sierpień 15-16 (327-328) / 2017

Krzysztof Grudnik,

TO INNI ('PIEKŁO KOBIET')

A A A
“When I got my abortion I brought along my boyfriend

We got there an hour before the appointment

And outside the building were all these annoying

Fundamentalist Christians; we tried to ignore them”

(Amanda Palmer, „Oasis”)

W ostatniej dekadzie, ba! w ostatnich pięciu latach możemy zauważyć rosnącą popularność modernistycznych tekstów przenoszonych na deski polskich teatrów. Są to inscenizacje, które poprzez rozbudowanie kontekstu i szereg odniesień kulturowych aktualizują, uwspółcześniają pierwotny tekst. Tak było na przykład z „Do Damaszku” Strindberga w reżyserii Jana Klaty (Stary Teatr, 2013) albo „Zewem Cthulhu” Lovecrafta w reżyserii Michała Borczucha (Nowy Teatr, 2017). Podobnie jest z „Piekłem kobiet” Tadeusza Boya-Żeleńskiego, którego inscenizację na deski krakowskiego Teatru Nowego Proxima wprowadza Paweł Szarek.

Różnica pomiędzy „Piekłem kobiet” a wspomnianymi tekstami jest taka, że nie tylko tekst Żeleńskiego nie jest dramatem (jak „Do Damaszku”), ale nie jest nawet utworem fabularnym (jak „Zew Cthulhu”). To zbiór felietonów napisanych pod koniec 1929 roku, a opublikowanych w formie książkowej rok później. Mamy zatem do czynienia ze spektaklem, w obrębie którego zachodzi nie tylko uwspółcześnienie, ale również uscenicznienie utworu zgoła niescenicznego, z praktycznie zerowym potencjałem scenicznym. Dramatycznego, owszem, ale w zupełnie innym znaczeniu tego słowa.

Chociaż „uwspółcześnienie” wydaje się tu chyba niezbyt ścisłym określeniem. Tematem esejów Żeleńskiego była prawna sytuacja kobiet, szczególnie w kontekście przerywania ciąży. Okazuje się, że to, co pisał Żeleński w 1929 roku, pozostaje aktualne w roku 2017. Sytuacja praktycznie się nie zmieniła. A zatem modernistyczny tekst wymaga tylko selekcji i deklamacji, by wybrzmiał jako współczesny. Jednakże spektakl idzie dalej: aktualizuje nie problematykę „Piekła kobiet”, nie argumenty Żeleńskiego (te pozostają identyczne i jest to autentyczna groza doppelgängerszczyzny), ale konteksty, w jakich się one pojawiają.

Mimo poważnego tematu na scenie zobaczymy wiele elementów zabawowych. W różnych scenach mamy taniec, śpiew, sport, dziecięce gry i tym podobne aktywności wprowadzające nastrój karnawału. Sam ten zabieg wydaje się już znakiem rozpoznawczym reżysera, Pawła Szarka. Jaki jest jego cel? Stanowczo sprzeciwiam się odczytywaniu tego w kategoriach prowokacji. Wydaje się, że zabawa na scenie jest niczym innym jak streszczeniem zabawy poza nią, społecznej zabawy, w której setki, tysiące ludzi bierze udział: zabawy w znawców, w ekspertów od wszystkiego – od medycyny, od religii, psychologii, socjologii, od ludzkiej moralności i etyki lekarskiej. I jest to zabawa pozornie niewinna, polegająca na zabieraniu głosu w poważnych sprawach bez poważnych kompetencji, jednak z poważnym, realnym skutkiem społecznym. Tu ujawnia się potencjał tekstów Żeleńskiego – przywołanie argumentacji społecznika i lekarza (którym Żeleński był) pozwala uniknąć wejścia w pseudoekspercką pułapkę a jednocześnie zdekonstruować sam proces jej powstawania: przemożnego pragnienia wyrażenia własnego zdania, przeniesienia psychologicznej impotencji i emocjonalnego okrucieństwa na werbalną agresję.

Aktualność argumentów z pierwszej połowy XX wieku jest symptomem aktualności modernizmu w ogóle. Nie na płaszczyźnie artystycznej, lecz społecznej, która staje się pożywką dla tej pierwszej. To ciała w „Piekle kobiet” ulegają modernizacji: industrializacja zamienia je w maszyny montujące dzieci, biopolityka przyjmuje formę haussmannizacji macicy, przekształconej, niczym w zakładach Forda, w taśmę produkcyjną. Na scenie towarzyszy temu klimat niczym z „Symfonii przemysłowej nr 1” Davida Lyncha, z tą różnicą, że przy dźwiękach industrialnej muzyki i migoczących reflektorach tym razem to nie serca są łamane.

W „Piekle kobiet” nie ma Boga. Znów moglibyśmy mówić o modernistycznym pustym niebie, ale krytyce podlega tu przede wszystkim katolickie zacietrzewienie, zaślepiający fanatyzm religijny. Nie ma Boga, bo gdyby był, musiałby być nieskończony nie w swej mądrości i miłości, ale w swym seksizmie, okrucieństwie i nienawiści. Nie ma też piekła, wbrew temu, co głosi tytuł. Nie ma piekła w sensie metafizycznym, nie ma piekła jako miejsca kaźni. Piekło jest tu i teraz. L’enfer c’est les autres, piekło to inni – jak pisał Sartre. Rzeczywiście: mikrohistorie opowiedziane w „Piekle kobiet” rzadko są dramatem osobistym – w przeważającej mierze to piekło zgotowane bohaterkom przez otoczenie. Ustawodawcy, prawnicy, lekarze. Samozwańczy moraliści, oceniający dziennikarze i spadkobiercy inkwizytorów. To jest piekło kobiet, prawdziwe, innego nie ma.

Chaos pojedynczych scen: raz głośnych, raz melancholijnych, raz poważnych, raz wyraźnie ironicznych, argumentów i kontrargumentów wygłaszanych z różnych perspektyw i różnych postaw, które trzy aktorki, Magdalena Żak, Katarzyna Chlebny i Martyna Krzysztofik, naśladują w szerokim spektrum rozmaitych ekspresji, układa się w pewnym momencie w zaskakująco harmonijną całość. Zmienne tempo, zmienna głośność (krzykliwość, porywczość) scen, w ujęciu całości przypominają kompozycję klasycznej sonaty, z jej szybkimi i wolnymi częściami, stylizowanym tańcem oraz szybkim finałem. Ale jeśli „w tym szaleństwie jest metoda”, to dotyczy ona jedynie kompozycji. Szaleństwa społecznych dyskursów antyaborcyjnych nie tłumaczy nic.
Tadeusz Boy-Żeleński: „Piekło kobiet”. Reżyseria i muzyka: Paweł Szarek. Scenografia: Paweł Szarek, Ewelina Gąsior. Obsada: Magdalena Żak, Katarzyna Chlebny, Martyna Krzysztofik. Premiera: 12 maja 2017 roku, Teatr Nowy Proxima w Krakowie.