tęsknimy, a zarazem uważa, że Polską po wojnie rządzili Żydzi i trzeba było w końcu odzyskać władzę dla Polaków. I że lepiej Polaków nie drażnić mówieniem o współudziale w Holokauście, zwłaszcza, jeśli Żydzi chcą tu mieszkać. A normalnym ludziom antysemickie napisy na murach przecież nie przeszkadzają.

We „Wspólnym dobru” Grynberg doskonale uchwycił i wskazał to miejsce, gdzie „siedzi” rodzima odmiana antysemityzmu. Chętnie słuchamy historii o Racheli, co w szabas niosła chałę, o blasku świec, o chasydach, może nawet posłuchamy „ Hava nagila”, czemu nie, Festiwal Kultury Żydowskiej i żydowska cepelia, „wspomnienia o sąsiadach, którzy żyli obok nas w naszym gościnnym kraju” – jak najbardziej. Może jeszcze kilka szmoncesów i Żydek z pieniędzmi na szczęście w przedpokoju. Najlepiej to wszystko podlać „galicyjskim sosem”, zrobionym z nieustannie podgrzewanej i od czasu do czasu mieszanej tęsknoty za mityczną, pokojową, arkadyjską Galicją (na głosy np. Martina Pollacka, że Galicji daleko było do pokojowej Arkadii, pozostajemy głusi) i sukces (także marketingowy) gotowy. Żydów w formie cepeliady jesteśmy w stanie zaakceptować. Takich i tylko takich, głównie dlatego, że są tylko mitem, bo nawet nie wspomnieniem. Są niegroźni i nie ma ich w pobliżu. Gorzej z tymi, którzy zostali w Polsce. Opowiadania Grynberga, ale także prace Joanny Tokarskiej-Bakir czy „Zamiast procesu. Raport o mowie nienawiści” Sergiusza Kowalskiego i Magdaleny Tulli (2003) dowodzą, że w Polsce, zgodnie z tym, co mówi jeden z narratorów opowiadań, o Żydach można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest to neutralny temat. Nie przepracowaliśmy swoich traum, przyklepaliśmy je narracją o Sprawiedliwych i o niczym innym nie chcemy słyszeć. Ani tym bardziej wziąć odpowiedzialności.

„Po co o tym tyle gadać. I pan się dziwi, że ludzi denerwuje to gadanie?” (s. 87) – „Rejwach” dowodzi, że należy „o tym tyle gadać”. Skoro pojawiają się takie opowieści, to znaczy, że ponad 70 lat po wojnie temat bynajmniej nie jest zamknięty. I jak w „Nocy żywych Żydów” Igora Ostachowicza (2012) trupy cały czas wychodzą z zakamarków. „Rejwach” Mikołaja Grynberga jest zbiorem mistrzowskim – zarówno pod względem literackim, jak i doniosłości oraz aktualności tematu. Opowiadania rozpięte są pomiędzy przyjemnością lektury doskonałej stylistycznie prozy, a napięciem emocjonalnym i rozmaitymi stanami, jakie ta lektura wywołuje. Żadne słowa uznania nie będą na wyrost w przypadku „Rejwachu”.
Mikołaj Grynberg: „Rejwach”. Wydawnictwo Nisza. Warszawa 2017.